czwartek, 23 marca 2017

Korona Półmaratonów Polskich - Gdynia

W sobotnie popołudnie Gdynia przywitała mnie obfitym deszczem. Czyżby miasto płakało nad moim utrapionym losem? Bałem się, że w niedzielę, podczas zawodów, będzie mi dane poczuć się jak foka pływająca w zimnym Bałtyku. Niebiosa jednak były mi przychylne. W czasie biegu nie padało, było stosunkowo ciepło i prawie bezwietrznie.


Swoje pierwsze kroki skierowałem do biura zawodów mieszczącego się w hali widowiskowej Gdynia Arena. Organizacja biura była sprawna. Bez problemów odebrałem pakiet startowy, który był dość ubogi. Składał się z numeru startowego, ulotek reklamowych oraz małego plecaka biegowego, z którego jestem bardzo zadowolony, gdyż przyda mi się na dłuższe biegi lub spacery z kijkami. Na terenie hali można było zrobić sobie zdjęcia na tle baneru reklamującego półmaraton oraz dokonać zakupów u licznie zgromadzonych wystawców. Było mnóstwo stanowisk z odzieżą sportową, gadżetami typu zegarki biegowe i wieszaki na medale. Ja udałem się do miejsca z odżywkami i suplementami dla biegaczy. Mimo, że zabrałem ze sobą 4 żele energetyczne, nabyłem dodatkowo energy shot z naturalną kofeiną. Postanowiłem go wypróbować podczas biegu. Opakowanie 25 ml zawierało aż 200 mg kofeiny. Prawdziwy zastrzyk naturalnej energii. Według zaleceń pani ekspedientki należało jeden shot wypić przed biegiem, a drugi po godzinie wysiłku. Z uwagi na fakt, że dopiero testowałem ten specyfik, postanowiłem wypić przed startem połowę flakonika, a drugą podczas biegu. Kofeina zadziałała wybornie. Dostałem olbrzymiego kopa energetycznego, który dodał mi sił.

Dłuższą chwilę spędziłem przy stanowisku promującym półmaraton w Białymstoku, który odbędzie się 14 maja tego roku. Jest to mój kolejny bieg na drodze do zdobycia Korony Półmaratonów Polskich. Zrobiłem sobie zdjęcie przed banerem promującym wydarzenie oraz zasięgnąłem języka odnośnie trasy. Podobno jest bardzo płaska i ma tylko jeden mały podbieg na 20 kilometrze. Ucieszyło mnie to niezmiernie.


Po odbiorze pakietu startowego udałem się do miejsca mojego zakwaterowania. Wybrałem hotel "Mercure", gdyż miał on bardzo dobrą lokalizację. Dzieliło go około 300 metrów od linii startu. Nocleg udało mi się zarezerwować w okazyjnej cenie, jednak słono dopłaciłem za usługi dodatkowe (parking 40 zł, śniadanie 49 zł, 15 zł za każdą dodatkową godzinę zakwaterowania ponad opłaconą dobę).

Późny obiad zjadłem w restauracji „Róża wiatrów”. Zaszalałem i zamówiłem golonkę gotowaną w piwie i pomidorach. Posiłek był ciężki, ale bardzo smaczny. Dał mi dużo siły podczas biegu. Nie mogłem oprzeć się pokusie skosztowania ich przepysznego deseru, który za namową kelnera także zamówiłem. Pieczone śliwki z lodami w sosie karmelowym okraszone śliwowicą. Niebo w gębie. Restaurację mogę szczerze polecić wszystkim miłośnikom dobrego jedzenia. Lokal urzekł mnie nie tylko swoją kuchnią. Ma on również cudowny klimat lat minionych. Na wejściu powitała mnie pani, która odebrała ode mnie kurtkę i zaprowadziła do wolnego stolika. Czemu w dzisiejszych czasach odchodzi się od takich zachowań? Każda restauracja powinna mieć obowiązkową szatnie.


Wieczorem udałem się do Starbucks'a na aromatyczną kawę z mlekiem. Uwielbiam tę kawiarnię. Mają olbrzymi wybór kaw i kilka rodzajów mleka. Do ideału brakuje im tylko cukru kokosowego, ksylitolu lub erytrytolu. 

Przed snem urządziłem sobie mały maraton filmowy w celu wyluzowania się przed biegiem. Obejrzałem francuską komedię „Wszystko zostaje w rodzinie 1/2” oraz naszą rodzimą produkcję "7 rzeczy, których nie wiecie o facetach." Uśmiałem się po pachy. Około 24.00 zasnąłem. Łóżko było duże, ale materac, jak dla mnie, za twardy. Pobudka nastąpiła około godziny 7.00. Od razu, bez zbędnej zwłoki, udałem się na śniadanie, na którym spotkałem wielu biegaczy. Zjadłem pyszne parówki z warzywami oraz granolę z nasionami i owocami. Był osobny stół ze zdrową żywnością, na którym leżało mnóstwo rarytasów (choćby jagody goji). Śniadanie było adekwatne do swojej ceny.

Najedzony udałem się do pokoju zakosztować gorącej kąpieli w wannie. Potem miała miejsce rozgrzewka i szykowanie całego ekwipunku na bieg, tj. bidonów z izotonikiem, żeli i batonów energetycznych. Przywdziałem na siebie strój biegowy, który zwieńczyłem workiem na śmieci z wyciętymi dziurami na głowę i ręce, aby nie tracić ciepła od momentu opuszczenia hotelu, aż do startu. Bez problemu odnalazłem swoją strefę startową. Nie zostało mi nic więcej, jak tylko przebiec dystans 21 km i 97 m.


Pierwszy kilometr zacząłem biec wolno, wręcz ślamazarnie, ale pomyślałem, że nie ma co gnać do przodu. Na drugim kilometrze przyśpieszyłem i starałem się trzymać tempo 6 minut na kilometr. Atmosfera na trasie była cudowna. Dzieci ze szkół kibicowały głośno i zachęcały do biegu. Było mnóstwo życzliwych osób, które przybijały biegaczom piątki. Co parę kilometrów rozstawione były głośniki, z których płynęła głośna i energetyczna muzyka. To niezmiernie pomagało w pokonaniu dystansu.

Rzuciła mi się w oczy duża ilość przenośnych toalet rozstawionych na całej trasie. To duży plus, bo nie ma nic gorszego, jak nagła potrzeba fizjologiczna podczas biegu i niemożność jej zaspokojenia.

Biegnąc lubię przyglądać się koszulkom biegaczy. Da się zawsze dostrzec mnóstwo kolorowych t-shirtów z zabawnymi tekstami. Moim faworytem była nazwa klubu biegacza „Padłem na ryj”.


Wśród biegaczy zawsze znajdzie się kilku pozytywnych wariatów. Do takich na pewno zaliczyć należy mężczyznę ubranego w różową sukienkę i opaskę z kokardą na głowie, czy Pawła Meja, zwanego bosym biegaczem, gdyż w każdych zawodach startuje bez butów.

Miłe dla oka są obrazki rodziców biegnących ze swoimi pociechami. Dzieci wygodnie siedzą w wózkach biegowych i oddają się na przykład  kolorowaniu kolorowanek.




Moim założeniem było zaliczenie biegu w czasie lepszym niż 2 godziny i 12 minut. Udało się! Czas 2h 9min 8s to mój aktualny najlepszy wynik. Osiągnąłem go dzięki fantastycznej publice zagrzewającej do walki oraz dobrze ułożonej trasie z małą liczbą podbiegów. Gdynio, uwielbiam cię! Za rok możesz być pewna, że zobaczymy się ponownie.


Na mecie, oprócz pamiątkowego medalu, czekał na mnie recovery bag, w skład którego wchodziła puszka Lecha Free, napój izotoniczny, woda, jabłko i baton z magnezem. Jedynym mankamentem gdyńskiego półmaratonu była słaba organizacja namiotu, w którym grawerowano medale. Czekałem w kolejce ponad godzinę, co przepłaciłem przeziębieniem.

Na koniec mam dla Was dwie ciekawostki.

Na mecie biegu po raz pierwszy w życiu widziałem chudego labradora. W dodatku jadł on marchewkę i to z olbrzymią przyjemnością, jakby był to tłusty kawał mięsa. Widać, że jego właściciele prowadzą zdrowy tryb życia.

Podczas wymeldowywania z hotelu byłem świadkiem zabawnego, w moim odczuciu, zdarzenia. Recepcjonista próbował znaleźć firmę świadczącą usługi doładowywania akumulatorów w autobusach ponieważ grupie Białorusinów, uczestniczących w półmaratonie, wyładował się akumulator w ich autobusie i nie mogli wrócić do domu. Ach ta wschodnia fantazja i nonszalancja. Byleby dojechać, a potem jakoś się wróci.


Pierwszy krok do zdobycia Korony Półmaratonów Polskich już za mną. Można powiedzieć, że mam 20% tego cennego medalu. Jeszcze tylko cztery starty.   

piątek, 17 marca 2017

Korona Półmaratonów Polskich

W najbliższą niedzielę rozpoczynam w Gdyni walkę o zdobycie Korony Półmaratonów Polskich 2017. Aby tego dokonać muszę ukończyć 5 z 10 wskazanych przez organizatora biegów. Mój wybór padł na rywalizację w Gdyni, Białymstoku, Grodzisku Wielkopolskim, Gnieźnie i Krakowie. Rzuciłem się na głęboką wodę. Do września ubiegłego roku nie miałem na swoim koncie żadnego zaliczonego półmaratonu. Ostatecznie rok 2016 ukończyłem dwoma startami na dystansie 21 km 97 m. Postawiłem przed sobą trudne wyzwanie jednak te 5 biegów jak najbardziej jest w moim zasięgu. Stawianie sobie łatwych celów nie ma sensu. Lepiej polec w trudnej walce, niż triumfować w łatwej. Jak mawiał Krzysztof Rutkowski: „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. A ja mam wielką ochotę skosztować tego wykwintnego trunku dzierżąc na szyi medal za zdobycie Korony Półmaratonów Polski. Jeśli zdrowie mi dopisze i ten wartościowy medal trafi w moje ręce zadedykuję go mojemu koledze Przemkowi, który przedwcześnie opuścił ten świat. W tym roku mija 10. rocznica jego tragicznej śmierci.


Na okoliczność walki o „koronę” oraz żeby moim startom nadać bardziej podniosły charakter stworzyłem dość elitarny klub biegowy, którego na razie jestem jedynym członkiem. Jestem sobie kapitanem, sterem, okrętem i żaglem. Sam o wszystkim decyduję jednakże co to za frajda być szefem bez podwładnych? Szeregi klubu są zatem otwarte dla każdego, kto oprócz biegania lubi dobrze zjeść. W przyszłości planuję stworzyć stowarzyszenie zrzeszające miłośników jedzenia i aktywności fizycznej.

Mój własny klub nosi nazwę „EKO&FIT Środa Wlkp.”. Pokrótce wyjaśnię, co oznacza ta nazwa. „EKO” to skrót od słowa „ekologiczny”. Staram się być eko, czyli jeść produkty naturalne, bez sztucznych barwników i konserwantów. „FIT” to skrót od słowa „fitness”, czyli aktywność fizyczna, uprawianie sportu, aby zachować zdrową i smukłą sylwetkę. Maskotką mojego klubu jest pączek typu donut o imieniu „Donek”. Jest on dominującym elementem logo klubu. Pewnie uważacie, że coś tu nie gra, bo jak pączek może być maskotką klubu zrzeszającego osoby uprawiające sport? Ano może być. „EKO&FIT Środa Wlkp.” to klub, który powstał z myślą o takich osobach jak ja, którzy pasję do aktywności fizycznej udanie łączą z zamiłowaniem do jedzenia. Sam pączek owo umiłowanie symbolizuje. To, że biega wskazuje nam jego bycie fit ponieważ uprawia aktywność fizyczną. Pączek Donek jest też eko, co możemy wywnioskować po zielonym lukrze okrywającym jego powierzchnię. Uśmiechnięta mina Donka mówi nam, że czerpie on wielką przyjemność ze sportu. 


W tę niedzielę po raz pierwszy klub „EKO&FIT Środa Wlkp.” zadebiutuje w zawodach. Jeśli chcesz dołączyć do mojego klubu i promować ideę zdrowego trybu życia z przymrużeniem oka, to napisz do mnie na facebook'u. Aby powołać do życia stowarzyszenie zwykłe wystarczą trzy osoby. Na zebraniu podejmują one uchwałę o założeniu stowarzyszenia, zatwierdzają regulamin w oparciu o który będą działać, następnie udają się do starosty żeby uzyskać wpis do rejestru stowarzyszeń zwykłych i już można funkcjonować. Fajnie by było wystartować w jakichś zawodach w większej grupie osób z symbolem zielonego pączka na klatce piersiowej. Myślę, że czerwcowy bieg nadziei w naszym mieście byłby idealny dla tego typu przedsięwzięcia.  

Trzymajcie za mnie kciuki w niedzielę. Start o godzinie 10.00. W kolejnym wpisie zrelacjonuję Wam bieg oraz moje wrażenia z nim związane.

środa, 8 marca 2017

Wszystkiego, co najwspanialsze




Wszystkim moim wiernym fankom w Dniu Kobiet życzę, aby nie śniły o prawdziwej miłości tylko jej doświadczały. 

Żeby każdy dzień był dla Was świętem i powodem do radości. 

Z całego serca życzę, aby wszyscy traktowali Was z należytą godnością oraz byli dla Was dobrzy przez cały rok, a nie tylko w dniu Waszego święta. 

sobota, 4 marca 2017

"Kolonia karna", czyli jak gry poszerzają horyzonty

Kto twierdzi, że gry to strata czasu ten jest w błędzie. Gry potrafią inspirować, a także zachęcać do poszerzania swoich horyzontów. Zapraszam do lektury tekstu, który opowiadał będzie o tym, jak dzięki grze Resident Evil Revalations 2 zainteresowałem się twórczością Franza Kafki.


To był ponury, grudniowy dzień. Przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia roku Pańskiego 2016. Pewnie dobrze znany jest Wam stan, gdy stajecie przed półką ze swoimi grami, by po chwili intensywnego śledzenia zgromadzonych na niej tytułów stwierdzić, że nie macie w co grać. Właśnie taka sytuacja przydarzyła się rzeczonego dnia. Na półce blisko 70 gier, a żadna w tej chwili nie wydaje się interesująca i godna poświęcenia jej swojego cennego czasu. W momencie kupna wszystkie gry są ciekawe i niosą za sobą magię przygód, ale gdy już postoją na półce jakiś czas, to ich czar pryska. Dziwne to i niewytłumaczalne.

"Świat jest zły i jeszcze mu się to ułatwia"

Gdy zrezygnowany odszedłem od półki z grami i rozsiadłem się wygodnie na kanapie, w mojej głowie zaczęła rodzić się myśl kupienia takiego tytułu, który w danej chwili zapewni mi rozrywkę i wyrwie z mocnych objęć nudy. Kupno gry w sklepie internetowym nie wchodziło w rachubę ponieważ czas oczekiwania na przesyłkę był zbyt długi. Desperacko pragnąłem rozrywki tu i teraz. Pomyślałem, że żyjemy przecież w XXI wieku, który oprócz wielu negatywnych zjawisk ma też kilka pozytywnych takich, jak dystrybucja cyfrowa gier. Postanowiłem zakupić grę, która zabierze mnie na randkę pełną przygód i niezapomnianych atrakcji w ten ponury, grudniowy dzień. W tym celu odpaliłem swojego laptopa, aby już po chwili wejść na stronę PlayStation Store i tam rozejrzeć się za ciekawą grą w rozsądnej cenie. Ku mojej uciesze ujrzałem w sklepiku informację o gwiazdkowych obniżkach cen. Pomyślałem, że mam szczęście. Jest promocja, a na takich zazwyczaj znajdowałem dla siebie gry w dobrej cenie. Tym razem było podobnie. Moim oczom prawie natychmiast ukazał się Resident Evil Reavalations 2 (RER2). W zeszłym roku ukończyłem pierwszą część, która nie wywarła na mnie większego wrażenia, ale dobrze wiedziałem z lektury kilku recenzji, że jej kontynuacja jest o wiele lepsza. Dodatkowym atutem RER2 było to, że gra jest w odcinkach co oznaczało, że szybciej zacznę zwalczać swoja nudę, gdyż będzie mniej danych do pobrania na dysk konsoli. Długo nie zastanawiałem się nad zakupem. Nie pamiętam ile kosztowała mnie ta produkcja, ale wiem, że cena była w moim mniemaniu okazyjna. Od razu po zakupie zacząłem pobierać pierwszy odcinek, który jak się później okazało był darmowy dla wszystkich graczy. Pomimo szybkiego łącza gra pobierała się powoli. Wiem, że architektura sieciowa Sony nie należy do najlepszych i zawsze mam to na uwadze, ale w ten ponury, grudniowy dzień szybkość pobierania była skandaliczna.


Po upływie pewnego czasu pierwszy odcinek RER2 pt. „Kolonia karna” był już gotowy do odpalenia z dysku mojej konsoli. Od samego początku spodobał mi się mroczny klimat gry i fakt przygotowania kampanii w oparciu o mechanizm kooperacji. Dochodzimy teraz do kluczowego momentu gry, który stał się przyczynkiem do powstania tego tekstu najpierw w mojej głowie, a potem na „papierze”. Grając Claire znalazłem pierwszy przedmiot - zwyczajową znajdźkę. Była to notatka, która zawierała cytat z opowiadania Franza Kafki. Dla osób, które nie miały jeszcze okazji zagrać w RER2 dodam, że w grze za zadanie mamy odnaleźć notatki z cytatami z utworów Kafki oraz jego rysunki na ścianach. Pierwszy cytat, który znalazłem pochodził z opowiadania Franza Kafki z 1914 roku noszącego taki sam tytuł, jak pierwszy odcinek RER2, a więc „Kolonia karna”. Fragment był następującej treści: 

„– Czy on zna swój wyrok?

– Nie – odpowiedział oficer i chciał zaraz dalej ciągnąć objaśnienia, lecz podróżny mu przerwał:

– On nie zna swego własnego wyroku?

Nie – odparł znowu oficer i zatrzymał się na chwilę, jak gdyby pragnął usłyszeć od podróżnego bliższe uzasadnienie jego pytania, po czym rzekł: – Zawiadamianie go o wyroku byłoby niepotrzebne. Pozna go przecież na własnym ciele.”

Cytat wydał mi się tak interesujący, że zanotowałem go sobie w telefonie celem późniejszego odszukania opowiadania Kafki. Po ukończeniu pierwszego odcinka, którego przejście zajęło mi około 2h, poczułem satysfakcję i zadowolenie z dobrego zakupu. Biłem się z myślami czy lepiej od razu włączyć i zacząć ogrywać kolejny odcinek czy poczytać w internecie o twórczości Franza Kafki, którego poznałem będąc nastolatkiem w liceum podczas przerabiania na języku polskim „Procesu”. Ciekawość nowości i pęd wiedzy zwyciężyły. Wyłączyłem konsolę i wpisałem w oknie wyszukiwarki hasło „Kolonia karna Kafka”. Ku mojej uciesze na ekranie komputera ukazał się tekst opowiadania, którego krótki fragment bardzo mnie urzekł. Chciałem się od razu zabrać do czytania, gdyż opowiadanie nie należało do najdłuższych. Stwierdziłem jednak, że lekturę zostawię sobie na kiedy indziej, a dzisiejszy ponury, grudniowy dzień poświęcę na poznanie sylwetki Franza Kafki. To był strzał w dziesiątkę. Życiorys tego wybitnego pisarza okazał się genialną lekturą. W jego sentencjach dostrzegłem dosyć mroczny i pesymistyczny sposób pojmowania świata, który w pewnym okresie mojego życia był zbliżony do mojego postrzegania rzeczywistości. Z Kafką łączy mnie wykonywany zawód. On był, a ja jestem urzędnikiem. Ja zajmuję się podatkami. On był specjalistą od ubezpieczeń. Poniekąd łączy nas też wykształcenie. Ukończyłem administrację, a Kafka prawo. Uzyskał on nawet tytuł naukowy doktora prawa na Niemieckim Uniwersytecie w Pradze. Czechy w tamtym czasie były częścią Monarchii Austro - Węgierskiej. Biorąc pod uwagę wysoki poziom niemieckiej edukacji było to nie lada osiągnięcie.

„Miłość jest prosta jak pojazd. Problemy sprawiają dopiero kierowca, pasażerowie i droga”

W przekonaniu mojej skromnej, jednak na swój sposób uroczej i sympatycznej osoby, życie Franza Kafki wydaje się interesujące, choć niestety było dość krótkie. Pisarz zmarł na gruźlicę w wiedeńskim sanatorium zaledwie w wieku 40 lat. Był chorowity. Do 35. roku życia mieszkał z rodzicami. Biedak miał straszne dzieciństwo. Ojciec uważał go za mięczaka i próbował wychować na prawdziwego twardziela przy pomocy obelg i gróźb. Kafka jednak odziedziczył charakter po matce i był człowiekiem wrażliwym. Problemy rodzinne sprawiły, że młody Franz już na zawsze pozostał osobą wyalienowaną. Wyobcowanie Kafki objawiało się na wielu płaszczyznach życiowych. Nie potrafił zbudować trwałych więzi z kobietami. Był dwukrotnie zaręczony z jedną panią, ale do ślubu nigdy nie doszło. Cały czas bił się z myślami czy wybrać zdroworozsądkowe małżeństwo i wieść życie typowego mieszczanina czy pozostać kawalerem i w pełni poświęcić się pisarstwu. Kafka zaczynał wiele dzieł, ale nie wszystkie kończył. Oprócz opowiadań rozpoczął pracę nad trzema powieściami. Przez całe swoje życie nie ukończył ani jednej. Badacze losów jego życia zwykli określać jego charakter jako „nie z tego świata.” Sam Kafka doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie pasuje do otaczającej go rzeczywistości. Mawiał: „Myśl, by mi pomóc, jest chorobą samą w sobie i wymaga obłożnego leczenia." Bardzo spodobała mi się pewna anegdota związana z Franzem Kafką. Był wegetarianinem z krótkimi przerwami na jedzenie mięsa. Z opowieści przyjaciół wiemy, że po powrocie do wegetarianizmu będąc w Akwarium Berlińskim wypowiedział do ryb następujące słowa: „Teraz znowu będę mógł wam spojrzeć w oczy.”

"Z kłamstwa robi się istotę porządku świata"

Wieczorem moje oczy odmówiły posłuszeństwa i nie dałem już rady przeczytać „Kolonii karnej”. Całe szczęście wpadłem na genialny pomysł poszukania na YouTube audiobooka. Ku mojej uciesze bez najmniejszego problemu znalazłem słuchowisko z 1990 roku. Pomimo upływu lat słuchowisko nic a nic nie straciło ze swoich walorów. Świetna gra aktorów w połączeniu z doskonałym tekstem Kafki tworzy sztukę, która zapada w pamięci na długo.


Zachwalam w sposób ciągły opowiadanie Franza Kafki, ale nie wspomniałem jeszcze o czym ono jest. Zachęcam do przesłuchania powyższego słuchowiska, dlatego fabułę przedstawię w sposób szczątkowy. Pewien pochodzący z Europy podróżnik przybywa do położonej na Dalekim Wschodzie tytułowej kolonii karnej. Zapoznaje się z nieludzkim systemem wymierzania sprawiedliwości. Przy okazji poznaje ślepo wierzących w ten system ludzi. Opowiadanie zawiera brutalne opisy tortur. Nie polecam go osobom o słabych nerwach.

„Nie marnuj czasu na poszukiwanie przeszkody – być może nie istnieje”

W kolejnych odcinkach gry RER2 podczas rozgrywki znajdujemy następne notatki z fragmentami utworów mistrza Kafki. W drugim odcinku pt. „Kontemplacja” są cytaty ze zbioru opowiadań pod tym samym tytułem, który składa się z osiemnastu opowieści powstałych na przełomie lat 1904 – 1912. „Wyrok” to opowiadanie z 1913 roku oraz nazwa trzeciego odcinka naszej gry. Nie trudno się domyślić, że czwarty i zarazem ostatni odcinek RER2 swoją nazwę czerpie od dzieła czeskiego urzędnika ubezpieczeniowego. „Metamorfoza” (lub „Przemiana” w zależności od tłumaczenia) opowiada historię Gregora Samsy, który pewnego dnia budzi się przemieniony w wielkiego robaka. Z powodu niemożności wyjścia z domu traci pracę. Rodzina w obawie przed skandalem ukrywa go przed oczyma innych ludzi. Przemiana Gregora zmienia diametralnie życie jego rodziny. Aby przeżyć muszą zacząć pracować, gdyż do tej pory Gregor ich utrzymywał ze swojej pensji. Na YouTube możemy znaleźć wspaniałe słuchowisko Teatru Polskiego Radia. Dzięki niemu zapoznałem się z utworem „Przemiana”. Nie oczarował mnie tak, jak „Kolonia karna”, ale jest on wart polecenia.


Jak dobitnie widać na moim przykładzie gry to nie tylko bezsensowna rozrywka, która niszczy graczom oczy i przyczynia się do rozwoju chorób układu krążenia. Jest to medium, które niesie za sobą wiele pozytywnych wartości. To od twórców gier zależy czy przy okazji serwowania nam głównego dania jakim jest rozrywka podadzą nam również przystawkę, która wzbudzi nasz apetyt na poszerzanie horyzontów i otwieranie się na nowości. Twórczość Franza Kafki zaintrygowała mnie do tego stopnia, że zamierzam w najbliższym czasie przeczytać kilka jego opowiadań i poznać historię tego wybitnego, lecz zagubionego i niepogodzonego ze światem autora. Moja polonistka byłaby ze mnie dumna. Pani Beato... pozdrawiam :-)

wtorek, 28 lutego 2017

Dżin


Budzisz się rano w niedzielę po imprezie. Dzień jak co dzień, ale kac odbiera ci chęć do życia. Wstajesz niewyspany, wali ci ostro z kalafy kebabem od Turka. W pokoju unosi się woń twoich pierdów. Teraz wiesz, że mogłeś darować sobie pikantny sos. Czosnkowy by zupełnie wystarczył, ale ty się uparłeś, choć Turek cię ostrzegał. Teraz musisz cierpieć. 

Nudności spowodowane wypitą w nadmiernych ilościach gorzałą niewiadomego pochodzenia potęguje jeszcze odór twojego potu. Zdajesz sobie sprawę, że nie należało tak wywijać na parkiecie jak idiota. Po chwili masz deja vu. Widzisz kebaba od Turka, którego jadłeś po imprezie, tylko że tym razem jest on już częściowo strawiony i w formie wymiocin wrócił i leży obok ciebie w łóżku. Myślisz sobie: "Aby to ja pierwszy raz zhaftowałem się do wyra?" Nie pierwszy i znając ciebie oraz twój tryb życia nie ostatni. Po chwili, gdy już zaczerpnąłeś trochę tlenu i komórki w mózgu zaczęły jako tako pracować, zastanawiasz się, co głupiego zrobiłeś wczoraj po pijaku? I nagle dostrzegasz w kącie swojego pokoju małą, białą kózkę, która w najlepsze pożywia się obiciem twojego ulubionego fotela, w którym zawsze siadasz, gdy odpalasz konsolę. Widzisz, że jej smakuje, bo obicie znika w zawrotnym tempie, a w pokoju jest coraz więcej kozich bobków. Zastanawiasz się, jak u diaska ta p.ieprzona koza znalazła się w twoim pokoju? Sama przyszła czy wtachałeś ją na rękach na 7 piętro swojego gierkowskiego mieszkania? To teraz nieistotne, gdyż na swojej lampie dostrzegasz małego, niebieskiego ludzika.


Facet przedstawia ci się jako Dżin, który poszukuje lokum, bo z poprzedniego go eksmitowano za dwuznaczne propozycje kierowane w kierunku babci właściciela. Pyta ci się czy nie masz przypadkiem jakiegoś miłego lokum na wynajem w postaci zielonej butelki o pojemności 500 ml? W zamian za lokum oferuje ci, że spełni jedno życzenie. W tej chwili mimowolnie na twojej twarzy pojawia się wielki uśmiech. Zastanawiasz się, czy poprosić o milion dolarów w gotówce, czy w złocie? Nie jesteś zachłanny. Milion ci wystarczy. Jesteś przezornym człowiekiem, więc wiesz, że na kaca po imprezie najlepsze jest piwko i zawsze masz je pod ręką. Normalni ludzie mają wodę przy łóżku, a ty jesteś wyjątkowy i masz skrzynkę browarów. Wypijasz duszkiem całego, niestety ciepłego, Lecha Premium. Kac nie mija, głowa nadal boli, ale piwo to piwo - zawsze cieszy. Wręczasz małemu Dżinowi jego nowe lokum w postaci zielonkawej butelczyny i prosisz od razu o dwa miliony euro w gotówce. Euro lepiej stoi niż dolar. Dwa miliony to więcej niż jeden, natomiast gotówka lepsza od złota, bo można za nią kupić alkohol. Złota w osiedlowym sklepie nie przyjmują. Jesteś delikatnie w.kurwiony, gdy Dżin komunikuje ci, że jest Dżinem z krainy gier i może spełniać tylko życzenia związane z grami. Proponuje ci, że stworzy dla ciebie taką grę, jaką sobie tylko zapragniesz. Przyjmujesz jego ofertę. Uznajesz ją za uczciwą. W końcu za butelkę wartą 50 groszy mały, niebieski facecik stworzy dla ciebie grę. W dzieciństwie zawsze o tym marzyłeś. Chciałeś mieś własną grę...

Masz wiele chorych koncepcji. To typowe dla p.opierdolonych ludzi, więc nie przejmujesz się tym. Na początek do głowy przychodzi ci kontynuacja "The Order 1896". Wpadasz na genialny pomysł na tytuł sequela: "The Order 1986". Jak na ciebie i twój tępy mózg to i tak nie jest zły tytuł. Poradziłeś sobie z zadaniem. Mama byłaby z ciebie dumna gdyby jeszcze żyła, tzn. gdybyś jej nie wykończył swoimi genialnymi inaczej pomysłami na życie. Handlowanie sterydami to jest jakiś pomysł, ale ZUS emerytury za taki rodzaj pracy nie wypłaca, a o ubezpieczeniu zdrowotnym można zapomnieć. Masz tytuł, ale co z fabułą? Musi być zajebista tak jak ty. Po paru dłuższych chwilach pomyślunku w bólach narodziła się fabuła twojej własnej gry. Ból głowy to efekt użycia mało znanego ci narządu zwanego mózgiem. Jednak jak chcesz, to potrafisz. Duma cię rozpiera. "The Order 1986": Sir Tomasso - prawnuk pełnego cnót Sir Galahada przychodzi na świat z bladego rana. Zrodzony z bogini Marioli dziewicy, syn zimnego Tadka z miejskiej kostnicy. Umęczony przez lata pod radzieckim caratem walczy o wolność Polski ręcznym granatem. Zabija czerwone Lykany, przez wiejskie k.urewki jest uwielbiany. Bohater całej wschodniej Europy, jeździ malutkim czołgiem, wrogom ojczyzny rozjeżdża stopy. Bitew z komuchami wygrał bezliku, szpetne Wilkołaki nie popsują mu szyku.


Chociaż do świąt jeszcze daleko, to zdarzył się cud, czyli wpadłeś na kolejny pomysł. Dobra passa. Ustanowiłeś swój osobisty rekord. Dwa pomysły pod rząd w ciągu 10 minut. Cholernie trudno będzie ci poprawić to osiągnięcie. Wymyśliłeś kontynuację "Final Fantasy VIII". Skoro "Final XIII" miał dwa sequele, to czemu twoje ukochane "FFVIII" nie może mieć chociaż jednego? "Final Fantasy VIII-2". Odnośnie wyboru tytułu znów jesteś oryginalny jak zegarki produkowane w Chinach, ale to nie twoja wina, że do przedszkola miałeś pod górkę. Wszystko to sprawa kochanego ojca, który kupił dom w pewnej cichej dolinie nie zważając na fakt, że jest to teren zalewowy. Ale po co słuchać urzędników? Przecież oni na niczym się nie znają. Lubisz zwierzęta, a w szczególności psy. Co więc stoi na przeszkodzie, aby pies Rinoy Angelo został głównym bohaterem "FFVIII-2"? Nic, bo ogranicza nas tylko nasza wyobraźnia. Angelo pragnie poznać rozwiązanie zagadki, która dręczy psią rasę już od wielu wieków. Pragnie uzyskać odpowiedź na pytanie: kto jest dobrym psem? W tym celu tworzy drużynę złożoną z: czarnego i tłustego labradora imieniem Chedar, który nigdy nie pogardzi aromatycznie śmierdzącym serem oraz Lukrecji - uroczej i słodkiej psiny rasy papillon, obiektu westchnień Angelo, który chciałby z nią spłodzić potomka jednakże trochę się wstydzi zapytać o pozwolenie. Drużyna złożona z dwóch samców i jednej suczki wyrusza w daleką i pełną niebezpieczeństw podróż do pobliskiego miasta w nadziei, że tam znajdzie odpowiedź na nurtujące ich pytanie. Plany próbuje pokrzyżować im wredny i paskudny kocur Felix. Od urodzenia nienawidzi psów. Pragnie je zabijać i składać w ofierze swojemu Panu Belialowi - jednemu z czterech upadłych aniołów. 


Wypijasz drugie piwo, a potem kolejne i kolejne. Twierdzisz, że po piwie ci się lepiej myśli. Ja twierdzę, że najgorzej jak się komuś coś wydaje. Jesteś ambitny. Nie poznaję cię. To do ciebie niepodobne. Postanawiasz olać swoje dotychczasowe pomysły na grę i myśleć dalej. Boję się o ciebie. Twój mózg już dawno nie pracował tak długo na tak wysokich obrotach. Chyba się przegrzał, bo wpadasz na totalnie p.ojebany pomysł: Pokemon Porn. Gra polegać ma na kręceniu filmów pornograficznych z udziałem pokemonów z wszystkich możliwych generacji. Oczyma wyobraźni już widzisz scenę, w której Magikarp zaspokaja oralnie Snorlaxa. Jesteś też ciekaw jak wygląda gra wstępna pomiędzy Magnemite'm, a Nidoqueen. Jesteś chorym s.kurwielem, ale to nie twoja wina. Gdyby nie wujek, który wchodził ci do wanny, pewnie byłbyś normalny. Jednak czasu nie da się cofnąć. Nagie sesje zdjęciowe zapewne też nie wpłynęły pozytywnie na twoją psychikę, ale za to cała rodzina miała co do garnka włożyć. 

Usłyszawszy twoje życzenie Dżin stwierdza, że jesteś chorym z.jebem. Nie zrobi dla ciebie żadnej gry. P.ierdoli twoją butelkę. Woli zamieszkać pod mostem. Jesteś, delikatnie mówiąc, trochę zniesmaczony sposobem w jaki potraktował cię ten mały, niebieski ludzik, ale generalnie masz na to w.yjebane, bo zostało ci jeszcze kilka browarów. Jest browar, jest zabawa.

A Wy, gdybyście spotkali takiego dżina, jaką grę chcielibyście żeby dla was zrobił?

poniedziałek, 20 lutego 2017

"Kosmiczny Mecz" - film mojego dzieciństwa

Pamiętam, jak byłem małym chłopcem i po raz pierwszy w życiu było mi dane obejrzeć to rozrywkowe arcydzieło. Namówiłem mamę, aby zabrała mnie do naszego małego i w tamtych czasach dość obskurnego kina na "Kosmiczny mecz". Dobrze, że kino "Baszta" zmieniło się dziś nie do poznania i seanse w nim to przyjemność. Było to jedno z bardziej emocjonujących przeżyć w moim życiu. Z wyłupiastymi oczami wpatrywałem się w ekran kinowy i starałem się nie przegapić żadnej sekundy. Film odbił swoje piętno na mojej całej przyszłej egzystencji. Do tej pory widziałem go już blisko 50 razy. Gdy leci w TV rzadko opuszczę okazję do kolejnego spotkania z bohaterami tej wyśmienitej produkcji. Zapraszam do lektury mojej recenzji.

Trudno wyobrazić sobie lepsze połączenie dwóch motywów filmowych, na których opiera się "Kosmiczny mecz": zwariowane przygody Looney Tunes i jedna z najbardziej widowiskowych gier zespołowych na świecie - koszykówka. Jest to wymarzona kompilacja dla młodego pasjonata koszykówki, który wolny czas spędza przed telewizorem śledząc przygody Królika Bugsa i jego zakręconych przyjaciół. Jest to jeden z cudownych i niezapomnianych filmów mojego życia, do którego pomimo przybywających w metryce lat, chce się wracać nieustannie. Kino familijne w najlepszym wydaniu. Do dziś "Kosmiczny mecz" na poczciwej kasecie VHS darzę wielkim sentymentem i nawet upływ czasu nie zmienił mojego stosunku do tego filmu. Parę lat temu dokupiłem dwupłytowe wydanie na DVD. Płyta to jednak nie to samo co VHS. Kaseta ma duszę...


Fabuła wygląda następująco. Do krainy Looney Tunes przybywa grupa kosmitów w celu porwania Animków i zrobienia z nich atrakcji kosmicznego lunaparku zarządzanego przez ich niezbyt miłego szefa. W celu pokojowego załatwienia sporu Królik Bugs proponuje rozegranie meczu koszykówki, którego stawką będzie los całego świata Animków, bowiem gdy przegrają stracą wolność, czyli to, co cenią najbardziej i staną się niewolnikami. Bugs nieprzypadkowo zaproponował grę w kosza (Elmer chciał grać w kręgle), gdyż kosmici byli niewielkiego wzrostu. Kot Sylwester określa ich mianem "skubane konusy". Animki nie przewidziały, że kosmici będą oszukiwać. Kradną oni talenty największych gwiazd NBA (według mnie w tych czasach byli lepsi gracze, ale to sprawa drugorzędna) - Patricka Ewinga, Charlesa Barkleya, Muggsy Boguesa, Larry’ego Johnsona i Shawna Bradleya. 

Gdy Looney Tunes zdają sobie sprawę, że nie mają szans z kosmitami dysponującymi talentami zawodników NBA postanawiają zwrócić się o pomoc do Michaela Jordana. Jednak jest jeden mały problem: Mike zakończył już karierę koszykarską i gra w baseball (złożył obietnicę ojcu, że spróbuje swoich sił w baseballu. Po śmierci ojca realizuje obietnicę. Jest to autentyczne zdarzenie z życia MJ'a). Po wielu wysiłkach Looney Tunes udaje się namówić Jordana do gry w ich zespole. W końcu po długich treningach czas na mecz. Z początku Animkom nie idzie zbyt dobrze jednak pod wpływem motywacji MJ'a grają coraz lepiej. Jak to zawsze bywa w filmach familijnych mamy "happy end": Looney Tunes pozostają wolni, gracze odzyskują swoje talenty, a Jordan wraca do gry w NBA.


W filmie zagrało mnóstwo znanych i lubianych koszykarzy oraz aktorów. Oprócz wymienionych wyżej zawodników gra także Larry Bird - ikona NBA i chyba najlepszy gracz Boston Celtics - Derek Harper, a także A.C. Green, Vlade Divac, Alonzo Mourning. Obecność aktorów takich, jak: Bill Murray, Danny DeVito, Wayne Knight nie wymaga komentarza. 

Motyw muzyczny, który słyszymy, gdy młody Mike gra przed domem w kosza (R. Kelly "I Believe I Can Fly") idealnie pasuje do filmu. Jordan jako dziecko wierzył, że w przyszłości będzie latał i dokonał tego. Skakał tak wysoko i tak długo potrafił wisieć w powietrzu, aż doczekał się nadania ksywki "Air".


Film łączy w sobie grę aktorów i animację komputerową. Po dziś dzień jestem zachwycony aktorstwem Michaela Jordana. Przecież nie lada wyzwaniem była gra w kosza na pustej przestrzeni i bez kosza. Dopiero później ruchy MJ'a były zgrane z animacją komputerową. 

Ponadto "Kosmiczny mecz" ma walory edukacyjne dla młodego widza. Pokazuje, że jeśli się w coś wierzy, to ma się szansę, żeby to osiągnąć w przyszłości. Mając marzenia nadajemy swojemu życiu sens, mamy cel, który staramy się zrealizować. Jeśli się wierzy, to może w końcu dotknie się nieba. "Kosmiczny mecz" to obowiązkowa pozycja filmowa dla młodego człowieka. 

Jeśli kochasz koszykówkę i Animki, to jest właśnie film dla Ciebie.

Według zapowiedzi medialnych w tym roku możemy liczyć na kontynuację "Kosmicznego Meczu". Michaela Jordana zastąpić ma inna gwiazda ligi NBA - LeBron James. Ciekawi mnie bardzo jak poradzi sobie w roli aktora? Czy film okaże się hitem na miarę pierwszej części? Czy również oczaruje mnie, jak i innych kinomaniaków? Czas pokaże. Musimy być cierpliwi.

wtorek, 7 lutego 2017

Każdy ma swoje cztery przyłożenia

Pamiętacie, moi mili czytelnicy, kultowy serial emitowany na antenie telewizji Polsat pt. „Świat według Bundych”? Pewnie tak. Serial był tak popularny, że nie dało się o nim nie słyszeć. Można go kochać lub nienawidzić, ale nie wchodzi w rachubę żeby go nie znać. Ja byłem w nim wręcz zakochany. Namiętnie oglądałem każdy odcinek. Nie przegapiłem też okazji do obejrzenia powtórki. Wychodziłem z założenia, że śmiechu nigdy za wiele. Po latach, gdy Polsat już dawno przestał emitować serial o przygodach zwariowanej rodziny z przedmieść Chicago, tygodnik "TV Okey" zaczął dołączać do każdego numeru płyty z odcinkami Bundych - 3 na jedno wydanie. Była to okazja do ponownego obejrzenia przygód rodziny Ala oraz możliwość skompletowania wszystkich sezonów mojego ulubionego serialu. Kolekcję „Świata według Bundych” do dziś dumnie prezentuję na swojej półce z filmami.


Szukając pomysłu na kolejny wpis ujrzałem przed oczyma postać Ala Bundy mówiącego z dumą, że w szkole zaliczył cztery przyłożenia w jednym meczu. Zainspirowało mnie to do stworzenia niniejszego tekstu. Tym, którzy nie kojarzą wybitnego osiągnięcia Ala polecam poniższy film.


Futbol amerykański nie jest w Polsce zbyt popularną dyscypliną sportu. Pewnie niewiele osób zna podstawowe zasady gry. Dla tych, którzy ich nie kojarzą wyjaśnię, że przyłożenie to sposób zdobywania punktów polegający na umieszczeniu piłki za linią punktową na połowie naszego rywala. Musimy wbiec razem z piłką, nie wystarczy jej wrzucić za wyznaczoną linię. Nie jest to taka łatwa sprawa, gdyż drużyna przeciwna za wszelką cenę broni swojej linii punktowej. Zawodnik otrzymujący podanie od rozgrywającego stara się unikać obrońców drużyny przeciwnej. Jego celem jest linia punktowa. Jeśli przekroczy ją wraz z piłką zdobywa dla swojej drużyny 6 punktów. Rozgrywający może też podać do zawodnika, który znajduje się w przestrzeni pomiędzy linią punktową a linią końcową. Jeśli złapie piłkę – drużyna zdobywa punkty. Za linią punktową znajduje się charakterystyczna bramka. Za celne kopnięcia na bramkę także zdobywa się punkty. To tak w wielkim skrócie. Lubię od czasu do czasu obejrzeć meczyk futbolu wprost z Ameryki, ale ostatnio robię to bardzo rzadko. Z reguły kończy się na obejrzeniu Super Bowl. W europejskich realiach to i tak dużo. Nie jestem specem od tej dyscypliny, nie wszystkie zasady znam i rozumiem, ale lubię oglądać ten sport. Na PS2 zagrywałem się zaciekle w Madden NFL 2009. Nie miałem jednak z kim grać, bo żaden z kolegów nie podzielał mojego entuzjazmu dla tej dyscypliny.


Po tym lekko przydługawym wstępie widzimy, że wyczyn Ala nie należał do najłatwiejszych, dlatego miał prawo być dumny ze swojego dokonania. Dlaczego o tym piszę? Uświadomiłem sobie nie tak dawno, że każdy z nas ma w swoim życiu takie osiągnięcie, które napawa go dumą. Osiągnięcie, które wspomina ciągle, w kółko przy najróżniejszych okazjach. Każdy z grona naszych najbliższych zna je dobrze, ale my je im wciąż przypominamy i mówimy o nim jakby miało miejsce wczoraj. Z reguły jest to odległe wydarzenie z naszego życia, które stanowi swoisty „wehikuł czasu” do lat minionych. Dzięki niemu przypominany sobie stare dzieje. Czasami żałujemy, że już nie wrócą, a innym razem, dzięki takim wspomnieniom, mamy siłę do walki z dniem codziennym. Przecież kiedyś zdobyliśmy te cztery przyłożenia w jednym meczu, to teraz nie mamy dać sobie rady? Każdy z nas ma swoje cztery przyłożenia. Ja też.


W liceum graliśmy z kumplami w amatorskiej lidze koszykówki, która była w naszym mieście bardzo popularna. Co niedzielę rozgrywane były trzy mecze gromadzące pełną publikę. Byliśmy najmłodszą drużyną złożoną z przeciętnych graczy. Mieliśmy po 17 lat, a w większości drużyn grali zawodnicy po trzydziestce. Załatwiliśmy sobie sponsora, który ufundował nam stroje i opłacał hale na treningi. Wiedzieliśmy, że nie mamy szansy na wygrywanie meczy, ale radość z gry była dla nas najważniejsza. W naszym zasięgu były tylko dwie drużyny, ale jak się później okazało grubo się myliliśmy. W pierwszym sezonie przegraliśmy wszystkie mecze. Przegraliśmy to chyba za słabe określenie – zostaliśmy zmiażdżeni. Udało nam się ustanowić kilka niechlubnych rekordów, a kilka innych wyrównać. Byliśmy pierwszą drużyną, która straciła 150 punktów w meczu. Dobrze, że odpierając ataki rywali straciliśmy zaledwie te 150 punktów ponieważ protokół zawodów nie przewidywał wyższego wyniku i mógł się pojawić problem natury technicznej. Byliśmy też zespołem, który w pierwszej kwarcie pierwszego meczu nie zdobył ani jednego punktu. Na szczęście zerowy wynik w kwarcie ustanowiła również inna drużyna grająca bezpośrednio przed nami. Nie byliśmy więc jedyni najgorsi.

Pierwszy sezon był druzgocący, więc aż dziw, że udało mi się zebrać ekipę do drugiego sezonu, który w naszym wykonaniu był na stabilnie niskim poziomie jednakże nie było gorzej niż w pierwszym sezonie, co uważam za sukces. Na horyzoncie widać było progres. Niewielki, ale zawsze postęp. 

Zarówno podczas pierwszego, jak i drugiego sezonu moje wyniki strzeleckie nie były imponujące. Nasza drużyna zdobywała około 20 punktów na mecz, a ja przeciętnie co drugi mecz rzucałem 2 punkty. Nigdy nie zdobyłem więcej oczek, aż nadszedł ostatni mecz sezonu….

W szatni przed meczem zawsze zajmowałem to samo miejsce. Tak też było i tym razem. Jednak niespodziewanie kolega chciał zamienić się na miejsca. Twierdził, że zawsze przebiera się na tej samej ławce, więc ten ostatni raz musi być inaczej. Zrobiliśmy jak sobie zażyczył.

Powoli i nieubłaganie nadchodzi ten moment kiedy w końcu zdradzę swoje cztery przyłożenia.


Moim osiągnięciem, którym często się chwalę jest zdobycie 16 punktów w jednym meczu. Może nie jest to wynik imponujący, ale dla gracza, który zdobywał 2 punkty co drugi mecz rzeczone punkty to nie lada gratka. Dodam jeszcze, że cała drużyna zdobyła 31 punktów, więc sam oddałem więcej celnych rzutów niż cała reszta drużyny! Udało mi się w tym meczu rzucić dwie trójki, cztery punkty zdobyłem spod kosza, a 6 z mojego ukochanego półdystansu. Mimo, że nigdy nie należałem do grona wybitnych graczy tego dnia na parkiecie byłem pewien swoich umiejętności. Pierwszy celny rzut spod kosza dał mi wiarę w siebie. Wiedziałem, że tamta niedziela będzie moim dniem. Pomimo wagi sięgającej blisko 120 kg czułem się tego dnia lekki jak piórko. Bieganie od kosza do kosza przychodziło mi z łatwością. Uświadomiłem sobie wtedy, że te wszystkie godziny spędzone na osiedlowym boisku miały sens. Ciągła praca nad swoją grą w końcu zaowocowała. Nie urodziłem się z talentem do koszykówki. Wszystko co umiałem było okupione wysiłkiem i wolą walki. Wiele zagrań wynosiłem z obserwacji lepszych graczy.

Cudowne było uczucie, gdy zbierałem gratulacje po meczu od zawodników przeciwnej drużyny. Jak zwykle przegraliśmy, ale to nie miało dla mnie znaczenia. Przez ten jeden moment byłem gwiazdą drużyny. Cała uwaga skupiona była na mnie przez tę jedną krótką chwilę. Była to najpiękniejsza chwila w moim życiu. Nawet przebiegnięcie pierwszego w życiu półmaratonu nie może się równać z tamtym momentem osobistej chwały. Był to triumf ducha nad ciałem. Wola i serce do walki zrekompensowały ułomności mojego ciała. Otyły nastolatek zostaje bohaterem meczu. Historia rodem z amerykańskiego filmu, a jednak zdarzyła się naprawdę. W całym meczu chybiłem tylko dwa rzuty, wiec procent celnych rzutów również był fenomenalny. Pamiętam opis meczu w lokalnej gazecie, gdzie redaktor napisał, że na tle reszty drużyny wypadłem rewelacyjnie. Nigdy więcej nie było mi dane zagrać w tej lidze. Odszedłem w blasku osobistej glorii. Miałem swoje 16 punktów. Tylko to się liczyło. Do dzisiaj na wspomnienie tego wydarzenia przechodzą mnie dreszcze.


Jako ciekawostkę dodam, że w tym meczu krył mnie mój obecny szef – Burmistrz Miasta Środa Wielkopolska - Wojciech Ziętkowski. Pamiętam, jak w pewnym momencie meczu zdyszany podbiegł i zwrócił się do mnie takimi słowami: „Młody, nie biegaj tyle, bo mnie wykończysz.” Podziałało to na mnie bardzo motywująco. Mimo, że już prawie opadłem z sił, to nagle udało mi się wykrzesać z siebie dodatkowe pokłady energii, aby z pełną werwą biegać do końcu meczu.

Al Bundy miał swoje 4 przyłożenia, a Tomasz miał 16 punktów w jednym meczu.