sobota, 28 października 2017

Korona Półmaratonów Polskich - Kraków

Każda historia, nawet ta najdłuższa i najpiękniejsza, ma swój koniec. Frodo zniszczył pierścień, Luke Skywalker odnalazł ojca, a Tomasz zdobył Koronę Półmaratonów Polskich w roku 2017. O jego wyczynach na krakowskiej ziemi opowie Wam ten tekst. Połóżcie dzieci spać, weźcie szybki prysznic. Przywdziejcie szlafrok i ciepłe kapcie. Na stoliku nocnym postawcie herbatę z melisy. Teraz jesteście gotowi na opowieść o moich osiągnięciach. Zapraszam do zapoznania się z moją relacją.


Mówi się, że droga wojownika jest drogą samotną. Moja droga do Krakowa taka nie była. Czy to znaczy, że nie jetem wojownikiem? Jestem jak jasna cholera! Gdybym nie był, to nie zapieprzałbym na drugi koniec Polski, żeby sobie pobiegać. W podróży towarzyszył mi mój wierny kompan od treningów - Robert. Kto widział jak biegam ten wie, że zazwyczaj na treningu jest ze mną Robert. Ja biegnę, a on jedzie na rowerze. Wspiera dobrym słowem, dotrzymuje kroku, a w upalne dni ratuje wodą do picia. Kiedyś biegaliśmy razem. Robert zawiesił jednak buty biegowe na kołku i wsiadł na bicykl.

W podróż wyruszyliśmy pociągiem. Na nasze szczęście pociąg do Krakowa zatrzymywał się w Środzie, dzięki czemu udało nam się uniknąć podróży do Poznania i zbędnej przesiadki. Podróżowaliśmy PKP Intercity. Klasa druga, ale bardzo wygodna. Podróż umilała nam rozmowa i jedzenie słodkich przekąsek. Chciałem czytać książkę, którą dostałem od swojej wiernej fanki, ale rozmowa tak się kleiła, że przeczytałem zaledwie dwa rozdziały powieści Joanny Bator "Ciemno, prawie noc". Autorka otrzymała nagrodę Nike w 2013 roku za najlepszą powieść. Lektura wciągnęła mnie bardzo. Zapowiada się mroczna opowieść, czyli to, co tygryski lubią najbardziej.

Podróż trwała trochę ponad pięć godzin i była bardzo pouczająca. Dowiedziałem się, że św. Maksymilian Maria Kolbe urodził się w Zduńskiej Woli. Poinformował mnie o tym olbrzymi napis umieszczony na fasadzie dworca kolejowego. Miał rację ten, kto powiedział, że podróże kształcą. Było nam też dane zobaczyć słynny peron we Włoszczowie, gdzie pociągi zatrzymują się tylko dlatego, ponieważ w tej miejscowości mieszkał świętej pamięci wicepremier Przemysław Edgar Gosiewski, który zginął... przepraszam... poległ pod Smoleńskiem 10 kwietnia roku Pańskiego 2010 o godz. 8:41.


Po przyjeździe do grodu Kraka i zakupie 48-godzinnych biletów MPK udaliśmy się autobusem do naszego hostelu, który zlokalizowany był na obrzeżach miasta. Kraków jest strasznie drogi. Znaleźć nocleg w centrum w rozsądnej cenie graniczy wręcz z cudem. Gdy dotarliśmy na miejsce, mijając po drodze piękny stadion Cracovii, powitała nas recepcjonistka, po której gabarytach stwierdziliśmy, że raczej bieganie nie jest jej hobby. Jak się później okazało druga recepcjonistka także nie parała się aktywnością fizyczną. Pulchne panie mogły wskazywać na to, że w obiekcie serwują dobre posiłki. Niestety, pierwsze śniadanie rozwiało wszelkie nasze wątpliwości. Było po prostu słabe. Pszenica, szynka, cukier i kiepska kawa made by Tesco. Tak bym je w skrócie podsumował. Pokaźna waga portierek mogła również świadczyć o tym, że właściciel hostelu dobrze im płaci. A jak wiadomo dobrobyt idzie w parze z tuszą, bo im więcej pieniędzy się ma, tym więcej słodyczy się kupuje. A łakocie pupę powiększają. Wiem coś o tym.

Pokój nie był rewelacyjny. Mały, ciasny, bez łazienki, która znajdowała się obok pokoju. Na szczęście tylko my mogliśmy z niej korzystać. Gniazdko nie działało. Było wyrwane. Niebiosa nad nami czuwały i dały nam jedno sprawne gniazdko w łazience. W planach mieliśmy polowanie na pokemony, a do tego, jak wiadomo, potrzeba sporej ilości energii elektrycznej. Wracając do pokoju: było tam strasznie gorąco. Grzejnik buchał ogniami piekielnymi, a po pokrętle do regulacji nie było śladu. Nie, że ktoś je zabrał lub popsuł. Zwyczajnie go nie było! Jakiś mądry inżynierek nie przewidział, że grzejnik może grzać za mocno i trzeba będzie go skręcić żeby nie czuć się jak w saunie. Tyle się mówi o tym, że krakusy to straszne sknery. Poznaniacy tak twierdzą. Z kolei mieszkańcy Krakowa twierdzą, że w Poznaniu mieszkają dusigrosze. Reszta Polski śmieje się ze skąpstwa jednych i drugich. Słyszałem kiedyś dowcip opowiadający o tym, jak powstał drut. Znacie go? Podobno krakowianin i poznaniak kłócili  się o grosz. Tak długo sobie go próbowali nawzajem wyrwać, że go rozciągnęli i w ten sposób powstał drut. Znając te wszystkie anegdoty o oszczędności mieszkańców Małopolski byłem bardzo zdziwiony, że nie oszczędzają na ogrzewaniu.


Po zakwaterowaniu w gorącym pokoju udaliśmy się autobusem do Tauron Areny, gdzie mieściło się biuro zawodów. Bez zbędnych kolejek odebrałem pakiet, w skład którego wchodziła koszulka biegowa, piękny folder o biegu, żel energetyczny i baton dla aktywnych. Wszystko zapakowane było w materiałowy worek, który można było nosić jak plecak. Cena pakietu była bardzo atrakcyjna. Bieg kosztował mnie jedynie 50 zł. Zapisywałem się jednak w pierwszym możliwym terminie, gdy cena była najniższa. Tauron Arena wywarła na mnie całkiem spore wrażenie. Olbrzymi obiekt. Jak dla mnie nowoczesny. Nie mam zbyt dużego obycia w infrastrukturze sportowej, dlatego jakiś fachowiec może powiedzieć, że jest inaczej.


Formalności mieliśmy już za sobą. Nastała pora na relaks. Najpierw obiad, a potem zwiedzanie. Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy na Rynek w poszukaniu miejsca, gdzie strudzeni podróżą Jaśnie Panowie z Wielkopolski mogliby posilić się krakowską strawą. Nasz wybór padł na dość sporą restaurację usytuowaną na uboczu Rynku. Skusiła nas jedna pozycja z menu: "Olbrzymi kotlet wieprzowy". Żal mi było tej świnki, która musiała wyzionąć ducha, abym smacznie zjadł. Po pierwszym jednak kęsie przeszły mi wszystkie wyrzuty sumienia. Okrutnik ze mnie, a danie palce lizać.


Podczas obiadu w głośnikach lokalowych usłyszałem utwór, który chyba każdy zna. Utwór z filmu, o którym chyba każdy słyszał. Mowa tutaj o "Time of my life" z "Dirty dancing", które w PRL-u nazywane było "Wirującym seksem". W tym kultowym filmie pada zdanie: "Nikt nie będzie sadzał Baby w kącie". Przypadkiem siedziałem w kącie lokalu. Pomyślałem sobie, że nikt nie będzie sadzał Tomka w kącie! Tomasz jutro pobiegnie i da z siebie wszystko. Zdobędzie Koronę Półmaratonów Polskich i pokaże niedowiarkom, jak dobrym biegaczem jest oraz, jak wiele rzeczy można osiągnąć, gdy człowiek czegoś bardzo chce.

Wieczór był jeszcze młody. Zrobiliśmy sobie z Robertem spacer Plantami na Wawel. Kupiliśmy pamiątki, połapaliśmy pokemony i totalnie zmęczeni wróciliśmy do hostelu. Mój kompan dziwił się, że po takim męczącym dniu będę w stanie jutro biegać. Zapewniłem go, że jestem silnym facetem i dam radę. 21 km to dla mnie pikuś. Może nie Pan Pikuś, ale pikuś :-)

Start planowany był na godzinę 11.00. Wstałem już ok. 6.00 rano żeby ze spokojem skorzystać z łazienki oraz porozciągać się, co by mnie jakiś ból pleców na trasie nie dorwał. Po niezbyt pysznym  śniadaniu udaliśmy się z przyjacielem na przystanek autobusowy. Miałem ze sobą cały swój majdan biegowy z pasem z bidonami na czele. Biegałem z nim już wielokrotnie, ale nigdy nie dostrzegłem tego, co zobaczył Robert. Bidon o pojemności 250 ml miał kształt manierki Asterixa, z której to popijał sobie magiczny napój sporządzony przez uczonego w magii Panoramixa, gdy potrzebował dodatkowej dawki energii do walki. W moim przypadku bidon pełnił podobną funkcję. Także dodawał mi skrzydeł podczas biegu. Dotarliśmy na miejsce coś w okolicach godziny 9.00. Miałem jeszcze sporo czasu do startu. Postanowiłem go wykorzystać na odpoczynek i zakupy. W biurze biegu, jak ma to miejsce zawsze podczas większych zawodów,  wystawiają się przeróżni wystawcy. Są odżywki, żele, batony i jest też odzież. Moim oczom ukazała się piękna czapka na zimę z wizerunkiem tygrysa. Niezwłocznie dokonałem jej zakupu. Mówiąc w trochę bardziej skomplikowany sposób zawarłem umowę kupna-sprzedaży wyrobu tekstylnego z natychmiastowym terminem płatności.


Na starcie ustawiłem się w ostatniej strefie. Robert stwierdził, że nie pasuję tam wizualnie, bo wyglądam wśród tamtych biegaczy jak zawodowiec, a nie amator. Kolega wie, jak połechtać moje ego. Przed startem pomyślałem sobie, że jak Pan Bóg da, a Najświętsza Panienka pozwoli, lub na odwrót w zależności od preferencji, to Tomasz za ok. 2 godziny z hakiem zdobędzie upragnioną Koronę Półmaratonów Polskich.

Od początku postanowiłem sobie, że będę biegł tak, aby ukończyć bieg poniżej 2 godzin i 10 minut. Trasa była płaska. Pogoda śliczna. Prawie idealna do biegania. Trochę za mocno świeciło słońce, ale ogólnie było spoko. Pomyślałem sobie, że jestem w czepku urodzony. Jeszcze tydzień temu prognozy wskazywały na deszcz, a tu taka piękna pogoda. Rozpocząłem powoli. Szybciej się nie dało, bo trasa była wąska. Było na niej tłoczno. W miarę upływu kilometrów biegłem coraz szybciej. Biegło mi się lekko i przyjemnie. 

Na trasie nie udało mi się uniknąć niemiłych sytuacji. Na pierwszym punkcie z wodą pani, która biegła przede mną, nie wiedząc czemu zaraz po tym, jak odebrała kubek z wodą, postanowiła się nagle zatrzymać! Prawie na nią wpadłem. Gdyby tak się stało moja przygoda na trasie biegu zakończyłaby się. Udało mi się jednak zahamować parę centymetrów przed nią. Swoje niezadowolenie skwitowałem głośnym i soczystym "kurwa". Na owej głupkowatej biegaczce moje słowa musiały wywrzeć spore wrażenie. Przeprosiła mnie. Na jej twarzy widziałem strach. Mam nadzieję, że moje grubiańskie zachowanie potraktuje jako lekcję obycia na trasie i więcej nie zrobi tak niebezpiecznego manewru, jak gwałtowne zatrzymanie się. 

Cudowne wrażenie zrobił na mnie Wawel, który nagle wyłonił się biegaczom zza zakrętu. Jeden z punktów pomiaru czasu zlokalizowany był w okolicach tego ślicznego zamku. Świetnie się biegnie wśród zabytków. Uwielbiam takie biegi, gdzie mogę obcować z piękną architekturą. Po ok. 13 km dotarło do mnie, że biegnę w dobrym czasie i jak nie zwolnię, to poprawię swój najlepszy wynik na półmaratonie. Wszystko szło bez zarzutu, aż do 18 km. Dopadł mnie wtedy kryzys. Nie byłem w stanie przyśpieszyć. Cały czas biegłem w tempie 6 minut na kilometr. Żeby poprawić swoją życiówkę musiałem biec w tempie 5 minut 50 sekund. Na mecie, która zlokalizowana była w Tauron Arenie dotarłem z czasem 2 godziny 2 minuty i 7 sekund. Był to wynik gorszy od mojego najlepszego rezultatu z Grodziska Wielkopolskiego zaledwie o 15 sekund. Mocnym akcentem zakończyłem walkę o zdobycie Korony Półmaratonów Polskich. 

Ostatni etap trasy nie nastawiał optymistycznie do biegu. Takiej ilości biegaczy podłączonych pod kroplówkę nigdy nie widziałem. Ludzie padali jak muchy. Moim zdaniem związane to było ze źle dobranym strojem. Niektórzy biegacze mieli nieodpowiednią do pogody odzież. Ubrali się za grubo i ich organizm zwyczajnie się przegrzał. Na mecie krążyły dowcipy, że podczas tego półmaratonu poszło więcej kroplówek niż izotoników. 

Meta dla biegaczy była sprawnie zorganizowana. Wody i izotoników było pod dostatkiem. Bananów także nie brakowało. Ja oglądałem się za drożdżówkami, bo słodka dupka ze mnie. Ich niestety nie było. Był za to smaczny makaron w wersji z mięsem lub wegetariańskiej z warzywami. Gdy już zregenerowałem siły i wygrawerowałem wynik  na pamiątkowym medalu udałem się z Robertem do hostelu, aby się odświeżyć. Potem ruszyliśmy na miasto świętować mój sukces. 

Zabawę zaczęliśmy od zjedzenia apetycznego burgera na krakowskim Kazimierzu. Popiliśmy go piwkiem, a ja na finał kolacji łyknąłem sobie pyszne mojito. Żwawym krokiem powędrowaliśmy na Rynek uraczyć się pysznymi shotami. Po kilku głębszych, lekko wstawieni, ruszyliśmy na zakupy do Galerii Krakowskiej, która była po drodze do naszego hostelu. Kupiliśmy piwo i czekoladę. Wróciliśmy do naszego pokoju dokonać konsumpcji tego, co nabyliśmy w sklepie. 


Przygoda związana ze zdobywaniem Korony Półmaratonów zakończyła się sukcesem. W kolejnym wpisie podsumuję całą moją walkę. Będzie trochę statystyki, trochę osobistych zwierzeń oraz, jak zawsze, będzie humor i dobra zabawa. 


poniedziałek, 9 października 2017

Korona Półmaratonów Polskich - Gniezno


Historycy przypisują Juliuszowi Cezarowi słowa: „Veni. Vidi. Vici.”. Każdy uczeń podstawówki wie, co one oznaczają: ”Przybyłem. Zobaczyłem. Zwyciężyłem.” A jak będzie po łacinie: „Przyjechałem. Przebiegłem. Przeżyłem.”? Tego nie wiem, dlatego nie podzielę się z Wami tą wiedzą. Mogę Wam jednak opowiedzieć, jak przyjechałem do Gniezna. Jak przebiegłem tam półmaraton oraz jak to wszystko przeżyłem.


Parę dni przed zawodami w Gnieźnie, które były moim czwartym biegiem potrzebnym do zdobycia Korony Półmaratonów Polski, powrócił silny ból pleców spowodowany moją wadą postawy będącą efektem zbyt dużej koślawości lewego kolana. Tabletki przeciwzapalne i rozkurczające mięśnie znów musiały powrócić do łask, podobnie jak wizyty u fizjoterapeutki Joanny. Silny masaż zniwelował napięcie w moich mięśniach. Resztę miały zrobić farmaceutyki oraz ćwiczenia korekcyjne. Ból miał minąć do niedzielnych zawodów jednak cały czas żyłem w niepewności czy tak na pewno się stanie. Nie chciałem wyeliminować się ze startu i pozbawić się możliwości zdobycia Korony Półmaratonów. Nie po to jechałem do Gdyni, Białegostoku oraz Grodziska wylewać siódme poty, aby teraz przez ból pleców wszystko zniweczyć. Byłem dobrej myśli. Odpuściłem treningi, a zaaplikowałem więcej snu. Nabyłem poduszkę ortopedyczną, aby nawet podczas snu dbać o zbolały pracą urzędniczą szyjny odcinek kręgosłupa. Do lewego buta włożyłem wkładkę ortopedyczną z podwyższeniem jednocentymetrowym mającą na celu wyprostowanie mojej sylwetki oraz likwidację napięć mięśniowych w ciele. Z dnia na dzień ból stawał się coraz mniejszy. Dzień przed zawodami nadal mi towarzyszył. Był jak wierny kompan. Za takiego się skubany uważał. Dla mnie jednak był piątym kołem u wozu albo raczej wrzodem na tyłku. 

Gniezna od Środy Wlkp. nie dzieli wielka odległość jednakże już jakiś czas temu podjąłem decyzję, że na zawody pojadę dzień wcześniej i przenocuję w hotelu. Lubię być wypoczęty przed biegiem, a dzięki temu mogłem spokojnie pospać do godziny 7.00. W sobotę korzystając z usług PKP odbyłem podróż do Gniezna, która zakończyła się ok. godz. 16.00. Pierwsze swoje kroki z dworca kolejowego skierowałem do Hotelu Nest, gdzie czekał na mnie mój pokój. Mały, skromny, ale czysty i z TV. Rozgościłem się w nim jak u siebie. Zabrałem ze sobą tylko plecak i udałem się do biura zawodów po odbiór pakietu startowego. Nie doczytałem jednak zbyt dokładnie regulaminu, gdzie było napisane że biuro zawodów otwierają dopiero o godzinie 18.00. Miałem zatem prawie 2 godziny na spacer. Udałem się na miejsce mety biegu. Wszystko już było gotowe i czekało na przyjecie tłumów biegaczy z całego kraju. Nie powstrzymałem się oczywiście, podczas spaceru po pierwszej stolicy Polski, przed łapaniem pokemonów. To jest silniejsze ode mnie.


Nadeszła godzina 18.00. Bramy biura zawodów zostały otwarte. Biegacze w dość sporej liczbie stawili się po odbiór pakietów. Proces przebiegał sprawnie. Jak zawsze w Gnieźnie. Półmaraton Lechitów miał się odbyć w tym roku po raz 40. Jest to najstarszy bieg na tym dystansie w Polsce. Organizator ma zatem spore doświadczenie, co było widać na każdym etapie przebiegu zawodów. Interesuje Was zapewne zawartość pakietu. Już zaspokajam Waszą ciekawość. W skład pakietu biegacza wchodziła piękna bluza z długim rękawem, co jest dla mnie nowością, bo zazwyczaj w pakietach znajduję koszulki z krótkim rękawem. Oprócz sterty ulotek, piwa bezalkoholowego i napoju izotonicznego, „wyprawka” dla biegacza zawierała mini deskę do krojenia z motywem biegu. Zastanawia się po co biegaczom taki gadżet? Może po to, aby mieli na czym przed zawodami pokroić pomidora, który jest doskonałym źródłem potrzebnego organizmowi potasu? A może po to, żeby przy jej pomocy wybić sobie z głowy myśl o ustanowieniu nowego rekordu życiowego podczas zawodów? Ja najzwyczajniej w świecie spakowałem ową deseczkę do torby i czekam aż mnie wena najdzie w jaki sposób jej użyję.


Przed biegiem lubię się zrelaksować, a nic nie wprawia mnie w pogodny nastrój, jak dobra komedia. Odpaliłem telewizor, aby poszukać takowego filmu. Po chwili uśmiech radości pojawił się na mojej twarzy. Patrzę w TV i nie dowierzam własnym oczom. Na kanale Stopklatka puszczają „Spokojnie to tylko awaria.” Genialna parodia filmów katastroficznych. Dzisiaj już się takich nie robi. Moim zdaniem ostatnią dobrą parodią była pierwsza część „Strasznego filmu”. Współczesne parodie są wulgarne. Przekraczają granicę dobrego smaku. Przez to są nieśmieszne. Gdy zegar wskazał godzinę jedenastą zgasiłem światło i grzecznie poszedłem spać, aby rano wstać na zawody. 

Od hotelu do biura zawodów miałem tylko chwilę drogi. Powietrze było rześkie, temperatura i aura sprzyjała bieganiu. Start zawodów odbywał się w miejscu pierwszego chrztu Polski, które oddalone jest od Gniezna ok. 21 km. Organizator zapewnił przewóz zawodników na miejsce startu. Cała akcja przebiegała sprawnie. Autobusy odjeżdżały z biegaczami co 15 min. Sama droga nie należała do najmilszych, gdyż nie udało mi się znaleźć miejsca siedzącego i zmuszony byłem stać przy drzwiach. Na szczęście częste podróże pociągiem przyzwyczaiły mnie do stania podczas podróży. Gdy dotarłem na miejsce miałem jeszcze ponad godzinę do startu. Po skorzystaniu z eleganckiego TOI TOI-a postanowiłem zrelaksować się na ławce w pozycji leżącej. Ów relaks zajął mi ok. 20 minut, po upływie których zabrałem się do konsumowania energetycznych batonów, aby mieć siłę do biegania, oraz do rozgrzewki, żeby się nie uszkodzić podczas biegu. Ku mojej radości plecy mnie nie bolały i na całe szczęście tak było przez cały bieg.


Od początku zawodów nie byłem nastawiony na ustanowienie nowego osobistego rekordu w półmaratonie, dlatego ustawiłem się w strefie wraz z biegaczami, którzy pobiegną w czasie 2 godzin i 10 minut. Na wybór tej strefy wpłynęły także urocze peacemakerki, które miały prowadzić całą grupę. Nie od dziś wiadomo, że lepiej biegnie się za kobietą, niż za facetem. Widoki o wiele ciekawsze. Przynajmniej dla mnie. Mieliśmy biec w tempie 6 minut i 9 sekund na kilometr. Liczba 69 jest bardzo ładna i darzę ją niezwykłą sympatią, dlatego nie mogłem sobie odmówić przyjemności biegu w grupie prowadzonej przez dwie śliczne peacemakerki, których imion niestety nie pamiętam. 

Rozkoszowałem się biegiem i pięknymi widokami na trasie, jednak jak się okazało po 4 kilometrach tempo grupy było dla mnie zbyt wolne i postanowiłem trochę przyśpieszyć. Opłaciło mi się to, gdyż już po paru kilometrach poczułem sporą radość z biegu. Pęd wiatru we włosach. Endorfiny ostro zaatakowały mój mózg. Byłem szczęśliwy. Gdy DJ na punkcie pomiaru czasu puścił głośno „Eye of the Tiger” to już w ogóle byłem w siódmym niebie. Lubię ten utwór. Dodaje mi energii. Poczułem się prawie jak Rocky Balboa. Zacząłem walczyć o dobry wynik. Biegłem szybko, ale nie szarżowałem jak dziki dzik w lesie w obawie przed pojawieniem się bólu pleców. Ból pożegnał się ze mną, mam nadzieję, już na stałe i podczas biegu nie powrócił. Na metę wbiegłem z wynikiem 2h 4m 57s. Był to mój drugi najlepszy wynik na tym dystansie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że pokłady mocy w mym pięknym i młodym ciele są olbrzymie. Jeśli będę solidnie trenował, to kiedyś złamię barierę dwóch godzin na dystansie 21 km.

Na mecie biegu zaskoczyła mnie sprawna organizacja punktów żywieniowych. Nie było do nich kolejek. Jedzenie był bardzo sprawnie wydawane. Nie byłbym jednak sobą, gdym trochę nie ponarzekał, bo o ile punkty żywieniowe były zorganizowane wzorcowo, to ich oznaczenie było fatalne. Ciężko było je odnaleźć. Zwłaszcza gdy człowiek jest zmęczony po tak długim biegu. Usytuowanie mety w okolicach Katedry Gnieźnieńskiej było strzałem w dziesiątkę. Cudownie się finiszuje mając przed oczyma tak wspaniały zabytek.


Wiele biegaczek i biegaczy w Gnieźnie kończyło swoją walkę o zdobycie Korony Półmaratonów Polski. Nie dało się tego nie dostrzec, gdyż Panie i Panowie cały półmaraton gnieźnieński biegli z koronami na głowach. Co bardziej fantazyjne osoby biegły w strojach księżniczek i królów. Ja takie bieganie z koroną uznaję za przedwczesną radość. Jeszcze osoby nie przebiegły ostatniego biegu wymaganego do zdobycia korony, a już się koronują. Ale może się tylko czepiam. A może zazdroszczę, bo mi potrzebny jest jeszcze jeden bieg, aby zdobyć upragnioną koronę. O ile jestem w stanie zrozumieć kobiety, które biegły w koronach i diademach, to za nic w świecie nie jestem w stanie zrozumieć facetów biegnących z koronami na głowie. Ba! Niektórzy biegli z berłem w ręku! Nie wiem, może to jakaś kwestia dowartościowania się? Pokazania, że ma się atrybuty władzy królewskiej? Ja swoje insygnia władzy królewskiej mam zawsze ze sobą schowane w spodenkach biegowych. Nie czuję potrzebny chwalenia się swoim berłem. Chyba, że chodzi o to, że ktoś może mieć cienkie berło w spodenkach, dlatego musi je dzierżyć w dłoni podczas biegu. Jedynie taka interpretacja do mnie przemawia. 

15 października w Krakowie zakończy się moja walka o koronę. Koronacja odbędzie się w królewskim mieście. Miejsce do tego wymarzone. Może załatwię sobie imprezę na Wawelu? Zaraz wyślę maila w tej sprawie :-)

piątek, 15 września 2017

Ach Tomasso, czemu Ty jesteś Tomasso ?


"To dziecię uszło - rośnie - to obrońca,
Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery, 
A imię jego będzie... TOMASSO_34" - pisał w swym słynnym dziele nasz narodowy wieszcz Adam Mickiewicz. Nie mam dobrej pamięci do przydługawych cytatów, więc jeśli coś pomyliłem, to wybaczcie.

Każdy z nas przychodząc na ten ziemski padół otrzymuje od państwa w celach identyfikacyjnych numer w ramach Powszechnego Elektronicznego Systemu Ewidencji Ludności, czyli w skrócie nr PESEL. Rodzice nadają nam imię lub imiona w zależności od swoich upodobań. Nazwisko uzyskujemy od ojca lub matki, a w skrajnych i mało spotykanych przypadkach skapnie nam dwuczłonowe nazwisko.

Każdy z nas oprócz swoich oficjalnych personaliów posługuje się również ksywką, nickiem, przezwiskiem, pseudonimem (jak zwał, tak zwał), które wymyślił sobie sam lub nadało mu otoczenie. W dzisiejszym wpisie opowiem Wam historię mojego loginu z portalu PPE.PL i nazwy użytkownika PlayStation Network. Kto gra na konsolach Sony ten wie, że każdy gracz przed rozpoczęciem rozgrywki musi utworzyć swój profil wraz z unikatową i niepowtarzalną nazwą użytkownika. Moja nazwa to tomasso_34. Pod takim nickiem funkcjonuje w cyfrowym świecie elektronicznej rozrywki. Podzielę się także z Wami moimi różnymi ksywami, które towarzyszyły mi na różnych etapach mojego życia. Sam określam siebie jako „człowieka tysiąca ksyw”. Miałem ich sporo w swoim życiu. Zapraszam do lektury i poznania mojej historii.

Z racji swojego nazwiska od zawsze byłem „Kwiatkiem”, a rzadziej „Kwiaciorem”, sporadycznie „Kwiatostanem”. To przezwisko towarzyszy mi przez całe moje życie. Przyzwyczaiłem się do bycia „Kwiatkiem”. Nie ukrywam ile radości mojej duszy dawały słowa koleżanek nazywających mnie „Kwiatuszkiem”. Akceptowałem i nadal akceptuje tę ksywę. Wręcz przeciwnie odnosiłem się do przezwiska „Gruby”, które wynikało z mojej dużej nadwagi jaką miałem do 19 roku życia (dobiłem do 130 kg). Przeważnie nazywały mnie tak osoby, które mnie nie znały. Nie zdawały sobie one sprawy ile takie słowa mogą nieść bólu i cierpienia. Słowa to niby tylko dźwięki, a potrafią ranić jak ostrza i zostawiać blizny na całe życie.


Przezwisk odnoszących się do mojej wagi lub moich upodobań żywnościowych miałem jeszcze kilka. W 1997 roku po premierze filmu z Leonardo DiCaprio i Kate Winslet nazywany byłem przez krótki okres „Tytanikiem”. Nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego. Moja otyłość nie wzięła się z niczego. Jej powód tkwił w miłości odwzajemnionej do słodyczy, a szczególnie do wafelków „Princessa”. Stąd moja kolejna ksywa. Była śmieszna i choć odnosiła się pośrednio do mojej wagi, to ją lubiłem i lubię do dzisiaj, jednak w czasach obecnych nikt już mnie tak nie nazywa.

„Bolo” – to przezwisko uwielbiałem mimo, że odnosiło się do mojej wagi. Ksywa ta jednak nie miała na celu upokorzenia mnie, ale dodania mi pewności siebie. Miała mi pokazać, że mając dużą nadwagę można czuć się pewnie i traktować to w pewnych sytuacjach jako swój atut. W kręgu moich znajomych „Bolem” nazywano osoby silne i potężne. Ksywkę wymyślił starszy z braci Pyrzyk. On zawsze potrafił mnie zmotywować do działania. Pokazywał mi, że mam wierzyć we własne siły. Nie poddawać się na starcie. Uświadamiał mi, że jestem zdolnym człowiekiem i potrafię wiele rzeczy robić lepiej od innych tylko muszę w siebie uwierzyć. Dzisiaj jest on nauczycielem i wychowuje młodzież. 


Na fali popularności skoków narciarskich dorobiłem się ksywy „Tomisław” i „Tonio”. Zawdzięczałem je skoczkowi Tomisławowi Tajnerowi, którego komentatorzy zdrobniale nazywali Toniem. Wszystkim w moim otoczeniu imię Tomisław kojarzyło się z moim imieniem Tomek i tym oto sposobem przez dwa sezony narciarskie nazywany byłem zdrobniale „Tonio”. Ksywa ta spodobała mi się tak bardzo, że czasami używałem jej w niektórych grach – zwłaszcza w skokach narciarskich na komórce. Przez krótki okres określano mnie mianem „Tony”. Podobno byłem podobny do Tonego Soprano jednak nie mi to oceniać.

W LO nazywany byłem „Magic” – od Magica Johnsona. Kumple z klasy nie grali w kosza tylko w piłkę ręczną i nożną. Ja grałem w tym okresie mojego życia prawie codziennie i cały czas mówiłem o koszu. Oni nie rozumieli tego sportu. Niektóre moje zagrania, choć były standardowe, wydawały się im wyjątkowe. Stąd ta ksywa. Tylko w LO byłem tak nazywany. Była to chyba jedna z lepszych ksyw jakich dorobiłem się w swoim życiu.

Okres studiów zmusił mnie do podjęcia pracy zarobkowej. Pierwsza praca na czarno na produkcji. Zgrzewałem tam metalowe siatki ochronne na silniki i wentylatory. Procesowi zgrzewania towarzyszyły wszechobecne na hali (właściwie garażu, bo tam odbywała się przydomowa produkcja) iskry. Aby się ustrzec przed ich pieczeniem na dłoniach i przedramionach pracowałem w rozpinanej bluzie z kapturem. Bluza była ocieplana od wewnątrz, a w hali (garażu) panowała temperatura 36 stopni Celsjusza. Podobno wyglądałem jak miś w tej bluzie (wtedy już byłem chudy). Tym sposobem dorobiłem się kolejnej ksywy – „Misiek”. Ksywa towarzyszyła mi przez długi czas pomimo tego, że po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do pieczenia iskierek i nie nosiłem już owej bluzy. W tym kręgu osób na zawsze pozostałem „Miśkiem”. Nawet, gdy spotykam na ulicy towarzyszy pracy witają się ze mną i pytają: „Co u ciebie słychać, Misiek?"


Autorem ksywy „Tomasso” jest kolega z osiedla o ciekawym przezwisku „Szczur”. Dorobił się takiej ksywy dzięki swojej twarzy. Jego facjata przypominała paszczę szczura. Ksywa pasowała do niego jak ulał. Nie obrażał się, gdy go tak nazywaliśmy. Może lubił Sprintera z Żółwi Ninja? Szczurek (tak zwykłem go zwać na co dzień) wiedział, że jestem wielkim fanem kultury włoskiej i sympatykiem reprezentacji Włoch w piłce nożnej. Był akurat 2006 rok, czerwiec, Mistrzostwa Świata. Dużo rozmawiało się w tym czasie o piłce. Często dyskutowaliśmy na temat, kto zostanie zwycięzcą Mundialu. Nikt oprócz mnie nie stawiał na Włochów. Kto miał rację okazało się w połowie lipca.

Tak wiele opowiadałem o grze Italii i tak często chodziłem w ich koszulce reprezentacyjnej aż pewnego dnia Szczurek stwierdził, że powinienem udać się do Urzędu Stanu Cywilnego z prośbą o zmianę imienia. Twierdził, że bardziej będzie mi pasowało imię Tomasso niż Tomasz. W języku włoskim imię Tomasso piszę się w następujący sposób: „Tommaso”. Kolega Szczurek stwierdził, że moje imię powinno się pisać jednak przez dwa „s”, a nie dwa „m”, gdyż jestem takim polskim Włochem. Polubiłem tę ksywę bardzo i od razu zacząłem używać jej w grach. Po raz pierwszy użyłem jej w „Diablo II”, w które namiętnie młóciłem podczas pierwszej przerwy semestralnej na studiach. Spytacie się pewnie, czemu tak lubię włoską piłkę, którą większość nienawidzi i uważa ją za nudną i niedającą się oglądać. Ja po prostu uwielbiam zakładanie sobie celów i ich skrupulatne realizowanie. Uwielbiam taktykę obronną w piłce. Bronimy się przez większą część meczu, przeciwnik się męczy, a my robimy kontrę, strzelamy i wygrywamy 1:0. Dla mnie to czysta forma piękna. Konsekwentna realizacja taktyki. Niby wszyscy wiedzą, że będziemy się bronić i grać z kontry, ale nikt nie może nas powstrzymać. Drugim powodem, dlaczego lubię włoskie catenaccio, jest fakt, że nikt nie lubi tego typu futbolu. A lubię zawsze być w opozycji. Uwielbiam brzmienie włoskiego języka, a na dźwięk włoskiego hymnu przechodzą moje ciało ciarki - to trzeci powód.


A skąd liczba "34"? Jedni pomyślą, że to mój wiek inni, że to może mój rocznik (raczej mało realne, ale różne głupie pomyłki w życiu się zdarzają). Odpowiedź jest prosta. Z numerem "34" na koszulce grał w Los Angeles Lakers mój idol z dzieciństwa - Shaquille O'Neal. Grając w kosza zawsze się na nim wzorowałem i starałem się kopiować jego zachowania na boisku. Czemu go tak bardzo polubiłem? Może dlatego, że miał dużą wagę i potrafił zrobić z niej atut, a może dlatego, że w drugiej połowie lat 90' wszyscy kibicowali Chicago Bulls i Jordanowi, a ja nie chciałem iść głównym nurtem? Nie wiem. Wydaję mi się, że polubiłem Shaqa za to, jakim jest człowiekiem. Za to, jaki był pogodny, uśmiechnięty i za to, że był dużym dzieckiem.

W miarę upływu czasu otrzymuję kolejne ksywki, przezwiska, pseudonimy. Jest to pewien fenomen, który mnie cały czas niezmiernie zadziwia. Ostatnio zyskałem kilka fajnych określeń, ale przez skromność nie podzielę się z Wami wiedzą o nich. Pozostaną one moją słodką tajemnicą...

czwartek, 17 sierpnia 2017

Niechciany bohater


"Rambo: Pierwsza krew" to dla mnie świętość. Idealny film, który oprócz zapewnienia widzowi rozrywki, porusza także ważny i niestety ciągle aktualny problem weteranów wojennych. Do pierwszej części przygód komandosa Johna Rambo mam silny stosunek emocjonalny. Przypomina mi ona tragicznie zmarłego przyjaciela, z którym wielokrotnie dane mi było wspólnie oglądać ten film. Zapraszam do mojej recenzji.

Film oparty jest na motywach powieści Davida Morrella pt. "Pierwsza krew". Morrell jest autorem kilku powieści jednak z całego jego dorobku literackiego to przygody Johna Rambo są najbardziej znane. Swego czasu podczas zwiedzania miasta Łodzi w jednym z antykwariatów położonych przy ulicy Piotrkowskiej nabyłem swój egzemplarz powieści. Liczy sobie ona ok. 200 stron. Cena nie była wygórowana. Mój portfel nie ucierpiał na tej transakcji kupna. Cena 1 złoty nie była dla mnie ceną zaporową.



Pierwszą opowieść o losach weterana wojny wietnamskiej wyreżyserował Ted Kotcheff. "Rambo: Pierwsza krew" można nazwać dziełem jego życia, gdyż oprócz tego filmu reżyserował "Niespotykane męstwo" (trudno nie doszukać się w tym filmie wielu podobieństw do "Rambo"), a także kilka odcinków erotycznego serialu "Pamiętnik Czerwonego Pantofelka", który nie wątpię, że wielu moim rówieśnikom jest dobrze znany i kojarzy im się z wieloma mile spędzonymi chwilami.

John Rambo (Sylvester Stallone) - weteran i bohater wojny w Wietnamie, włóczy się po kraju, nigdzie nie mogąc na dłużej zagrzać miejsca. Nie ma rodziny (przynajmniej w filmie nie ma o niej mowy; w IV części "Rambo" dowiadujemy się, że John ma ojca) próbuje więc odnaleźć przyjaciela z wojska. W tym celu udaje się do małego miasteczka Hope. Od rodziny przyjaciela dowiaduje się, że ten umarł na raka. W tym momencie dociera do niego, że nie ma już żadnych przyjaciół i nikt go w tym kraju nie akceptuje z powodu jego wojennej przeszłości. Walczył pod amerykańską flagą, a po powrocie z wojny zamiast być bohaterem staje się wrogiem całego społeczeństwa. Z miasteczka Hope, gdzie John chciał tylko coś zjeść i iść dalej, nakazuje mu wyjechać szeryf (Brian Dennehy). Gdy Rambo ignoruje jego polecenie szeryf aresztuje go i zabiera na komisariat. Tu pod wpływem drwin i brutalnego zachowania policjantów u Rambo budzą się negatywne wspomnienia z wojny, która odcisnęła piętno na jego życiu. Koszmar wojny okaleczył mu nie tylko ciało, ale co najbardziej istotne, także psychikę.

John ucieka do pobliskiego lasu, gdzie ukrywa się przed ścigającymi go policjantami. Jest doskonale wyszkolonym żołnierzem, bez problemu udaje mu się uniknąć pojmania. Był najlepszym żołnierzem z całego swojego oddziału. Uzbrojony tylko w nóż ukrywa się i zastawia na pościg pułapki.  Policji z pomocą przybywa osoba, która szkoliła Johna w sztuce walki i przetrwania – pułkownik Samuel Trautman (Richard Crenna). Rambo jednak ucieka z lasu i pod osłoną nocy przedostaje się do miasta. Ma jeden cel – dotrzeć do szeryfa, który wyrządził mu tyle krzywd, tak naprawdę nie wiadomo za co. Po wpływem perswazji płk. Trautmana Rambo oddaje się w ręce policji. Przedtem przeprowadza niezwykłą rozmowę z dowódcą, w której przedstawia swoje uczucia odnośnie tego, co go i jego towarzyszy broni spotkało w Wietnamie i po powrocie do Ameryki. Scena, gdy John, dotąd twardy żołnierz, płacze z powodu tego, że nie może odnaleźć sobie miejsca we współczesnej Ameryce zapada widzowi na długo w pamięci. Armia nauczyła go jak być dobrym żołnierzem, ale nikt nie nauczył go, jak ma żyć z piętnem koszmaru wojny. 

Na uwagę zasługuje główny motyw muzyczny wykonywany przez Dana Hilla - "It’s a Long Road". Słowa piosenki dobrze oddają historię Rambo. Utwór zaczyna się od słów: „To długa droga, kiedy możesz polegać tylko na sobie”. Słowa te wydają się nie przemijać tak, jak problem weteranów, którzy walczyli za ojczyznę, a po powrocie stają się obiektem ataków, a tymczasem trzeba im pomóc, aby nie przechodzili przez tę drogę samotnie. Spójrzmy na weteranów wracających teraz z pól walk wielu współczesnych konfliktów zbrojnych. Są oni źle traktowani przez własny naród. Oskarża się ich o udział w bezsensownej wojnie, która pozbawiła życia wiele istnień i zamiast ustabilizować sytuację na świecie jeszcze bardziej ją pogorszyła. John Rambo, tak samo jak żołnierze amerykańscy, którzy brali udział w działaniach zbrojnych w Iraku i Afganistanie, służył swojej ojczyźnie. Pojechał tam, bo tak zdecydowały władze amerykańskie. W tym miejscu należy przytoczyć pogląd Jana Jakuba Rousseau, który zawarł w swoim dziele pt. "Umowa społeczna": "Wojna nie jest stosunkiem człowieka do człowieka, lecz państwa do państwa, w którym jednostki stają się nieprzyjaciółmi niejako przypadkowo, nie jako ludzie ani obywatele, ale tylko jako żołnierze: nie jako członkowie ojczyzny, ale jako jej obrońcy". Dlatego, jeśli żołnierz podczas wojny przestrzegał prawa wojennego (nie dopuścił się żadnych zbrodni wojennych), nie można mieć do niego pretensji o udział w niej.


Uważam, że "Rambo. Pierwsza krew" jest filmem ponadczasowym, gdyż obecnie w podobny sposób traktuje się weteranów wojennych. Na szczęście sytuacja ta ciągle ulega zmianom na lepsze. Film porusza niełatwy do rozwiązania problem radzenia sobie ze skutkami wojny, jej wpływem na dalsze życie żołnierza w cywilu. Weterani tacy jak John chcieliby spokoju, a nie krytyki obywateli, która powinna być co najwyżej skierowana w stronę rządu, a nie żołnierzy. 

"Rambo. Pierwsza krew" to nie tylko kino akcji, ale także próba spojrzenia na to, w jaki sposób wojna wpływa na psychikę żołnierza, który po powrocie do domu nie powinien przechodzić samotnie długiej drogi, do czego zmuszony był bohater wojny wietnamskiej, John Rambo. 

Do dzisiaj posiadam kopię zarówno pierwszej, jak i drugiej części przygód Johna Rambo na poczciwej kasecie VHS. Kaseta stanowi dla mnie wręcz relikt. Dostałem ją od przyjaciela Przemka. Wiele dla niego znaczyła, ale jednak zdobył się na gest i mi ją ofiarował. Jestem mu za to wdzięczny. Gdy kiedyś spotkamy się na niebiańskich pastwiskach podziękuję mu za ten podarek jeszcze raz.


A na koniec mam dla Was dwie ciekawostki.

Zakończenia filmu i książki są diametralnie inne. W książce David Morrell uśmiercił głównego bohatera. Spece od marketingu z Hollywood chyba przeczuwali, że film odniesie kasowy sukces i nie pozwolili sobie na zabicie kury znoszącej złote jajka. W filmie John nie popełnia samobójstwa. Za namową płk. Trautmana oddaje się w ręce policji. Ciekawostką jest jednak to, że uśmiercenie Rambo było przez filmowców brane pod uwagę. Nawet nakręcono tę scenę, by potem ostatecznie stwierdzić, że zostanie usunięta z filmu. Poniżej możecie ją zobaczyć.


Jeśli mało Wam jeszcze usuniętych scen, to zapraszam do obejrzenia poniższego filmiku. Jest on słabej jakości, gdyż nagranie pochodzi z kasety VHS pewnego fana filmu z Kanady. Nagrał on przygody Johna Rambo na kasetę w 1983 roku. Film emitowała państwowa telewizja. Jak się potem okazało owa wersja filmu zawierała 7 usuniętych scen, które nigdy nie były dotąd publikowane. Nie wnoszą one nic nowego do fabuły, ale stanowią ciekawostkę dla fanów Rambo.




niedziela, 30 lipca 2017

Pamiętna niedziela z Pokemon GO


Pewna wywodząca się z Finlandii firma produkująca elektronikę użytkową reklamowała się hasłem „connected people”. Hasło w pewnym momencie stało się tak popularne w kulturze masowej, że na każdym straganie, w niemal każdym mieście, można było stać się w drodze nabycia szczęśliwym posiadaczem koszulki z zabawnym napisem, który po przetłumaczeniu na język polski głosił, iż wódka łączy ludzi. Jest w tym dużo prawdy, bo nic tak nie połączy grupy zupełnie obcych sobie osób, jak wspólna konsumpcja gorzałki, ale tak samo, jak wódka potrafi łączyć, tak też potrafi i dzielić. To, co obecnie łączy ludzi o wiele mocniej niż wódka, to wspólna gra w Pokemon GO. 


Po niedawnej aktualizacji gracze zyskali możliwość wspólnych walk w Gymach z pokemonami, które dopiero po pokonaniu ma się szanse złapać. A w pojedynkę pokonanie większości pokemonów jest nierealne. Nie ważne, do której drużyny należą gracze. Czy są członkami drużyny niebieskiej, czerwonej, czy żółtej, stają wspólnie do walki ramię w ramię w jednym celu, jakim jest zdobycie w posiadanie mocarnego stwora. To piękna współpraca. Pokazuje, że można wznieść się ponad podziały i współpracować, aby osiągnąć wspólnie pożądany przez wszystkie strony cel. 

Przyznam szczerze. Na początku nie byłem entuzjastą Raidów, czyli walk w Gymach z mocnymi pokemonami. Raidy są losowe i trwają określony czas. Zazwyczaj mamy dwie godziny na dojście do właściwego Gyma zlokalizowanego na mieście i pokonanie oraz złapanie pokemona. Stworki są o wiele większych rozmiarów od pozostałych bestii ze świata pokemonów, dlatego do ich pokonania nieodzowna jest pomoc innych trenerów pokemonów. Po pokonaniu danego potworka kurczy się on do swoich naturalnych rozmiarów i wtedy mamy szanse na złapanie go za pomocą specjalnych pokeball'i, które otrzymujemy w różnej ilości, która zależy od kilku zmiennych takich, jak np. liczba zadanych obrażeń w walce, czy fakt, który zespół aktualnie bronił Gyma. Jeśli był on broniony przez czerwonych graczy, to gracz z takiego teamu otrzymuje kilka kulek więcej, co oznacza, że ma większą szanse na złapanie silnego pokemona. Nie miałem zamiaru bratać się z innymi graczami. Zawsze wolałem grać sam i liczyć na własne siły w walce. Ale od pewnej niedzieli zmieniło się moje postrzeganie gry Pokemon GO. Zauważyłem jaki tkwi w niej potencjał społeczny. To wspaniała platforma do poznawania nowych ludzi i nawiązywania z nimi nowych kontaktów. Wspólne granie bawi o wiele bardziej niż granie w pojedynkę. Zapewnia zupełnie inną dawkę emocji.  Powróćmy zatem do tej pamiętnej niedzieli...


Wystartował wtedy event podczas którego, oprócz podwójnej ilości cukierków do pokemonów, pyłków do ewolucji oraz punktów doświadczenia, w Gymach podczas Raidów można było spróbować złapać dwa legendarne pokemony – Lugia i Articuno, które do tej pory nie występowały w grze. Spałem w ten dzień dosyć długo, gdyż byłem wyczerpany po, jak to mawia kolega Grzegorz, stosunkowo udanej sobocie. Na łowy wyruszyłem przed godziną 18.00 wraz ze swoim kompanem od japońskich stworków – Robertem. Szliśmy standardową trasą, którą zawsze wyruszamy na łowy, czyli ulicą Dąbrowskiego. Zmierzaliśmy w kierunku miasta. Słońce pięknie świeciło, humor był, brzuchy pełne, pęcherze puste, czyli ogółem luzik i całkiem spoko. Dostrzegliśmy, że na Gymie na poczcie jest do złapania ptaszysko o wdzięcznej nazwie Lugia. Jego imię wydaje mi się mieć włoskie korzenie, ale mogę się mylić, bo jako fan Italii nie jestem obiektywny. Robert cały czas mi narzekał, że nie pojechaliśmy do Poznania polować na nowe stwory, ale ja zwyczajnie nie miałem na to sił. Liczył jednak, że może w Środzie uda nam się złapać jakąś legendę. Doszliśmy do poczty. Naszym oczom ukazała się pustka. Nicość ludzka. Ani jednego gracza pod pocztą. Robert zaczął narzekać, że ludzie się nie integrują i nie walczą razem w Gymach. Ja uspokajałem go, że to tylko gra. Próbowałem tłumaczyć, że graczy pewnie przeraża próba walki z tak silnymi pokemonami, jak Lugia i Articuno. Używałem argumentów, że Środa to małe miasto i dlatego pod Gymami nie ma graczy. Już mieliśmy iść w kierunku fontanny na targowisku, gdy zobaczyliśmy, że z tyłu poczty jest spora grupka graczy, którzy próbują pokonać legendarną Lugię. Szybko dołączyliśmy do nich. Przywitali nas ochoczo, gdyż sami nie mogli jej pokonać, bo było ich za mało. Przybyliśmy więc im z odsieczą. 


Moja pierwsza walka z Lugią była bardzo emocjonująca. Na początku nie wiedziałem jakie pokemony wybrać do walki. Dla niewtajemniczonych w świat Pokemon GO dodam, że wybiera się do każdej walki 6 stworków. Pokemony mają ataki różnego typu np. ogniowe, wodne, kamienne. Moi najlepsi wojownicy mają ataki kamienne. Podczas walki szybko się przekonałem, że wystawienie kamiennych pokemonów na Lugię, która miała silne ataki wodne, nie było dobrym pomysłem. Na szczęście pozostali gracze dokonali rozsądniejszych wyborów i udało nam się pokonać legendarną bestię. Jednakże wygrana walka z Lugią to był dopiero początek. Należało ją jeszcze złapać, a sztuka ta nie należy do najłatwiejszych. Mimo tego, że urodziłem się w czwartek, a nie w niedzielę i dzieckiem szczęścia raczej nie jestem, udało mi się złapać to silne ptaszysko. Łącznie pod pocztą było ok. 16 graczy w różnym wieku. Dziewczyny i chłopcy, matki i ojcowie z dziećmi oraz wielu przystojnych kawalerów na czele z autorem tego tekstu. Była to maja pierwsza integracja ze średzkim środowiskiem graczy Pokemon GO. Ludzie się poznali, powymieniali numerami telefonów. Jeden z uczestników stworzył grupę na Facebooku dla lokalnych graczy, aby łatwiej było się komunikować i razem walczyć w Gymach. 


Współpraca jak na razie dobrze się układa poza drobnymi kłótniami, które są nieodzowną częścią każdej społeczności. Dzięki pomocy innych graczy udało mi się złapać jeszcze jedną Lugie oraz dwie sztuki Articuno. Gdyby nie Wy, drodzy średzcy trenerzy pokemonów, byłoby to niemożliwe. Liczę, że przed nami jeszcze wiele wspólnych pojedynków w Gymach. Od sierpnia będzie okazja do złapania kolejnych legend. Jak dobrze wiecie Moltres będzie do złapania do dnia 7 sierpnia, a Zapdos od 7 do 14 sierpnia. Jestem pewien, że złapiemy je wszystkie!

środa, 26 lipca 2017

Lego Jurassic World - gościny występ na portalu PPE.PL

Zdarza mi się skrobnąć kilka słów w tematyce gier na konsolę PlayStation. Publikuję je na portalu czasopisma PSX Extreme - PPE.PL. Są to krótkie teksty związane z moimi odczuciami odnośnie wybranych gier, które z reguły właśnie ogrywam. Parę osób je czyta i komentuje. Pewnego dnia, ku mojej nieskrywanej uciesze, odezwał się do mnie jeden z użytkowników portalu z pytaniem, czy nie chciałbym napisać na jego blogu niedługiego tekstu na temat gry, w którą właśnie gram. Zgodziłem się bez wahania, gdyż takim uznanym i cenionym użytkownikom jak Squaresofter się nie odmawia.

Prowadzi on blog pt. "W co gracie w weekend", gdzie opisuje swoje zmagania w świecie wirtualnej rozrywki. Co jakiś czas zaprasza gości, aby podzielili się z szerszą publiką opowieścią z jaką grą aktualnie się zmagają. Miałem zaszczyt wystąpić gościnnie w 203 wydaniu "W co gracie w weekend". Poniżej publikuję ów tekst. Zdaję sobie sprawę, że czytelnicy nie interesujący się światem gier mogą mieć problemy ze zrozumieniem słownictwa, którym posługują się gracze, dlatego w tekście naniosłem wyjaśnienia, które pomogą szerszemu gronu odbiorców lepiej go zrozumieć. Wyjaśnienia znajdować się będą w nawiasie i zostaną "wytłuszczone".


--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Postanowiłem powrócić do produkcji ze stajni Traveller's Tales [Brytyjskie studio deweloperskie, które tworzy gry video z serii Lego] pod nazwą „Lego Jurassic World”. Fabułę ukończyłem ponad rok temu i wtedy nie znalazłem w sobie chęci na splatynowanie tego tytułu. [Każda gra na konsolę PlayStation od 2007 roku ma w sobie zaimplementowany system trofeów. Są to pucharki w kolorach brązu, srebra, złota i platyny. Po wykonaniu określonych zadań w grze wymyślonych przez jej twórcę otrzymujemy konkretne trofea. Gdy zbierzemy je wszystkie dostajemy trofeum platynowe, które informuje nas, że zdobyliśmy wszystko w danej grze, co było do zdobycia. Jedna gra posiada różne ilości trofeów brązowych, srebrnych i złotych, ale zawsze posiada tylko jedno trofeum platynowe. Zwrot "platynować" grę oznacza, że walczymy o zdobycie wszystkich możliwych w grze trofeów. Pucharki zdobywamy za postępy w fabule, a także za wykonywanie specyficznych czynności typu zabij przeciwnika granatem, przejdź planszę bez straty życia itp. Specyficzne czynności uzależnione są od gatunku gry, w którą akurat gramy.] Nie wiedzieć skąd, ale nagle i niespodziewanie ta chęć zawitała pod moją kopułę myślową. Czas na platynę numer 41. „Lego Jurassic World” wybieram Cię! [Każdy gracz ma swoją wirtualną tablicę gracza, na której widnieje liczba zdobytych przez niego trofeów. Liczba trofeów przekłada się na level gracza, czyli jego dany poziom. Gracze rywalizują ze sobą o to, kto zdobędzie więcej trofeów. Trofea dają punkty, które wpływają na wysokość levelu gracza.]

Czy można sobie wyobrazić lepsze połączenie niż klocki Lego i dinozaury? Nie można! Jako mały urwipołeć gustowałem w rozrywce polegającej na budowaniu wszelakich konstrukcji z klocków firmy Lego. Zafascynowany byłem także światem dinozaurów. Miałem mnóstwo książek i czasopism o tej tematyce. Wiele godzin spędzałem na zabawie plastikowymi figurkami dinozaurów, które tata przywoził mi z Niemiec. Pamiętam, jak moja mama chrzestna zabrała mnie kiedyś do kina na „Park Jurajski” Spielberga. To było najpiękniejsze przeżycie z mojego dzieciństwa. Ledwo nadążałem czytać napisy wyświetlane na ekranie kinowym, gdyż byłem zbyt młody i moja umiejętność czytania była na zbyt niskim levelu. [Poziomie. Z moich obserwacji wynika, że gracze zbyt często nadużywają tego angielskiego słówka.] Ale nie chodziło mi w tym filmie o fabułę tylko o magię świata wypełnionego prehistorycznymi bestiami.

Pamiętam, jak zobaczyłem pierwszy zwiastun „Lego Jurassic World”. Byłem w siódmym niebie. Hybryda trzech pasji z dzieciństwa: gier, Lego i dinozaurów stawała się faktem. Zbliżała się do mnie wielkimi krokami tak, jak co roku zbliża się ostateczny termin rozliczenia z fiskusem. Mimo wielkiej chęci wzięcia w swoje łapska tej produkcji już na premierę zachowałem resztki rozsądku. Odczekałem 3 miesiące i kupiłem w pudełku nówkę za 100 zł. Dzięki temu oszczędziłem sporo kasy, gdyż gry Traveller's Tales szybko tracą na wartości od czasu premiery.

Gra podzielona jest na cztery części. Każda część odpowiada jednemu filmowi z serii „Park Jurajski”. Plansze są tak zaprojektowane, że w krótki i zwięzły sposób oddają najbardziej charakterystyczne momenty filmów. Będzie nam dane uciekać przed tyranozaurem, a także chować się w kuchni przed raptorami. Na całe szczęście nasze i naszych portfeli gra nie posiada żadnych DLC [Produkt stanowiący rozszerzenie gry komputerowej udostępniany przez wydawcę za pośrednictwem Internetu. Pod pojęciem tym kryją się różnego rodzaju dodatki do podstawowej wersji gry takie, jak: nowe wyposażenie, mapy czy pakiety misji. Często gra ma swoją reedycję, w której skład wchodzą wszystkie wydane do niej DLC. Definicja pochodzi z serwisu Wikipedia] w postaci dodatkowych plansz tak, jak to mają mieć w zwyczaju najnowsze gry ze studia Traveller's Tales. Wiem, że zakup season passa ["Przepustka sezonowa" - po zakupie takiej przepustki mamy prawo do pobrania wszystkich dodatków do danej gry. Dodatki można kupować osobno jednakże tańszą alternatywą jest zakup przepustki na dodatki] jest dobrowolny i jest to konieczne do ukończenia gry i zdobycia platyny. Ja jednak należę do tej świrniętej części środowiska graczy, która lubi jak obok ikony platynowego trofeum widnieje 100% ukończenia gry. [Można zdobyć platynowe trofeum w grze, a nie mieć wszystkich pozostałych trofeów, gdyż do zdobycia platyny wymagane są tylko trofea z podstawowej gry, a nie trofea z dodatków do niej].

Oprócz poziomów fabularnych dostajemy także do eksploracji olbrzymi otwarty świat, gdzie mamy mnóstwo zadań do wykonania takich, jak: leczenie dinozaurów, udział w wyścigach, czy robienie zdjęć określonych obiektów. Aby ukończyć grę na 100% i zdobyć platynowe trofeum musimy wykonać wszystkie dodatkowe czynności oraz zdobyć wszystkie złote i czerwone klocki poukrywane w otwartym świecie. Czerwone klocki to swoiste cheaty [Oszustwa. Kody ułatwiające rozgrywkę] w grze. Pozwalają one być nam nieśmiertelnym, szybciej budować obiekty z klocków lub zyskać mnożnik, który pozwoli nam szybko zasilić nasze konto w dużą liczbę klocków, które stanowią walutę w grze, dzięki której możemy kupić m. in. nowe grywalne postacie. Schemat ten powtarza się w każdej grze z serii Lego. Otwarty świat nie jest jednak tak nudny, jak w Lego Marvel Super Heroes, ale nie jest też tak fantastyczny, jak Lego Batman 2: DC Super Heroes, która jest moją ulubioną grą z serii Lego.

Lego Jurassic World to kolejna część serii, gdzie bohaterowie nie są niemi tzn. rozmawiają ludzkim językiem, a nie swoimi „pomrukami”. W grze wykorzystano fragmenty oryginalnej ścieżki dźwiękowej z filmów, co dodaje tej produkcji niesamowitego klimatu. Gracz czuje się podczas gry jakby był pośrodku akcji hollywoodzkiego hitu. Przynajmniej ja się tak czułem. Jak to w grach Lego bywa mamy do wyboru mnóstwo postaci. W praktyce jednak korzystamy tylko z kilku ulubionych, które posiadają umiejętności potrzebne w danej chwili do rozwiązania prostych łamigłówek.



Tak, jak w każdej odsłonie gier Lego możemy się cieszyć rozgrywką w ramach kanapowej kooperacji. Jest to opcja znacznie przyjemniejsza przechodzenia gry niż w pojedynkę. Ja z braku partnera/partnerki do grania zmuszony jestem grać sam. Ale zabawa i tak jest przednia. Trzeba ją tylko odpowiednio dozować. Zbyt długa sesja z Lego może spowodować zmęczenie i znużenie.

Lubię gry z serii Lego z kilku powodów:
- powtarzający się schemat rozgrywki, który z upływem czasu ciągle mnie bawi,
- humor i dowcipy, którymi gry z serii Lego są zawsze naszpikowane,
- łatwe platyny, które wymagają poświęcenia czasu, ale nie jest to czas stracony, gdyż upływa on na super zabawie.

Niektórzy, gdy słyszą że gram w gry Lego, robią dziwne miny i widać, że są zniesmaczeni. Nie rozumiem tego typu zachowania. Każdy gra w to, co lubi i nikomu ze swoich wyborów nie musi się tłumaczyć. Tak, jak nie zagląda się do cudzego łóżka, aby zobaczyć kto z kim śpi, tak nie spogląda się w napęd konsoli bliźniego swego, aby zobaczyć, jaka płyta wprawiana jest tam w obroty.

Dziękuję Squaresofterowi za zaproszenie mnie do napisania tekstu do kolejnego wydania „W co gracie w weekend”. Jest to dla mnie olbrzymia nobilitacja. Tekst pisało mi się z wielką przyjemnością. Mam nadzieję, że będzie się Wam go również miło czytało. Myślę, że mój pierwszy tekst w tej serii nie będzie moim ostatnim :-)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Koniec i bomba! Kto nie czytał i nie grał ten trąba! Żeby nie kończyć zbyt pesymistycznie dodam tylko, że dla każdego z Was jest nadzieja, bo kto czyta i gra nie trąbi, a trąbią tylko trąby.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Zbieractwo wszelakie

Uwielbiam zbieractwo wszelkiego rodzaju. Czego to ja nie zbierałem w swoim życiu? Za dzieciaka kolekcjonowałem opakowania po słodyczach, a że słodycze darzyłem wielką sympatią, to kolekcja rozrastała się w imponującym tempie. Kolekcja mieściła się bodajże w dwóch kartonach po butach. Pewnego dnia, nie wiedząc czemu, postanowiłem pozbyć się swoich zbiorów w najbrutalniejszy sposób, jaki wpadł mi do głowy. Postanowiłem puścić je z dymem na ogródku działkowym. Plan spalił na panewce gdyż nie udało mi się przekonać rodziców do tego genialnego w swojej prostocie przedsięwzięcia. Nie podzielali oni mojego entuzjazmu związanego z wznieceniem pożaru na trawie w pobliżu drewnianej altany działkowej. W obliczu braku zgody na zabawę w piromana zmuszony byłem pozbyć się swojej kolekcji w niezbyt wysublimowany sposób: wyrzuciłem ją do osiedlowego kontenera na śmieci. W taki sam sposób pozbyłem się w późniejszym czasie swojej kolekcji puszek po napojach słodzonych i komiksów z Kaczorem Donaldem.


Dość ciekawe przedmioty do kolekcjonowania znalazły się w moim zakresie zainteresowań w okresie nastoletnim. Zacząłem zbierać wtedy kufle do piwa i kieliszki do wódki. Tej kolekcji nie pozbyłem się po dzień dzisiejszy. Ma ona dla mnie duży walor sentymentalny, ale i  praktyczny. Piwo lepiej smakuje w ładnej szklance. Z kolekcją szklanek i kieliszków wiążę się śmieszna, choć niezbyt chlubna historia. W okresie imprez osiemnastkowych miałem duże parcie na jej zwiększenie. Nie było osiemnastki w lokalu, z której nie wyniósłbym kufla lub kieliszka. Dzięki moim „lepkim” dłoniom mogę się dzisiaj pochwalić paroma ładnymi szkłami do picia. Wszystkie szkiełka w mojej kolekcji to masowa produkcja, nie żadne kryształy, ale i tak cieszą nawet po latach.




Pamiętam, jak z wycieczki szkolnej do Holandii i Belgii, przywiozłem do domu trzy piękne kieliszki z belgijskimi atrakcjami turystycznymi. Sprzedawca profesjonalnie spakował mi w papier kupione za 2 euro za sztukę kieliszki. Dla bezpieczeństwa zawinąłem je jeszcze w koszulkę i delikatnie umieściłem w plecaku. Wycieczka dobiegała już końca. Przed powrotem do domu moja wychowawczyni spytała się mnie jakie pamiątki kupiłem. Reakcję kolegów na to pytanie pamiętam po dziś dzień. Wszyscy wybuchnęli gromkim śmiechem. A związane to było z przygodą jaką miałem na początku wycieczki w autobusie. Aby umilić sobie drogę na Beneluks postanowiłem  z dwoma kumplami popić trochę wódeczki. Zrobiliśmy pół litra na trzech. "Smaka" na wódę naszła olbrzymia, a że miałem 0,7 litra w plecaku postanowiłem czym prędzej otworzyć kolejną flaszeczkę. Efekt był taki, że darłem ryja na cały autobus, że chce mi się siku, a na stwierdzenie opiekuna: „Ty jesteś kompletnie pijany!” odpowiedziałem spokojnym i spolegliwym tonem: „Dobrze, już będę spokojny.”


Gdy alkohol coraz mocniej uderzał mi do głowy załączył się w mojej mózgownicy program obrońcy uciśnionych ludzi w potrzebie. Wszystkim, którzy umilali sobie podróż napojami alkoholowymi, a była to większość męskiego grona, niemiłosiernie chciało się siku.  Sam zaliczałem się do tej grupy. Kompletnie nawalony gorzałą postanowiłem wybrać się do wychowawczyni na początek autobusu. Droga była daleka, gdyż siedziałem w przedostatnim rzędzie. Podpierając się ręką o oparcia foteli żwawo parłem do przodu, aż do momentu, w którym usytuowane jest środkowe wejście do autobusu. Tam straciłem oparcie  pod prawą ręką, ponieważ skończyły się fotele, a zaczynały się schody do wyjścia. Siła grawitacji pokierowała mnie wprost do drzwi z napisem exit. Gdy wszyscy myśleli, że już po mnie, że najzwyczajniej wypadłem przez drzwi autobusu wprost na niemiecką autostradę, zrobiłem użytek ze swoich ciężko wytrenowanych na siłce mięśni bicepsa oraz ze swojego lekko zamroczonego alkoholem, lecz cały czas dobrego refleksu. Opadając na dół w stronę drzwi zdążyłem złapać się poręczy, podciągnąć i wrócić do góry na przejście pomiędzy fotelami. Nie wiem, co ja sobie wtedy myślałem, ale zamiast grzecznie i potulnie wrócić na swoje miejsce, kontynuowałem podróż na czoło autobusu. Nie porzuciłem swojej misji, która miała na celu uratowanie naszych obolałych pęcherzy. W końcu dotarłem do Pani Grażynki - mojej wychowawczyni. W tym miejscu pragnę ją pozdrowić i przeprosić za wszystkie ekscesy jakie jej zafundowałem na tej wycieczce. Ciężki jest los wychowawcy w LO. Misja okazała się totalną porażką. Niezbyt wyraźną mową i argumentami, że strasznie nam się chce siku i że już dłużej nie wytrzymamy, nic nie wskórałem. Z podkulonym ogonem udałem się na swoje miejsce. Miałem 16 lat i byłem głupi, ale przynajmniej mam co wspominać.


Kolekcjonowanie wspomnień to piękna sprawa. Niby nie mamy nic materialnego w swojej kolekcji, ale tak naprawdę posiadamy o wiele więcej niż jakieś przedmioty. Mamy obrazy z przeszłości, których nikt nam nie zabierze. Jest to wyjątkowa kolekcja odporna na żywioły tego świata. Nic nie jest jej w stanie zniszczyć. No chyba, że alzheimer. Miejmy jednak nadzieję, że to straszne choróbsko nas wszystkich ominie.

Do dziś, jako swoje największe osiągniecie w dziedzinie zbieractwa, uważam swoją liczącą blisko 1000 sztuk kolekcję kart z zawodnikami NBA. Ile wysiłku kosztowało mnie jej stworzenie. Długie tygodnie oszczędzania, aby móc cieszyć się z upragnionych kart. Najwięcej kart miał kolega Przemek i to z nim trzeba było dobijać targu i negocjować cenę za poszczególne karty lub ich całą kolekcję z danego sezonu. Dziesiątki wyrzeczeń, które polegały na nie kupowaniu batoników i lodów, aby odłożyć pieniądze na karty, nie poszły na marne.



W drugiej połowie lat '90 koszykówka była w Polsce bardzo popularna. Przyczyniły się do tego transmisje meczów ligi NBA na kanale TVN oraz fenomen Michaela Jordana, który wielu młodych ludzi zachęcił do uprawiania tego wspaniałego sportu. Na moim osiedlu wszyscy kupowali karty z zawodnikami NBA i wymieniali się nimi. Nie przetrwał w mojej kolekcji ani jeden oryginalny album na karty, dlatego cała kolekcja spoczywa bezpiecznie w segregatorze czasopisma „Świat wiedzy”. To wtedy zacząłem grać w kosza. Zrozumiałem, że to sport dla mnie. Sport wymagający, piękny i nie dla słabych facetów. Sport, który wymaga siły, sprytu i dużego opanowania.




Jako młody dzieciak, pod wpływem pewnego amerykańskiego filmu, którego tytułu na czasy obecne nie pamiętam, zapragnąłem kolekcjonować pudełka od zapałek. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że zapałki dostępne w moim mieście pochodzą od jednego producenta, który motywy na kartonikach zmienia dość rzadko, a nawet prawie nigdy. Miałem wielkie plany zbudowania potężnej kolekcji pudełek od zapałek. Snułem cudowne wizje o szpanowaniu wśród kumpli nietypową kolekcją, ale musiałem zaspokoić się jedynie marzeniami. Pokonał mnie wolny rynek, a z nim, choć wielu próbowało, jeszcze nikt nie wygrał.


Nie tak dawno temu wpadłem na pomysł kolekcjonowania pełnych paczek chusteczek higienicznych. Wzorów różnistych na opakowaniach jest pełno. Pole do popisu olbrzymie. Kolekcja może liczyć tysiące sztuk, gdyż cena paczki chusteczek jest bardziej niż przystępna, choć nie wiem, czy może być coś bardziej przystępnego od czegoś, co jest przystępne?! Takowa kolekcja ma też walor praktyczny. Gdy znudzi się nam zbieranie chusteczek zawsze mamy zapas na wypadek pandemii grypy. Dla każdego domownika na pewno starczy. Niektórzy ludzie przygotowują się na apokalipsę zombie, a inni, choć nieświadomie, przygotowani są na epidemię kataru. Tak, jak szybko pomysł na kolekcję chusteczek wpadł mi do głowy, tak samo szybko wyparował. Ostała mi się kolekcja w niezbyt imponującej liczbie 4 sztuk.


Mówi się, że jedyną pewną rzeczą na świecie są śmierć i podatki. Jest to strasznie wyświechtane hasło, które słychać często w TV. Dla mnie pewna jest tylko jedna rzecz. Pewne jest, że Sylvester Stallone wielkim aktorem jest!



I tym oto sposobem dochodzę do mojej kolejnej kolekcji. Uwielbiam kino i TV stąd moja pasja do kolekcjonowania filmów. Kiedyś zbierałem filmy na kasetach VHS. W większości były to filmy nagrane z TV. Jednak w kolekcji miałem także oryginalne kasety, na które z racji wysokiej ceny rzadko mogłem sobie pozwolić. Kolekcja VHS-ów nie przetrwała próby czasu podobnie jak domowe video. Od zapomnienia udało mi się ocalić 3 kasety, które darzę olbrzymim sentymentem. Są to: "Kosmiczny mecz", "Ogniem i mieczem" i dokument "Dream Team 1" o występie reprezentacji USA w koszykówce na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.



Z jednej strony kreskówka połączona z grą aktorów, a z drugiej strony ekranizacja polskiej narodowej powieści historycznej. Tematyka skrajnie różna. Daje to jednakże dobry obraz moich gustów filmowych.


Jednym zdaniem: oglądam wszystko. Nie zamykam się na żaden gatunek filmowy. Oglądam to, co wydaje mi się interesujące. Stąd w mojej kolekcji płyt DVD i BD można znaleźć horrory (np. "Klątwa"), komedie (np. "Zanim odejdą wody"), dramaty (np. "Pamiętnik"), kreskówki (np. "Robin Hood") i seriale (np. "Airwolf"). Całą kolekcję swoich płyt przedstawię w osobnym temacie w czasie obecnie mi nieznanym.



Wyjątkowe miejsce w mojej kolekcji płyt przypada niewątpliwej legendzie kina akcji – Sly'owi. Jakieś 3 lub 4 lata temu postanowiłem zbudować kolekcję filmów z moim ulubionym aktorem. Ostatnio trochę ją zaniedbałem z racji kupowania gier, ale myślę, że niedługo zakupię brakujące tytuły i dokonam małej aktualizacji. Do kolekcji trafiają nie tylko filmy, gdzie Sly grał główną rolę, ale także produkcje, gdzie występował jako postać drugoplanowa lub gdzie zagrał epizod w jednej ze scen. Film, do którego napisał scenariusz lub którego był reżyserem, także trafia do mojej kolekcji. Podobnie ma się sprawa z filmami, w których użyczał głosu któremuś z bohaterów.


Całą kolekcję filmów z Sylwkiem prezentuje na dwóch zdjęciach w tym wpisie. Moje ulubione eksponaty zasłużyły na osobne zdjęcia. Największym sentymentem darzę sobie zbiorcze wydanie wszystkich części Rocky'ego. Był to pierwszy prezent gwiazdkowy jaki dostałem od ówczesnej narzeczonej. Trafiła z nim wtedy idealnie wywołując u mnie łzy radości na twarzy. Do teraz pamiętam ten zachwyt z powodu otrzymania wymarzonego od lat prezentu. Dwa lata później Kasia - ex narzeczona zaskoczyła mnie prezentem w postaci limitowanego wydania drugiej części "Niezniszczalnych", które zawierało metalową klamrę do paska. 

Spędziłem mnóstwo czasu na poszukiwaniu pierwszych wydań DVD w pudełkach typu Ash - Tray. Na początku ery płyt DVD Warner Bros wydawał filmy w tego typu pudełkach. Uważam je za najpiękniejszy rodzaj pudełek jaki człowiek kiedykolwiek wymyślił. Mają one jednak dużą wadę - łatwo się niszczą, ale czy piękno nie jest kruche i delikatne? Udało mi się nabyć pięć filmów w tego typu pudełkach: "Cobra", "Człowiek demolka", "Zabójcy", "Specjalista" i "Tango i Cash".



Pod względem wizualnym wysoko cenię sobie opakowania typu Digipack. Już dawno temu zdobyłem do kolekcji film "Na krawędzi" w takim właśnie opakowaniu. Za filmem nie przepadam, ale to, w jaki sposób został wydany, ubóstwiam. Wydanie miód malina.


Na koniec części filmowej pochwalę się produkcjami mniej znanymi szerszemu gronu odbiorców.


Myślę, że na szczególną uwagę zasługuje pierwszy film, w którym zagrał Sly. Film, dzięki któremu Rocky Balboa ma taki przydomek, a nie inny. Panie i Panowie - Italian Stallion, czyli włoski ogier! Jest to dosyć słaby film erotyczny z lat '60 ubiegłego wieku, ale taki fan, jak ja nie mógł odmówić sobie posiadania tej kultowej produkcji w swojej kolekcji. Przyznam, że trochę dziwnie ogląda się Sylvestra w tak nietypowej dla niego roli. Facet jednak daje rade.



To by było na tyle. Jak widzicie lubię zbierać różne rzeczy. Obecnie kolekcjonuję pochwały za ciekawe teksty, dlatego nie krępujcie się, możecie mnie chwalić do woli. Tylko proszę pisać z umiarem. Nie chciałbym, żeby serwery Google się zawiesiły z powodu zbyt dużej ilości komentarzy od fanek, bo nie ukrywam, że na nich zależy mi najbardziej. Bez obaw. Każda zdąży mnie pochwalić, gdyż nigdzie się nie wybieram. Nadal będę tutaj kreślił słowa. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra do końca świata i jeden dzień dłużej, a Tomasz pisał będzie do momentu, aż na świecie nie zdelegalizują słodyczy, bo jeśli do tego dojdzie, to życie nie będzie miało sensu, a ciężko pisać z sensem, gdy życie jest go pozbawione. Amen.