sobota, 6 maja 2017

Lęki i koszmary

"A w duszy mej pogrzeby bez orkiestr się wloką,
W martwej ciszy - nadziei tylko słychać lęk,
Na łbie zaś schylonym, w triumfie, wysoko,
Czarny Sztandar zatyka groźny tyran - Lęk." - Charles Baudelaire Spleen II



Chyba nie ma takiej osoby na świecie, która chociaż raz w życiu nie odczuwałaby tego okropnego uczucia jakim jest lęk. Ja odczuwałem go często. Na szczęście, dzięki przychylnym ludziom i swojej ciężkiej pracy, uczucie lęku rzadko mi teraz towarzyszy. Można powiedzieć, że jest on pod moją iluzoryczną kontrolą.

Czym w ogóle jest lęk? Jest on reakcją na zagrożenie, którego źródło nie jest nam dokładnie znane. Boimy się, ale sami do końca nie wiemy czego. Chcielibyśmy przestać się bać, ale nie potrafimy nad tym zapanować. Lęk pojawia się u nas także wtedy, gdy człowiek nie może lub nie umie zagrożeniu stawić czoła. Jest rodzajem sygnału alarmowego, który jest stałym elementem naszego życia.  

Czego się boimy? Na to pytanie każdy z nas odpowie inaczej. Ja od małego boję się węży. Jest to lęk pierwotny zakorzeniony w mojej psychice. Prawdopodobnie nabyłem go w dzieciństwie. Wąż w wierze chrześcijańskiej symbolizuje szatana. Księża i katecheci uczą małe dzieci, że Bóg jest dobry i miłościwy, a szatan to jego zupełne przeciwieństwo. Symbolizuje on zło i wszystko co najgorsze. Od najmłodszego wieku pamiętam, że miałem bujną wyobraźnię. Musiałem sobie mocno zakodować w psychice, że wąż jest zły i mimo tego, że nigdy żaden wąż nie wyrządził mi krzywdy, to teraz się ich panicznie boję. Mogę je oglądać w TV, ale miejsca w ZOO poświęcone gadom omijam szerokim łukiem.



Miewacie czasem senne koszmary? Chciałbym żebyście ich nie mieli, ale to niestety niemożliwe. Każdy z nas od czasu do czasu ma jakiś straszny sen. Szczególnie w pamięć zapadły mi dwa moje koszmary. Pierwszy pojawiał się cyklicznie, gdy byłem małym chłopcem, a raz nawet powrócił w okresie młodzieńczym. Zawsze zaczynał i kończył się tak samo. Otwierałem drzwi do piwnicy i nagle naprzeciw mnie pojawiał się szatan, który energicznym ruchem zakładał mi na głowę klatkę dla ptaków w stylu retro. Po wszystkim budziłem się zawsze zlany potem. Drugi koszmar przyśnił mi się tylko raz, bodajże gdy uczęszczałem jeszcze do gimnazjum. Wraz z grupką nieznanych mi osób stałem na baczność w szeregu. Była piękna, wiosenna pogoda. Ptaki dawały swój koncert, a promienie słońca ogrzewały moją twarz. Naprzeciw mnie stał żołnierz. Wysoki, dobrze zbudowany i przystojny. Ubrany był w mundur oficera SS. W ręku dzierżył bagnet, który był tak wypolerowany, że aż odbijał promienie słońca. Oficer patrzył mi prosto w oczy. Po chwili milczenia odezwał się do mnie. Nie znając języka niemieckiego nie potrafiłem go zrozumieć. Milczałem. Nagle uśmiechnął się do mnie szeroko, by po chwili z impetem wbić mi bagnet w dolną część brzucha. Z coraz to szerszym uśmiechem na twarzy i nie przerywając nawet na chwilę kontaktu wzrokowego, silnym i pewnym ruchem pociągnął bagnet ku górze rozpruwając mi brzuch. Moje wnętrzności zaczęły ze mnie wypadać na betonowe podłoże. Wkoło było pełno krwi. Esesman po dłuższej chwili lawirowania bagnetem we wnętrzu mojego brzucha, postanowił go wyciągnąć. Od razu padłem na ziemię. On jakby to nic dla niego nie znaczyło wyciągnął z kieszeni chusteczkę i próbował wyczyścić swój bagnet z mojej krwi. Odwrócił się na pięcie i odmaszerował do swojej kwatery zostawiając mnie w kałuży własnej krwi.


Pamiętacie, jaki horror wystraszył Was po raz pierwszy tak, że nie mogliście potem zasnąć? Na myśl przychodzą mi dwa tytuły: "Wysłannik Piekieł" i "Wzgórza mają oczy". Oba filmy obejrzałem w zbyt wczesnym wieku. Miałem około 9 lat. Dobrze wiedziałem, gdzie rodzina chowa przede mną kasety VHS, na które ich zdaniem byłem za młody. Mieli rację, że nie powinienem ich oglądać, ale wiecie jak to jest: dziecko zawsze jest mądrzejsze.  Po seansie rzeczonych produkcji miałem problem z zaśnięciem przez parę dni mimo tego, że filmy oglądałem ze zmrużonymi ze strachu oczami, które dodatkowo zasłaniałem dłonią podczas krwawych momentów. Dostałem srogą lekcję od życia, która poskutkowała tym, że już więcej nie podkradałem ukrytych przede mną kaset video z horrorami. Podkradałem jedynie komedie erotyczne typu "Lody na patyku". Po nich miałem przyjemniejsze sny.



A jak wygląda sprawa ze strachem i lękiem w grach? Jest wiele gier, które powodują u nas szybsze bicie serca.  Moim pierwszym kontaktem z grą typu survival horror była gra "Resident Evil 2". Na początku bałem się w nią grać. Obserwowałem tylko jak koledzy grają. Potem pomagałem im w grze robiąc za lektora opisu przejścia z którejś gazety o tematyce konsolowej. Po jakimś czasie odważyłem się zagrać w RE2, aby w końcu kupić swój egzemplarz gry i przechodzić ją na czas i na coraz to lepsze rangi. Gra ma dreszczyk grozy. Walka z zombie i innymi potworami zapewnia nam dużo rozrywki. RE2 naszpikowany jest wieloma momentami, w których podskoczymy ze strachu.
Czy ktoś każe nam grać w tego typu gry? Pewnie, że nie. Gramy w nie, bo tego chcemy. Jest w człowieku taka chęć do przeżywania silnych emocji. Strach jest niewątpliwie jedną z nich. Lubimy się bać ponieważ chcemy spróbować oswoić swoje lęki lub po prostu potrzebujemy dawki adrenaliny. Ile ludzi, tyle powodów. Ja lubię się bać podczas grania, bo wtedy wiem, że żyję. Krew szybciej krąży w żyłach. Serce mocniej bije w klatce piersiowej. Wszystkie zmysły się wyostrzają. Gdy źródło lęku się skończy przeżywam swoiste katharsis. Czuję się oczyszczony. Mam poczucie zwycięstwa. Przetrwałem. Wygrałem ze strachem. On już przeminął, a ja nadal trwam...




sobota, 15 kwietnia 2017

Wesołego Alleluja


Z okazji zbliżających się świąt Wielkiej Nocy pragnę wszystkim złożyć najszczersze i najserdeczniejsze życzenia. Wiele radości, nie tylko w te świąteczne dni, ale w całym Waszym życiu. Spełnienia najskrytszych marzeń oraz spokoju duchowego. Osobom, które nie znają umiarkowania w jedzeniu i piciu życzę, aby Wasze żołądki bezproblemowo poradziły sobie ze strawieniem świątecznych potraw.
Wesołego Alleluja!


piątek, 14 kwietnia 2017

"Legenda Alkalicznego Królestwa"

Moi drodzy, stało się. Nadeszła ta długo wyczekiwana przez Was chwila. Już za moment będzie dane Waszym oczom zapoznać się z treścią mojej debiutanckiej bajki. Napisałem ją dla mojej dobrej przyjaciółki, która jest fanatyczką zdrowego i ekologicznego odżywiania oraz wrogiem polityki, a zwłaszcza pewnego rudego osobnika z pewnej Platformy, którego zatopiłaby w oceanie pełnym wygłodniałych rekinów ludojadów. A gdyby jakimś cudem przeżył, to zamiast koła ratunkowego rzuciłaby mu granat lub modną ostatnimi czasy bombę termobaryczną. Niech rozpocznie się przygoda!


"Legenda Alkalicznego Królestwa" 

Dawno, dawno temu, gdy na świecie zabrakło smoków, ale byli już wredni urzędnicy, gdzieś na Kujawach lub Pomorzu, nie pamiętam zbyt dobrze, w pięknym zamku żyła sobie Księżniczka Sajra. Jej poddani ją uwielbiali. Mogli całymi dniami zachwycać się jej urodą. Była tak zjawiskowo piękna, że masz czego żałować, drogi czytelniku, że nie było Ci dane jej ujrzeć: długie, piękne nogi, blond włosy, oczy świecące niczym gwiazdy na niebie, usta słodkie jak maliny. Księżniczka miała czterech braci. Była najmłodsza i najbardziej kochana przez swoich rodziców. Musisz wiedzieć, drogi czytelniku, o niezwykłym zwyczaju panującym w Alkalicznym Królestwie: na tronie zasiadała tutaj pierworodna córka Pary Królewskiej, a więc to śliczna i młodziutka Księżniczka Sajra miała po abdykacji swej matki - Królowej Lusesity objąć tron Alkalicznego Królestwa, które to Królestwo było krainą niezwykłą, pełną łąk, lasów i jezior. Na żyznej ziemi okrzemkowej rosły różne rodzaje zbóż. Wszystkie gatunki świata prócz pszenicy, która wyniszcza organizm, uzależnia i była w Alkalicznym Królestwie zakazana pod rygorem wiecznego wygnania z owej cudownej krainy mlekiem i miodem płynącej. Musisz jednak wiedzieć, drogi czytelniku, że Księżniczka Sajra miała również siostrę, o której nie miała pojęcia, aż do pewnego opłakanego dla niej w skutkach dnia. Glukozia - takie imię nosiła nieślubna córka Króla Tadeo. Była ona owocem miłości Króla z niezbyt urodziwą wiejską dziewką. Na nieszczęście Glukozi odziedziczyła ona urodę po mamie. Jako dziecko z nieprawego łoża nie mogła brać udziału w sukcesji władzy, jednak jak to bywa w życiu, nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Obsesją jej życia było knucie, jak zostać Królową Alkalicznego Królestwa? Wiedziała, że, aby marzyć o objęciu tronu, musi w jakiś sposób pozbyć się ślicznej Księżniczki Sajry.

Księżniczka Sajra, jak to miała w zwyczaju, każdego ranka zbierała polne zioła. Była z niej zielarka z krwi i kości. Całymi dniami mogła hasać po łąkach w poszukiwaniu zdrowych roślin. Zabierała zawsze ze sobą flakonik esencji Mistrza Bacha, który uczył ją ziołolecznictwa. Zioła dodawały jej siły i animuszu. Pech chciał, że owego dnia, przemierzając kolejne połacie łąk, upuściła swój flakonik z ekstraktem. Na taką okazję od dawna czekała zła Glukozia. Śledziła Księżniczkę Sajrę od jakiegoś czasu w nadziei, że przytrafi się jej sposobna okazja, aby ją otruć i spróbować przejąć władzę w Królestwie jako bękart królewski. Biorąc pod uwagę fakt, że w Alkalicznym Królestwie tron zawsze obejmowała kobieta, gdyby wyeliminowała Księżniczkę Sajrę miałaby duże szanse na objęcie władzy pomimo tego, że była córką króla z nieprawego łoża.

Glukozia przygotowała specjalną magiczną miksturę, która miała uroczą Księżniczkę Sajrę posłać na tamten świat. Był to straszny chemiczny związek: sorbinian potasu, syrop glukozowo-fruktozowy, biały cukier oraz masa tłuszczy całkowicie utwardzonych. Połączenie tych składników z czarną magią, jaką władała Glukozia, gwarantowało przerwanie życia nawet najbardziej zdrowej osobie w całym Królestwie w tym, rzecz jasna, Księżniczki Sajry. Eko i fit były ulubionymi słowami Księżniczki. Odżywiała się ona zdrowo i prowadziła zdrowy tryb życia. Chleb przaśny na płaskórce i roszponka były stałymi elementami jej menu. Glukozia wlała swoją śmiercionośną miksturę do flakonika Księżniczki Sajry. Wymieszała dokładnie z jego zawartością i powiesiła na drzewie w widocznym miejscu, aby mieć pewność, że młodziutka Księżniczka skosztuje trucizny i wyzionie ducha. Zgodnie z planem Księżniczka wracając do zamku bez trudu odnalazła zatruty flakonik. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem Glukozi, który zakładał, że Księżniczka natychmiast skosztuje zatrutego wywaru będąc zupełnie sama na leśnej polanie z dala od poddanych .

Zbliżała się pora obiadowa i Księżniczka Sajra musiała czym prędzej wracać do zamku. Na obiad zwykła jadać alkaliczne gołąbki w sosie z ziemi okrzemkowej. Pół godziny po posiłku piła najczęściej napar z lipy, aby ogrzać swe kruche ciało bowiem w zamku panował potworny i przenikliwy chłód. Wiecie, jak ciężko jest ogrzać taki kamienny zamek? Nie zdajesz sobie sprawy, drogi czytelniku, jakie to karkołomne przedsięwzięcie. Ty zapewne siedzisz teraz w domu ogrzewanym ciepłem z elektrociepłowni, gdzie spalają węgiel brunatny żeby Ci tyłek nie przemarzł. W Alkalicznym Królestwie ogrzewano komnaty tylko drewnem, bo drewno jest ekologiczne, a węgiel brunatny zanieczyszcza atmosferę. Ale wracając do głównego wątku. Pech chciał, że Księżniczka Sajra chciała spróbować, jak będzie smakował rozgrzewający napar z lipy w połączeniu z esencją Mistrza Bacha. Wlała kilka kropel zatrutej przez wredną przyrodnią siostrę esencji do kielicha z naparem i skosztowała mieszankę. Reakcja jej organizmu na truciznę była natychmiastowa: spuchły jej wargi, na twarzy pojawił się trądzik, a jej skóra stała się pomarańczowa jak po solarium (w Alkalicznym Królestwie było ono zakazane, bo powodowało nowotwory). Te skutki uboczne to był pikuś w porównaniu z faktem, że zapadła w śpiączkę.

Spytasz pewnie, czcigodny czytelniku, czemu Księżniczka zapadła w śpiączkę, a nie umarła? Pewnie Cię to nurtuje? Mnie też to nurtowało. Po całym zdarzeniu spędziłem długie godziny w moim laboratorium na analizie jaka substancja uratowała urodziwą Księżniczkę Sajrę przed śmiercią. Uratowała to może zbyt duże słowo, ale ja uważam, że po stokroć lepiej jest zapaść w śpiączkę niż kopnąć w kalendarz. Ale to tylko moje skromne zdanie. Myślisz pewnie, drogi czytelniku, że Księżniczkę ze śpiączki wybudzi pocałunek prawdziwej miłości, jak to ma miejsce w innych bajkach? A gówno prawda. Nie ma tak łatwo! Książę oczywiście będzie potrzebny, aby wybudzić naszego śpiocha, ale będzie musiał się wysilić, a nie tylko przyjść i pójść w ślinę z piękną Księżniczką. Wracając do dywagacji, co uratowało Księżniczkę przed podróżą w stronę światła, pragnę nieskromnie wspomnieć, że to ja - Sir Tomasso - nadworny poborca skarbowy Alkalicznego Królestwa i Wasz narrator w jednej osobie odkryłem, że to ziemia okrzemkowa, którą regularnie spożywała kilogramami Księżniczka, uratowała ją od śmierci. Trucizna rozłożyć się miała w jelitach Księżniczki Sajry powodując jej bolesną śmierć. Jednak jelita Księżniczki były tego dnia zupełnie zatkane ziemią okrzemkową. Owa ziemia zadziałała jak naturalny filtr (podobnie jak filtr do wody z kranu). Przefiltrowała truciznę Glukozi i ta w mniejszym stężeniu podziałała na Księżniczkę. Nie zabiła, lecz uśpiła.

Mądre głowy w całym Królestwie rozmyślały, jak wybudzić Księżniczkę ze snu...

Pewnie Was nie zdziwi kiedy Wam powiem, że Glukozia była wściekła. Jej cały misterny plan poszedł w pizdu. Księżniczka, choć w śpiączce, to nadal żyła, więc Glukozia nie mogła ubiegać się o prawa do tronu. Biedna popłynęła do odległego zamorskiego kraju zwanego Ameryką. Jakie było jej zdziwienie, gdy odkryła, że jej śmiertelne mikstury nie działają na tamtejszych mieszkańców. Byli na nie genetycznie odporni. Ba! Mikstury pełne białego cukru i tłuszczy utwardzonych wręcz im smakowały. Zapijali się nimi cały czas. Glukozia założyła sieć kawiarni, gdzie serwowała mieszkańcom Ameryki ich ulubiony napój – kawę. Napój ten w Alkalicznym Królestwie nie był preferowany, a tu był przysmakiem. Glukozia dorobiła się hajsu i straciła ochotę na objęcie tronu. Wolała być bogata i nic nie robić. Szkoda, że nie popłynęła do Ameryki zanim postanowiła otruć Księżniczkę Sajrę... A właśnie, Księżniczka!

Pewnie chcecie wiedzieć czy się obudziła? Pewnie nie będę oryginalny jeśli powiem, że tak. Obudziła się po wielu latach śpiączki. Obudził ją specjalny eliksir, który sporządził pewien Książę wywodzący się z prastarego rodu Kaszubskiego. Na imię miał Donald. Książę Donald herbu Tasak. Posiadał on ogromną wiedzę magiczną, choć krążyły plotki, że ma wilcze oczy i służy Panom Germańskim. Miał on jednak dobre serce. Wymyślił miksturę, która miała wybudzić Księżniczkę Sajrę ze śpiączki. Jak mówiłem, miał on dobre serce, ale pusty skarbiec. W zamian za antidotum, mające zbudzić Księżniczkę ze snu, zażądał olbrzymiej ilości złota. Podobno było mu potrzebne do wykupienia z moskiewskiej niewoli swojego wiernego kompana Broniosławia herbu W.S.I. (Władza, Seks, Inwigilacja), ale jak było naprawdę, to nikt nie wie oprócz tych dwóch panów.

Sama mikstura nie należała do tanich i najłatwiejszych do sporządzenia. Głównym jej składnikiem była woda kokosowa. Kokosy Książę Donald musiał sprowadzić z odległego o setki kilometrów Królestwa Piotra i Pawła (para przystojnych gejów). Zdobycie kolejnych ważnych składników takich, jak: witamina C oraz zakwas do przaśnego chleba na płaskórce nie stanowiło problemu. O wiele gorzej było wejść w posiadanie łez młodego jerzyka. Książę Donald, aby zdobyć ten składnik musiał uzbroić się w cierpliwość, gdyż jerzyki większość swego życia spędzają w locie, a lądują tylko w okresie letnim, aby wysiedzieć swoje młode. Zdobycie łez małego jerzyka wymagało od niego wspięcia się na wysokie drzewo, gdzie para jerzyków uwiła gniazdo. Przy pomocy pieprzu wywołał u ptaszka płacz. Drogocenne krople umieścił we flakoniku, który schował głęboko do kieszeni. Następnie zmuszony był wziąć nogi za pas, gdyż państwu jerzykom nie podobało się, że ktoś napastuje ich nowo narodzone dziecko. Ucieczka Księcia Donalda była komicznym widokiem, który zapewnił mi nie lada rozrywkę. Żałuję jedynie, że Książę był dobrym biegaczem, gdyż liczyłem, że zostanie trochę bardziej podziobany, bo jakoś nie przepadałem za nim. Pewnie przez te jego wilcze oczy. Chyba to one były powodem mojej nieufności wobec jego osoby.

Zdobycie ostatniego składnika zostało zlecone przez Parę Królewską mojej osobie. Miałem się udać do Zielonego Królestwa, które oddalone było od mojej ojczyzny o setki mil morskich. Moja misja polegała na zdobyciu garści sierści niezwykłego psa, którego właścicielem był Król Seteriusz - władca Zielonego Królestwa. Pies wabił się Bobik (dziwne imię jak na psa króla), a jego sierść uchodziła w świecie za wspaniałe źródło błonnika i witaminy D. Król Seteriusz niechętnie dzielił się cudowną sierścią swojego psa, ale gdy powiedziałem mu, że w zamian za garść sierści swojego ślicznego pupila będzie mógł spędzić weekend w górach z Księżniczką Sajrą, jak już się oczywiście obudzi, to bez wahania przystał na moją propozycję.

Moja misja zakończyła się powodzeniem. Książę Donald sporządził cudowne antidotum najszybciej jak umiał, a że nigdy nie należał do najbardziej pracowitych osób, to trochę czasu mu to zajęło. Zaszczyt wybudzenia Księżniczki Sajry przypadł Mistrzowi Bachowi. Delikatnie i z wyczuciem przy pomocy pipety skropił usta Księżniczki cudowną miksturą Księcia Donalda. Na początku nie było żadnej reakcji, a Księżniczka Sajra jak spała, tak spała (pewnie jesteście ciekawi czy chrapała? Trochę tak). Jednak po paru minutach oczekiwania na cud, takowy się ziścił. Księżniczka otworzyła oczy i jakby nigdy nic zapytała:

- Możecie mi podać koktajl z roszponki? Strasznie chce mi się pić.

Radości nie było końca. Alkaliczne Królestwo odzyskało swoją uroczą Księżniczkę. Zabawa trwała jeszcze wiele dni. Ja też się cieszyłem, ale moja radość miała drugie dno ponieważ balanga i uciechy sprzyjają zakupom, a zakupy to dodatkowe wpływy podatku VAT do kasy Królestwa.

Tak oto kończy się historia Księżniczki Sajry. Każda bajka ma morał i ta też go posiada: jedzcie ziemię okrzemkową, bo może Wam uratować życie.

czwartek, 23 marca 2017

Korona Półmaratonów Polskich - Gdynia

W sobotnie popołudnie Gdynia przywitała mnie obfitym deszczem. Czyżby miasto płakało nad moim utrapionym losem? Bałem się, że w niedzielę, podczas zawodów, będzie mi dane poczuć się jak foka pływająca w zimnym Bałtyku. Niebiosa jednak były mi przychylne. W czasie biegu nie padało, było stosunkowo ciepło i prawie bezwietrznie.


Swoje pierwsze kroki skierowałem do biura zawodów mieszczącego się w hali widowiskowej Gdynia Arena. Organizacja biura była sprawna. Bez problemów odebrałem pakiet startowy, który był dość ubogi. Składał się z numeru startowego, ulotek reklamowych oraz małego plecaka biegowego, z którego jestem bardzo zadowolony, gdyż przyda mi się na dłuższe biegi lub spacery z kijkami. Na terenie hali można było zrobić sobie zdjęcia na tle baneru reklamującego półmaraton oraz dokonać zakupów u licznie zgromadzonych wystawców. Było mnóstwo stanowisk z odzieżą sportową, gadżetami typu zegarki biegowe i wieszaki na medale. Ja udałem się do miejsca z odżywkami i suplementami dla biegaczy. Mimo, że zabrałem ze sobą 4 żele energetyczne, nabyłem dodatkowo energy shot z naturalną kofeiną. Postanowiłem go wypróbować podczas biegu. Opakowanie 25 ml zawierało aż 200 mg kofeiny. Prawdziwy zastrzyk naturalnej energii. Według zaleceń pani ekspedientki należało jeden shot wypić przed biegiem, a drugi po godzinie wysiłku. Z uwagi na fakt, że dopiero testowałem ten specyfik, postanowiłem wypić przed startem połowę flakonika, a drugą podczas biegu. Kofeina zadziałała wybornie. Dostałem olbrzymiego kopa energetycznego, który dodał mi sił.

Dłuższą chwilę spędziłem przy stanowisku promującym półmaraton w Białymstoku, który odbędzie się 14 maja tego roku. Jest to mój kolejny bieg na drodze do zdobycia Korony Półmaratonów Polskich. Zrobiłem sobie zdjęcie przed banerem promującym wydarzenie oraz zasięgnąłem języka odnośnie trasy. Podobno jest bardzo płaska i ma tylko jeden mały podbieg na 20 kilometrze. Ucieszyło mnie to niezmiernie.


Po odbiorze pakietu startowego udałem się do miejsca mojego zakwaterowania. Wybrałem hotel "Mercure", gdyż miał on bardzo dobrą lokalizację. Dzieliło go około 300 metrów od linii startu. Nocleg udało mi się zarezerwować w okazyjnej cenie, jednak słono dopłaciłem za usługi dodatkowe (parking 40 zł, śniadanie 49 zł, 15 zł za każdą dodatkową godzinę zakwaterowania ponad opłaconą dobę).

Późny obiad zjadłem w restauracji „Róża wiatrów”. Zaszalałem i zamówiłem golonkę gotowaną w piwie i pomidorach. Posiłek był ciężki, ale bardzo smaczny. Dał mi dużo siły podczas biegu. Nie mogłem oprzeć się pokusie skosztowania ich przepysznego deseru, który za namową kelnera także zamówiłem. Pieczone śliwki z lodami w sosie karmelowym okraszone śliwowicą. Niebo w gębie. Restaurację mogę szczerze polecić wszystkim miłośnikom dobrego jedzenia. Lokal urzekł mnie nie tylko swoją kuchnią. Ma on również cudowny klimat lat minionych. Na wejściu powitała mnie pani, która odebrała ode mnie kurtkę i zaprowadziła do wolnego stolika. Czemu w dzisiejszych czasach odchodzi się od takich zachowań? Każda restauracja powinna mieć obowiązkową szatnie.


Wieczorem udałem się do Starbucks'a na aromatyczną kawę z mlekiem. Uwielbiam tę kawiarnię. Mają olbrzymi wybór kaw i kilka rodzajów mleka. Do ideału brakuje im tylko cukru kokosowego, ksylitolu lub erytrytolu. 

Przed snem urządziłem sobie mały maraton filmowy w celu wyluzowania się przed biegiem. Obejrzałem francuską komedię „Wszystko zostaje w rodzinie 1/2” oraz naszą rodzimą produkcję "7 rzeczy, których nie wiecie o facetach." Uśmiałem się po pachy. Około 24.00 zasnąłem. Łóżko było duże, ale materac, jak dla mnie, za twardy. Pobudka nastąpiła około godziny 7.00. Od razu, bez zbędnej zwłoki, udałem się na śniadanie, na którym spotkałem wielu biegaczy. Zjadłem pyszne parówki z warzywami oraz granolę z nasionami i owocami. Był osobny stół ze zdrową żywnością, na którym leżało mnóstwo rarytasów (choćby jagody goji). Śniadanie było adekwatne do swojej ceny.

Najedzony udałem się do pokoju zakosztować gorącej kąpieli w wannie. Potem miała miejsce rozgrzewka i szykowanie całego ekwipunku na bieg, tj. bidonów z izotonikiem, żeli i batonów energetycznych. Przywdziałem na siebie strój biegowy, który zwieńczyłem workiem na śmieci z wyciętymi dziurami na głowę i ręce, aby nie tracić ciepła od momentu opuszczenia hotelu, aż do startu. Bez problemu odnalazłem swoją strefę startową. Nie zostało mi nic więcej, jak tylko przebiec dystans 21 km i 97 m.


Pierwszy kilometr zacząłem biec wolno, wręcz ślamazarnie, ale pomyślałem, że nie ma co gnać do przodu. Na drugim kilometrze przyśpieszyłem i starałem się trzymać tempo 6 minut na kilometr. Atmosfera na trasie była cudowna. Dzieci ze szkół kibicowały głośno i zachęcały do biegu. Było mnóstwo życzliwych osób, które przybijały biegaczom piątki. Co parę kilometrów rozstawione były głośniki, z których płynęła głośna i energetyczna muzyka. To niezmiernie pomagało w pokonaniu dystansu.

Rzuciła mi się w oczy duża ilość przenośnych toalet rozstawionych na całej trasie. To duży plus, bo nie ma nic gorszego, jak nagła potrzeba fizjologiczna podczas biegu i niemożność jej zaspokojenia.

Biegnąc lubię przyglądać się koszulkom biegaczy. Da się zawsze dostrzec mnóstwo kolorowych t-shirtów z zabawnymi tekstami. Moim faworytem była nazwa klubu biegacza „Padłem na ryj”.


Wśród biegaczy zawsze znajdzie się kilku pozytywnych wariatów. Do takich na pewno zaliczyć należy mężczyznę ubranego w różową sukienkę i opaskę z kokardą na głowie, czy Pawła Meja, zwanego bosym biegaczem, gdyż w każdych zawodach startuje bez butów.

Miłe dla oka są obrazki rodziców biegnących ze swoimi pociechami. Dzieci wygodnie siedzą w wózkach biegowych i oddają się na przykład  kolorowaniu kolorowanek.




Moim założeniem było zaliczenie biegu w czasie lepszym niż 2 godziny i 12 minut. Udało się! Czas 2h 9min 8s to mój aktualny najlepszy wynik. Osiągnąłem go dzięki fantastycznej publice zagrzewającej do walki oraz dobrze ułożonej trasie z małą liczbą podbiegów. Gdynio, uwielbiam cię! Za rok możesz być pewna, że zobaczymy się ponownie.


Na mecie, oprócz pamiątkowego medalu, czekał na mnie recovery bag, w skład którego wchodziła puszka Lecha Free, napój izotoniczny, woda, jabłko i baton z magnezem. Jedynym mankamentem gdyńskiego półmaratonu była słaba organizacja namiotu, w którym grawerowano medale. Czekałem w kolejce ponad godzinę, co przepłaciłem przeziębieniem.

Na koniec mam dla Was dwie ciekawostki.

Na mecie biegu po raz pierwszy w życiu widziałem chudego labradora. W dodatku jadł on marchewkę i to z olbrzymią przyjemnością, jakby był to tłusty kawał mięsa. Widać, że jego właściciele prowadzą zdrowy tryb życia.

Podczas wymeldowywania z hotelu byłem świadkiem zabawnego, w moim odczuciu, zdarzenia. Recepcjonista próbował znaleźć firmę świadczącą usługi doładowywania akumulatorów w autobusach ponieważ grupie Białorusinów, uczestniczących w półmaratonie, wyładował się akumulator w ich autobusie i nie mogli wrócić do domu. Ach ta wschodnia fantazja i nonszalancja. Byleby dojechać, a potem jakoś się wróci.


Pierwszy krok do zdobycia Korony Półmaratonów Polskich już za mną. Można powiedzieć, że mam 20% tego cennego medalu. Jeszcze tylko cztery starty.   

piątek, 17 marca 2017

Korona Półmaratonów Polskich

W najbliższą niedzielę rozpoczynam w Gdyni walkę o zdobycie Korony Półmaratonów Polskich 2017. Aby tego dokonać muszę ukończyć 5 z 10 wskazanych przez organizatora biegów. Mój wybór padł na rywalizację w Gdyni, Białymstoku, Grodzisku Wielkopolskim, Gnieźnie i Krakowie. Rzuciłem się na głęboką wodę. Do września ubiegłego roku nie miałem na swoim koncie żadnego zaliczonego półmaratonu. Ostatecznie rok 2016 ukończyłem dwoma startami na dystansie 21 km 97 m. Postawiłem przed sobą trudne wyzwanie jednak te 5 biegów jak najbardziej jest w moim zasięgu. Stawianie sobie łatwych celów nie ma sensu. Lepiej polec w trudnej walce, niż triumfować w łatwej. Jak mawiał Krzysztof Rutkowski: „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. A ja mam wielką ochotę skosztować tego wykwintnego trunku dzierżąc na szyi medal za zdobycie Korony Półmaratonów Polski. Jeśli zdrowie mi dopisze i ten wartościowy medal trafi w moje ręce zadedykuję go mojemu koledze Przemkowi, który przedwcześnie opuścił ten świat. W tym roku mija 10. rocznica jego tragicznej śmierci.


Na okoliczność walki o „koronę” oraz żeby moim startom nadać bardziej podniosły charakter stworzyłem dość elitarny klub biegowy, którego na razie jestem jedynym członkiem. Jestem sobie kapitanem, sterem, okrętem i żaglem. Sam o wszystkim decyduję jednakże co to za frajda być szefem bez podwładnych? Szeregi klubu są zatem otwarte dla każdego, kto oprócz biegania lubi dobrze zjeść. W przyszłości planuję stworzyć stowarzyszenie zrzeszające miłośników jedzenia i aktywności fizycznej.

Mój własny klub nosi nazwę „EKO&FIT Środa Wlkp.”. Pokrótce wyjaśnię, co oznacza ta nazwa. „EKO” to skrót od słowa „ekologiczny”. Staram się być eko, czyli jeść produkty naturalne, bez sztucznych barwników i konserwantów. „FIT” to skrót od słowa „fitness”, czyli aktywność fizyczna, uprawianie sportu, aby zachować zdrową i smukłą sylwetkę. Maskotką mojego klubu jest pączek typu donut o imieniu „Donek”. Jest on dominującym elementem logo klubu. Pewnie uważacie, że coś tu nie gra, bo jak pączek może być maskotką klubu zrzeszającego osoby uprawiające sport? Ano może być. „EKO&FIT Środa Wlkp.” to klub, który powstał z myślą o takich osobach jak ja, którzy pasję do aktywności fizycznej udanie łączą z zamiłowaniem do jedzenia. Sam pączek owo umiłowanie symbolizuje. To, że biega wskazuje nam jego bycie fit ponieważ uprawia aktywność fizyczną. Pączek Donek jest też eko, co możemy wywnioskować po zielonym lukrze okrywającym jego powierzchnię. Uśmiechnięta mina Donka mówi nam, że czerpie on wielką przyjemność ze sportu. 


W tę niedzielę po raz pierwszy klub „EKO&FIT Środa Wlkp.” zadebiutuje w zawodach. Jeśli chcesz dołączyć do mojego klubu i promować ideę zdrowego trybu życia z przymrużeniem oka, to napisz do mnie na facebook'u. Aby powołać do życia stowarzyszenie zwykłe wystarczą trzy osoby. Na zebraniu podejmują one uchwałę o założeniu stowarzyszenia, zatwierdzają regulamin w oparciu o który będą działać, następnie udają się do starosty żeby uzyskać wpis do rejestru stowarzyszeń zwykłych i już można funkcjonować. Fajnie by było wystartować w jakichś zawodach w większej grupie osób z symbolem zielonego pączka na klatce piersiowej. Myślę, że czerwcowy bieg nadziei w naszym mieście byłby idealny dla tego typu przedsięwzięcia.  

Trzymajcie za mnie kciuki w niedzielę. Start o godzinie 10.00. W kolejnym wpisie zrelacjonuję Wam bieg oraz moje wrażenia z nim związane.

środa, 8 marca 2017

Wszystkiego, co najwspanialsze




Wszystkim moim wiernym fankom w Dniu Kobiet życzę, aby nie śniły o prawdziwej miłości tylko jej doświadczały. 

Żeby każdy dzień był dla Was świętem i powodem do radości. 

Z całego serca życzę, aby wszyscy traktowali Was z należytą godnością oraz byli dla Was dobrzy przez cały rok, a nie tylko w dniu Waszego święta. 

sobota, 4 marca 2017

"Kolonia karna", czyli jak gry poszerzają horyzonty

Kto twierdzi, że gry to strata czasu ten jest w błędzie. Gry potrafią inspirować, a także zachęcać do poszerzania swoich horyzontów. Zapraszam do lektury tekstu, który opowiadał będzie o tym, jak dzięki grze Resident Evil Revalations 2 zainteresowałem się twórczością Franza Kafki.


To był ponury, grudniowy dzień. Przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia roku Pańskiego 2016. Pewnie dobrze znany jest Wam stan, gdy stajecie przed półką ze swoimi grami, by po chwili intensywnego śledzenia zgromadzonych na niej tytułów stwierdzić, że nie macie w co grać. Właśnie taka sytuacja przydarzyła się rzeczonego dnia. Na półce blisko 70 gier, a żadna w tej chwili nie wydaje się interesująca i godna poświęcenia jej swojego cennego czasu. W momencie kupna wszystkie gry są ciekawe i niosą za sobą magię przygód, ale gdy już postoją na półce jakiś czas, to ich czar pryska. Dziwne to i niewytłumaczalne.

"Świat jest zły i jeszcze mu się to ułatwia"

Gdy zrezygnowany odszedłem od półki z grami i rozsiadłem się wygodnie na kanapie, w mojej głowie zaczęła rodzić się myśl kupienia takiego tytułu, który w danej chwili zapewni mi rozrywkę i wyrwie z mocnych objęć nudy. Kupno gry w sklepie internetowym nie wchodziło w rachubę ponieważ czas oczekiwania na przesyłkę był zbyt długi. Desperacko pragnąłem rozrywki tu i teraz. Pomyślałem, że żyjemy przecież w XXI wieku, który oprócz wielu negatywnych zjawisk ma też kilka pozytywnych takich, jak dystrybucja cyfrowa gier. Postanowiłem zakupić grę, która zabierze mnie na randkę pełną przygód i niezapomnianych atrakcji w ten ponury, grudniowy dzień. W tym celu odpaliłem swojego laptopa, aby już po chwili wejść na stronę PlayStation Store i tam rozejrzeć się za ciekawą grą w rozsądnej cenie. Ku mojej uciesze ujrzałem w sklepiku informację o gwiazdkowych obniżkach cen. Pomyślałem, że mam szczęście. Jest promocja, a na takich zazwyczaj znajdowałem dla siebie gry w dobrej cenie. Tym razem było podobnie. Moim oczom prawie natychmiast ukazał się Resident Evil Reavalations 2 (RER2). W zeszłym roku ukończyłem pierwszą część, która nie wywarła na mnie większego wrażenia, ale dobrze wiedziałem z lektury kilku recenzji, że jej kontynuacja jest o wiele lepsza. Dodatkowym atutem RER2 było to, że gra jest w odcinkach co oznaczało, że szybciej zacznę zwalczać swoja nudę, gdyż będzie mniej danych do pobrania na dysk konsoli. Długo nie zastanawiałem się nad zakupem. Nie pamiętam ile kosztowała mnie ta produkcja, ale wiem, że cena była w moim mniemaniu okazyjna. Od razu po zakupie zacząłem pobierać pierwszy odcinek, który jak się później okazało był darmowy dla wszystkich graczy. Pomimo szybkiego łącza gra pobierała się powoli. Wiem, że architektura sieciowa Sony nie należy do najlepszych i zawsze mam to na uwadze, ale w ten ponury, grudniowy dzień szybkość pobierania była skandaliczna.


Po upływie pewnego czasu pierwszy odcinek RER2 pt. „Kolonia karna” był już gotowy do odpalenia z dysku mojej konsoli. Od samego początku spodobał mi się mroczny klimat gry i fakt przygotowania kampanii w oparciu o mechanizm kooperacji. Dochodzimy teraz do kluczowego momentu gry, który stał się przyczynkiem do powstania tego tekstu najpierw w mojej głowie, a potem na „papierze”. Grając Claire znalazłem pierwszy przedmiot - zwyczajową znajdźkę. Była to notatka, która zawierała cytat z opowiadania Franza Kafki. Dla osób, które nie miały jeszcze okazji zagrać w RER2 dodam, że w grze za zadanie mamy odnaleźć notatki z cytatami z utworów Kafki oraz jego rysunki na ścianach. Pierwszy cytat, który znalazłem pochodził z opowiadania Franza Kafki z 1914 roku noszącego taki sam tytuł, jak pierwszy odcinek RER2, a więc „Kolonia karna”. Fragment był następującej treści: 

„– Czy on zna swój wyrok?

– Nie – odpowiedział oficer i chciał zaraz dalej ciągnąć objaśnienia, lecz podróżny mu przerwał:

– On nie zna swego własnego wyroku?

Nie – odparł znowu oficer i zatrzymał się na chwilę, jak gdyby pragnął usłyszeć od podróżnego bliższe uzasadnienie jego pytania, po czym rzekł: – Zawiadamianie go o wyroku byłoby niepotrzebne. Pozna go przecież na własnym ciele.”

Cytat wydał mi się tak interesujący, że zanotowałem go sobie w telefonie celem późniejszego odszukania opowiadania Kafki. Po ukończeniu pierwszego odcinka, którego przejście zajęło mi około 2h, poczułem satysfakcję i zadowolenie z dobrego zakupu. Biłem się z myślami czy lepiej od razu włączyć i zacząć ogrywać kolejny odcinek czy poczytać w internecie o twórczości Franza Kafki, którego poznałem będąc nastolatkiem w liceum podczas przerabiania na języku polskim „Procesu”. Ciekawość nowości i pęd wiedzy zwyciężyły. Wyłączyłem konsolę i wpisałem w oknie wyszukiwarki hasło „Kolonia karna Kafka”. Ku mojej uciesze na ekranie komputera ukazał się tekst opowiadania, którego krótki fragment bardzo mnie urzekł. Chciałem się od razu zabrać do czytania, gdyż opowiadanie nie należało do najdłuższych. Stwierdziłem jednak, że lekturę zostawię sobie na kiedy indziej, a dzisiejszy ponury, grudniowy dzień poświęcę na poznanie sylwetki Franza Kafki. To był strzał w dziesiątkę. Życiorys tego wybitnego pisarza okazał się genialną lekturą. W jego sentencjach dostrzegłem dosyć mroczny i pesymistyczny sposób pojmowania świata, który w pewnym okresie mojego życia był zbliżony do mojego postrzegania rzeczywistości. Z Kafką łączy mnie wykonywany zawód. On był, a ja jestem urzędnikiem. Ja zajmuję się podatkami. On był specjalistą od ubezpieczeń. Poniekąd łączy nas też wykształcenie. Ukończyłem administrację, a Kafka prawo. Uzyskał on nawet tytuł naukowy doktora prawa na Niemieckim Uniwersytecie w Pradze. Czechy w tamtym czasie były częścią Monarchii Austro - Węgierskiej. Biorąc pod uwagę wysoki poziom niemieckiej edukacji było to nie lada osiągnięcie.

„Miłość jest prosta jak pojazd. Problemy sprawiają dopiero kierowca, pasażerowie i droga”

W przekonaniu mojej skromnej, jednak na swój sposób uroczej i sympatycznej osoby, życie Franza Kafki wydaje się interesujące, choć niestety było dość krótkie. Pisarz zmarł na gruźlicę w wiedeńskim sanatorium zaledwie w wieku 40 lat. Był chorowity. Do 35. roku życia mieszkał z rodzicami. Biedak miał straszne dzieciństwo. Ojciec uważał go za mięczaka i próbował wychować na prawdziwego twardziela przy pomocy obelg i gróźb. Kafka jednak odziedziczył charakter po matce i był człowiekiem wrażliwym. Problemy rodzinne sprawiły, że młody Franz już na zawsze pozostał osobą wyalienowaną. Wyobcowanie Kafki objawiało się na wielu płaszczyznach życiowych. Nie potrafił zbudować trwałych więzi z kobietami. Był dwukrotnie zaręczony z jedną panią, ale do ślubu nigdy nie doszło. Cały czas bił się z myślami czy wybrać zdroworozsądkowe małżeństwo i wieść życie typowego mieszczanina czy pozostać kawalerem i w pełni poświęcić się pisarstwu. Kafka zaczynał wiele dzieł, ale nie wszystkie kończył. Oprócz opowiadań rozpoczął pracę nad trzema powieściami. Przez całe swoje życie nie ukończył ani jednej. Badacze losów jego życia zwykli określać jego charakter jako „nie z tego świata.” Sam Kafka doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie pasuje do otaczającej go rzeczywistości. Mawiał: „Myśl, by mi pomóc, jest chorobą samą w sobie i wymaga obłożnego leczenia." Bardzo spodobała mi się pewna anegdota związana z Franzem Kafką. Był wegetarianinem z krótkimi przerwami na jedzenie mięsa. Z opowieści przyjaciół wiemy, że po powrocie do wegetarianizmu będąc w Akwarium Berlińskim wypowiedział do ryb następujące słowa: „Teraz znowu będę mógł wam spojrzeć w oczy.”

"Z kłamstwa robi się istotę porządku świata"

Wieczorem moje oczy odmówiły posłuszeństwa i nie dałem już rady przeczytać „Kolonii karnej”. Całe szczęście wpadłem na genialny pomysł poszukania na YouTube audiobooka. Ku mojej uciesze bez najmniejszego problemu znalazłem słuchowisko z 1990 roku. Pomimo upływu lat słuchowisko nic a nic nie straciło ze swoich walorów. Świetna gra aktorów w połączeniu z doskonałym tekstem Kafki tworzy sztukę, która zapada w pamięci na długo.


Zachwalam w sposób ciągły opowiadanie Franza Kafki, ale nie wspomniałem jeszcze o czym ono jest. Zachęcam do przesłuchania powyższego słuchowiska, dlatego fabułę przedstawię w sposób szczątkowy. Pewien pochodzący z Europy podróżnik przybywa do położonej na Dalekim Wschodzie tytułowej kolonii karnej. Zapoznaje się z nieludzkim systemem wymierzania sprawiedliwości. Przy okazji poznaje ślepo wierzących w ten system ludzi. Opowiadanie zawiera brutalne opisy tortur. Nie polecam go osobom o słabych nerwach.

„Nie marnuj czasu na poszukiwanie przeszkody – być może nie istnieje”

W kolejnych odcinkach gry RER2 podczas rozgrywki znajdujemy następne notatki z fragmentami utworów mistrza Kafki. W drugim odcinku pt. „Kontemplacja” są cytaty ze zbioru opowiadań pod tym samym tytułem, który składa się z osiemnastu opowieści powstałych na przełomie lat 1904 – 1912. „Wyrok” to opowiadanie z 1913 roku oraz nazwa trzeciego odcinka naszej gry. Nie trudno się domyślić, że czwarty i zarazem ostatni odcinek RER2 swoją nazwę czerpie od dzieła czeskiego urzędnika ubezpieczeniowego. „Metamorfoza” (lub „Przemiana” w zależności od tłumaczenia) opowiada historię Gregora Samsy, który pewnego dnia budzi się przemieniony w wielkiego robaka. Z powodu niemożności wyjścia z domu traci pracę. Rodzina w obawie przed skandalem ukrywa go przed oczyma innych ludzi. Przemiana Gregora zmienia diametralnie życie jego rodziny. Aby przeżyć muszą zacząć pracować, gdyż do tej pory Gregor ich utrzymywał ze swojej pensji. Na YouTube możemy znaleźć wspaniałe słuchowisko Teatru Polskiego Radia. Dzięki niemu zapoznałem się z utworem „Przemiana”. Nie oczarował mnie tak, jak „Kolonia karna”, ale jest on wart polecenia.


Jak dobitnie widać na moim przykładzie gry to nie tylko bezsensowna rozrywka, która niszczy graczom oczy i przyczynia się do rozwoju chorób układu krążenia. Jest to medium, które niesie za sobą wiele pozytywnych wartości. To od twórców gier zależy czy przy okazji serwowania nam głównego dania jakim jest rozrywka podadzą nam również przystawkę, która wzbudzi nasz apetyt na poszerzanie horyzontów i otwieranie się na nowości. Twórczość Franza Kafki zaintrygowała mnie do tego stopnia, że zamierzam w najbliższym czasie przeczytać kilka jego opowiadań i poznać historię tego wybitnego, lecz zagubionego i niepogodzonego ze światem autora. Moja polonistka byłaby ze mnie dumna. Pani Beato... pozdrawiam :-)