sobota, 10 marca 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #2

Każdy miesiąc przynosi nowe szanse i okazje do startów. Generalnie strasznie nie lubię biegać jak na dworze panują warunki dyktowane przez Dziadka Mroza. Trzeba się wtedy ubrać cieplej, co wiąże się z dłuższym czasem przygotowania do biegu. O jajka trzeba dbać. Muszą mieć odpowiednią temperaturę, żeby mogły w przyszłości przyczynić się do zapłodnienia jakiejś kokoszki.


Nie planowałem żadnego startu w lutym, ale gdy trafia się bieg na swoim podwórku, to nie ma zmiłuj. Choćby nie wiem jak było zimno, to i tak trzeba przywdziać biegowe ciżemki i wyruszyć na trasę ku czci i chwale Najjaśniejszej Gminy Środa Wielkopolska. Drugim powodem mojego ochoczego udziału w Trzecim Średzkim Biegu Pamięci Żołnierzy Niezłomnych był fakt, że bieg, dzięki wsparciu Gminy Środa Wielkopolska oraz Powiatowi Średzkiemu, był całkowicie darmowy. Pomimo braku opłaty startowej dla każdego uczestnika biegu przewidziany był pamiątkowy medal oraz porcja grochówki i ciepła herbata na mecie. Typowy Janusz. Jak dają, to się bierze, a jak biją spierdala.


Było to już moje trzecie podejście do udziału w tym cyklicznym wydarzeniu. Jak widać powiedzenie, że do trzech razy sztuka sprawdza się w życiu. Nie było mi dane wystartować w pierwszej edycji biegu, gdyż w tym samym czasie miałem w lutym 2016 roku nauki przedmałżeńskie, które w efekcie okazały się tak potrzebne, jak żydowi napletek, a muzułmaninowi stado świń. Do ślubu nie doszło, a mnie ominął fajny medal do kolekcji. W 2017 roku miałem mocne postanowienie startu w drugiej edycji. Nie dlatego, że jakoś bardzo utożsamiam się z ideologią żołnierzy wyklętych lub niezłomnych. Ich historia nie jest tak jednoznaczna, jak to prawa strona sceny politycznej i niedarzeni przeze mnie sympatią narodowcy próbuje nam przekazać. Było wśród nich dużo bohaterów, ale także dużo zbrodniarzy, którzy żałowali, że wojna dobiegła końca i nie będą już mogli bezkarnie mordować i rabować. W żadnej grupie społecznej nie ma samych dobrych ludzi.W każdej grupie są osoby pozbawione empatii i szacunku dla drugiego człowieka. Dlatego gloryfikować trzeba zachowania konkretnych ludzi i analogicznie piętnować jednostki, których zachowania były skandaliczne. Życie nie jest czarno - białe. Ma ono zdecydowanie wiele odcieni szarości. Tylko od naszych czynów zależy, w którą stronę palety barw zabrniemy.


Zamiast jednak wystartować w biegu w roku 2017 wybrałem randkę z zapoznaną w internecie Magdaleną. Pamiętam, że na miejsce spotkania wybrała genialną w smaku restaurację "La Calma" w Lesznie. Nie żałowałem, bo było fajnie. Wiedziałem, że jeszcze będzie mi dane wystartować w którejś tam edycji  Średzkiego Biegu Pamięci Żołnierzy Niezłomnych. Rzadko się mylę i tak też było w tym przypadku. Rok 2018 był dla mnie łaskawy i pozwolił mi wystartować w edycji oznaczonej numerem trzy.

Biuro zawodów mieściło się w restauracji "Max Marina" nad Średzkim Jeziorem. Numery startowe wydawały miłe panie będące sympatyczkami lub członkiniami sekcji biegowej klubu Polonia Środa. W "Max Marinie" jak zawsze było czysto, schludnie, ciepło i przyjaźnie. Jest to idealne zaplecze na organizację zawodów. Restauracja oferuje mnóstwo wygodnych miejsc do siedzenia oraz spory wybór ciepłych dań i napojów bezalkoholowych, jak i alkoholowych. Jest to jedyne miejsce w Środzie, gdzie można raczyć się każdym piwem z oferty Browaru Fortuna z pobliskiego Miłosławia. Uwielbiam ich trunki. Zwłaszcza ciemną Fortunę, która wygląda jak cola. Jest też słodka i niezwykle aromatyczna. Na letnie kulturalne znietrzeźwienie się pasuje jak ulał.


Start oraz meta biegu usytuowane były przed restauracją "Max Marina", która znajduje się vis-a-vis głównej plaży średzkiego kąpieliska, dzięki czemu biegacze mogli skorzystać z infrastruktury sanitarnej obiektu. Możliwość zrobienia siusiu i kupki przed biegiem jest dla biegacza bardzo ważne. Nikt nie lubi biegać z pełnym pęcherzem i balastem w jelitach, a bieganie w mokrych i pełnych fekaliów majtach to już w ogóle koniec świata! Chyba, że to kogoś kręci, więc zwracam honor.  

Podczas treningowego sprawdzenia trasy, które miało miejsce dwa tygodnie przed biegiem, narzekałem trochę na trasę. Wydawała mi się ona zbyt kręta i skomplikowana. Zdawało mi się, że biegacze pomylą się w gąszczu zakrętów.  Moje obawy okazały się bezpodstawne. Na trasie nikt się nie zgubił. Z moją orientacją w terenie nie jest najlepiej, czego dałem wyraz w styczniu w Puszczykowie, ale również i mnie nie udało się zgubić. Trochę szkoda, bo uczucie, gdy człowiek w końcu znajdzie właściwą drogę jest fanatyczne. Można je porównać do radości, jaką przejawia rozbitek na morzu na widok zbliżającego się okrętu. Nawet, gdy statek okaże się być we władaniu somalijskich piratów, to i tak radość na początku jest ogromna.


Oprócz tego, że trasa była kręta, to obfitowała również w liczne podbiegi, które sprawiały, że bieg nie był kaszką z mleczkiem (lubię czystą kaszkę bez syropu malinowego). Wyzwania to ja lubię, dlatego nie narzekałem. Każdy ciężki bieg wzmacnia nas i przygotowuje na kolejne wyzwanie. Mimo dużego mrozu niebiosa nad nami czuwały. Świeciło słoneczko, które trochę niwelowało skutki ujemnej temperatury. W tym miejscu muszę Was rozczarować, bo sam bieg był bez historii. Wpływ na to miała pewnie pogoda. Biegacze nie byli zbyt rozmowni. Nie dziwię się. Nikt nie lubi strzępić ryjka na zimnie. Ze mnie gaduła jest, więc nie mogłem się powstrzymać od kilku rozmów.

Zamieniłem parę zdań z kolegą po fachu Sylwestrem oraz z niedoszłym szwagrem Mariuszem, który ostatecznie na 8 km wyprzedził mnie, a ja nie byłem w stanie go dogonić pomimo spożycia kilku galaretek z kofeiną. Przyczyn mojej porażki dopatruję się w trzech aspektach. Po pierwsze primo moja niskokaloryczna dieta. Wiadomo, że bez paliwa daleko się nie zajedzie. Po drugie primo Mariusz zwany Kosą miał na sobie nowe ciżemki biegowe, a ja stare buty, które mają już kilka dziur, amortyzacja w nich nie istnieje, a swym wyglądem przypominają domowe znoszone bambosze dla nielubianych gości. Po trzecie primo Kosa był na dopingu. Dzień wcześniej doładował się czterema piwami i dwoma setkami. Udało mi się to info uzyskać od jego trenera personalnego. Nie było to łatwe i tanie zadanie. Krzysztof zgodził się jednak za 3 hot dogi z Orlenu z sosem tysiąca wysp zdradzić sekret treningowy Mariusza. Może kiedyś z niego skorzystam.


Czułem podczas biegu, że siła w nogach jest. Z powietrzem w płucach było gorzej. Z wolą walki kiepsko. Głowa za dużo myślała i blokowała ciało. Bieg ostatecznie ukończyłem z czasem 54 m 31 s. W zeszłym roku o tej samej porze byłby to wynik zbliżony do rekordu życiowego. Obecnie jest to średni wynik. Świadczy to tylko o tym, jaki progres zrobiłem w 2017 roku. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to na wiosnę przyjdą dobre wyniki, a sadełko odejdzie w zapomnienie. Dobre wyniki racz dać mi Panie, a od słodyczy uchowaj (na razie).

Najciekawszym momentem z całego biegu był start. Sygnał do rozpoczęcia zawodów dał wystrzał armatni. Machinę wojenną obsługiwał członek Bractwa Kurkowego. Start nastąpił tak szybko i niespodziewanie, że nie mieliśmy z Sylwkiem okazji zrobić sobie selfie. Moje fanki oraz wielbicielki mojej niespotykanej i zajebistej urody pragnę uspokoić... selfie zrobiłem sobie sam. Będziecie mieć zatem nowe fotki do wzdychania i podziwiania. Tomasz mądra głowa - myśli o wszystkim.


Po biegu, gdy już medal zawisł na mojej szyi od razu udałem się do restauracji, aby się trochę ogrzać i posilić grochówką. Na miejscu spotkałem sympatycznych biegaczy z Gniezna. Wymieniliśmy się opiniami o różnych biegach i życzyliśmy sobie udanych startów w 2018 roku. Na uwagę zasługuje fakt, że III Średzki Bieg Pamięci Żołnierzy Niezłomnych  przyciągnął do mojego ślicznego miasta wielu biegaczy z różnych miejscowości. Była to niewątpliwe bardzo dobra promocja dla Środy Wielkopolskiej, dla której dobra codziennie pracuję ściągając podatki. Polecam każdemu tę imprezę w przyszłym roku. Piszę to szczerze, a nie tylko dlatego, że nie robi się kupy do własnego gniazda. Gdyby nie było dobrze, to bym nie zachwalał. Nie lubię mówić źle o swoim mieście, ale jeśli trzeba, to nie ma zmiłuj.


Na koniec mała dykteryjka. Śmiać się można z wszystkiego i wszystkich, a zwłaszcza z ludzkiej głupoty, bo tę zawsze trzeba tępić. Ważne jest tylko, aby żarty były subtelne, a ich autor miał wyczucie dobrego smaku. Kiedyś, w bliżej nieokreślonej przeszłości, szefowa programu "informacyjnego" Wiadomości w reżimowej i do szpiku kości propagandowej telewizji publicznej Marzena Paczuska porównała "gwiazdy" disco polo do żołnierzy wyklętych. Chwaliła się, że dzięki mediom narodowym muzyka disco polo w końcu wyszła z cienia i przestała być wyśmiewana. Według tej pani "artyści" disco polo byli szykanowani, nie pozwalano im występować, a telewizje nie transmitowały koncertów wykonawców uwielbianych przez Polaków. Wszystko zmieniło się, gdy do władzy doszła dobra zmiana. Wyobraziłem sobie oto taką sytuację. Szykanowani "artyści" disco polo siedzą smutni w lesie. Nie mogą publicznie występować. Wiedzą, że ludzie kochają ich "muzykę", ale nie mogą dać swoim fanom radości, bo ściga ich wrogi aparat władzy. Jest wieczór. "Wyklęci" discopolowcy zgromadzili się wokół ogniska. Nagle Marcin Miller z zespołu "Boys" cichym i smutnym głosem zaczyna śpiewać a capella:
-„Niech żyje wolność, wolność i swoboda. Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda”.
Następuję chwila ciszy. Pozostała część zespołu "Boys" odpowiada śpiewająco swojemu liderowi:
-„Jesteś szalony mówię Ci. Zawsze nim byłeś. Przestań wreszcie śnić. Nie jesteś aniołem mówię Ci, jesteś szalony”.
Widać, że Marcina zabolały te słowa. Nagle zza krzaka wyłania się Zenek Martyniuk wracający z załatwiania fizjologicznej potrzeby. Zaczyna głośno śpiewać. Zwraca się do Marcina Millera tymi słowy:
-”To przez moje oczy zielone oszalałeś”.
Na to wszystko wchodzi Sławomir, który mówi, że napiłby się szampana, ale cały jego zapas wylał będąc na akcji dywersyjnej w Zakopanem.

Czekam kiedy jakiś młody i ambitny reżyser nakręci film o wyklętych "artystach" disco polo. Ze swojej strony obiecuję pomóc w tworzeniu scenariusza. Praw autorskich do powyższej sceny jestem w stanie zrzec się w każdej chwili. Tworzę przecież dla sztuki, a nie dla pieniędzy.

Drugi odcinek Tomaszowej Kroniki Biegowej dobiegł końca. W marcu mam zaplanowane dwa starty, które oczywiście z wielką przyjemnością dla Was dokładnie opiszę.

sobota, 3 marca 2018

Krótko o radości

To był zwykły dzień średzkiego urzędnika. Poranne śniadanie, a następnie ciągła walka z nieuczciwymi podatnikami, którzy myślą, że są ponad prawem. Gdybym tego nie lubił, to już dawno bym zwariował, bo praca ta często przypomina walkę z wiatrakami. Jednak każdy najmniejszy sukces ogromnie cieszy. Nic nie zapowiadało, że za parę godzin dokonam zakupu pięknej kolekcjonerki w bardzo okazyjnej cenie...



Na ekranie mojego Xiaomi Redmi Note 4 widniała godzina 12.15. Pomyślałem, że to najwyższa pora na krótką przerwę przy kawie. Powoli odsunąłem krzesło od biurka i podszedłem do stolika z ekspresem. W myślach już czułem ten cudowny smak oraz zapach świeżo mielonej i parzonej kawy Dallmayr Prodomo. Świetnie, że szef kupił nam takie cudowne urządzenie. Po krótkiej chwili rozkoszowałem się już smakiem popołudniowego napoju. Do pełni szczęścia zabrakło mi jedynie rogali maślanych. Nie mogłem ich jednak zjeść, gdyż nie po to płacę wrednej dietetyczce pieniądze, żeby podjadać i oszukiwać samego siebie. Zbyt wiele razy już się okłamywałem i nie wytrzymywałem do końca diety. Ale nie tym razem. Do kawy musiała mi zatem wystarczyć lektura PPE.pl.



Odpaliłem na swoim urzędniczym komputerze przeglądarkę Chrome. Lubię ją, choć nasze pierwsze spotkanie nie wróżyło nam długiej znajomości. Nasz związek jednak rozkwitł i rozwija się nadal. Życia w internecie poza Chromem nie widzę. Taka wirtualna miłość. Chciałem sprawdzić prywatną pocztę, aby przekonać się, ile jeszcze mam czasu, aby odwlec termin płatności faktury za telefon. Odruchowo kliknąłem jednak w zakładkę z PPE.pl. Nie wiem, czy to opatrzność nade mną czuwała, czy mój anioł stróż maczał w tym palce, ale była to bardzo dobra decyzja.

Spośród rzeczy przyjemnych, te radują najbardziej, które się zdarzają najrzadziej.
- Demokryt
Na stronie głównej moją uwagę przykuł nagłówek newsa, który głosił: "Deus Ex: Rozłam Ludzkości. Kolekcjonerka z figurką za 130 zł". Kliknąłem w niego szybko. Można powiedzieć, że rzuciłem się na niego, jak wygłodniałe zwierzę rzuca się na bezbronną ofiarę, która ma stanowić jego pożywienie. Rzuciłem się więc ochoczo, jak wygłodzony tygrys na soczystą gazelę. Autorem informacji o promocji był redaktor Bartosz Dawidowski. W tekście zadał czytelnikom następujące pytanie: "Macie chrapkę na figurkę z Deus Ex: Rozłam Ludzkości? Co tam na figurkę... na całą kolekcjonerkę? Jeśli tak, to Empik ma dla was dobre wieści." Te słowa podziałały na mnie tak dziarsko, że bez zastanowienia kliknąłem w link prowadzący wprost do owego kolekcjonerskiego wydania. Jak się okazało link był błędny, ale bez najmniejszego problemu odnalazłem interesujący mnie produkt na stronie empik.com. Ciamajdą nie jestem. Kupowałem już u nich mnóstwo rzeczy.




Bez wahania dodałem kolekcjonerskie wydanie Deux Ex: Rozłam Ludzkości do koszyka. Gdy doszło już do finalizacji zamówienia i zapłaty za grę naszła mnie chwila rozwagi. Zadałem sobie pytanie: czy ja w ogóle potrzebuję ten produkt? To co, że jego poprzednia cena przekraczała 500 zł, a teraz mogę ją mieć za 130 zł z małym hakiem. Może się bowiem okazać że wydam pieniądze na niepotrzebny mi produkt, a, jak wiadomo, mamona na drzewie nie rośnie. Sama gra trafiła w końcu nie tak dawno temu do usługi PlayStation Plus, więc mogę ją ograć bez ponoszenia dodatkowych opłat. Zacząłem się też zastanawiać, czy ta gra w ogóle mi się spodoba, bo nigdy wcześniej nie miałem z tą serią do czynienia. Biłem się z myślami krótką chwilę, by w końcu podjąć stanowczą decyzję, którą można streścić w dwóch pięknych słowach - jebać to!

Nigdy nie zapominaj najpiękniejszych dni twego życia! Wracaj do nich, ilekroć w twoim życiu wszystko zaczyna się walić.
- Phil Bosmans
Zapytałem sam siebie: kiedy gnojku ostatnio zrobiłeś coś spontanicznego? Kiedy zrobiłeś coś, co nie ma sensu, ale daje radość? Czasami zamiast myśleć trzeba czuć. Jak powiedziała mi kiedyś dobra przyjaciółka: serce jest szybsze od rozumu, dlatego to serca trzeba słuchać. Serce podpowiadało mi, że mam kupić tę grę i przestać wymyślać problemy, które nie istnieją. My jesteśmy tu i teraz. Mamy jedno życie i to jest pewne. Czy istnieje coś poza nim? Hmmm... Jak by nie było trzeba z niego korzystać ile się da. Carpie diem. Tylko radość się liczy. Smutki zamykamy w schowku na szczotki i wyrzucamy klucz do głębokiego oceanu, aby zjadły go jakieś głębinowe potwory. Klik i jebs. Kolekcjonerka zamówiona. Kolejny klik i jebs. Kolekcjonerka zapłacona.



W skład pięknego wydania gry wchodziła oczywiście sama gra w metalowym pudełku, bardzo dobrze wykonana figurka Adama Jensena oraz 48 stronicowy artbook. Oprócz fizycznych dobroci kolekcjonerka zawierała całą cyfrową zawartość wydania premierowego, a więc dodatkową misję w grze wraz z pakietem tajnego agenta, który ułatwia trochę rozgrywkę. Jako bonus dostajemy także cyfrowe książki oraz próbki muzyki z gry.

Im więcej posiadamy radości, tym doskonalsi jesteśmy.
- Baruch Spinoza
Gdzieś z tyłu głowy miałem czarne myśli, że taka korzystna cena może być pomyłką sklepu i zaraz anulują mi zamówienie. Postanowiłem, że będę dobrej myśli bowiem energia podąża za uwagą, dlatego jeśli będę skupiał uwagę na pozytywach, to pozytywne rzeczy będą wydarzały się w moim życiu. Zbyt wiele razy martwiłem się na zapas. Przejmowałem się i niepotrzebnie rujnowałem sobie choćby zdrowie. Wiedziałem, że za ten spokój (ale i cierpliwość) moja tarczyca będzie mi dozgonnie wdzięczna. Jak anulują, to anulują. Mój świat się wtedy nie zawali. Miała to być moja pierwsza kolekcjonerka. Gdyby jednak nie ona, to na pewno w przyszłości trafiłaby się inna w okazyjnej cenie.



W momencie, gdy piszę te słowa paczka z grą oczekuje na odbiór w pobliskim paczkomacie. Tak się składa, że mam dzisiaj urodziny. Prezent kupiłem sobie sam. Wy czytacie te słowa kilka dni po moich urodzinach. Nie piszę tego, żeby wymusić życzenia. Wolę te na żywo od wirtualnych. Wspominam o tym, aby podkreślić, jak wszechświat jest nam przychylny. Trzeba tylko słuchać serca, intuicji, wewnętrznego głosu, a następnie podążać za nim. Nie wszystko ma swoje logiczne wytłumaczenie...



wtorek, 13 lutego 2018

Kwitnąca wisieńka, czyli jak Tomasz odkrył, że jest yakuzą

Tomasz obudził się z mocnym postanowieniem: "Będę grał w grę" - pomyślał. Akurat z myśleniem nie było mu za pan brat, ale tym razem proces myślowy nie był nadto skomplikowany. Nawet taki "bystrzak" jak on podołał i jak pomyślał, tak zrobił... zaczął grać w grę!


Łupem Tomasza padła Yakuza Zero. Płyta prędko powędrowała do napędu Tomaszowej konsoli. Udało mu się nawet jej nie upuścić na podłogę podczas pokonywania drogi od półki z grami do półki z konsolą, co, biorąc pod uwagę zręczność Tomasza, było wielkim sukcesem. Nagle przed oczyma naszego bohatera pojawił się ciąg wspomnień związanych z całą serią gier Yakuza. Tomasz wierzył, że to przeznaczenie wskazało mu tę wspaniałą serię gier, bo właśnie wtedy, gdy wykupił abonament PlayStation Plus na 3 miesiące, Sony  3 lata temu wrzuciło do oferty czwartą część Yakuzy. Gra, na którą normalnie by nie spojrzał, ani nawet nie splunął, jak miał w zwyczaju na rzeczy mu obce, oczarowała go na tyle, że zarwał dla niej nie jedną noc. Nie było to dla niego wyzwaniem, gdyż Tomasz pracował na etacie bezrobotnego - stanowisko: truteń, leń, obibok. Bądźmy jednak szczerzy, gdyby nie to, że gra była za free w abonamencie, to Tomasz nigdy by w nią nie zagrał. Cebula w Tomaszu była silna tak, jak silna była moc w młodym Skywalkerze. Był typowym Polakiem wyznających hasło, że "jak dają, to się bierze, a jak biją spierdala."

Już pierwsze chwile spędzone w świecie Yakuza 4 otworzyły oczy Tomaszowi. Tak, jak Morfeusz otworzył oczy Neo, tak Tomasz zrozumiał, że całe swoje życie był oszukiwany. Nasz bohater dokonał tego bez łykania tabletek, choć gdy ktoś oferował mu tabsy za darmo, to nigdy nie odmawiał. Był dobrze wychowany. Wiedział, że odmowa może urazić oferenta. Tomasz był dumnym patriotą, prawdziwym Polakiem - katolikiem. Zrozumiał, że to była tylko iluzja. Pieprzony matrix, w którym żył. Dopiero rozgrywka w Yakuzę pokazała mu kim jest naprawdę. Doszedł do wniosku, że nie jest typowym Polaczkiem. Jest typowym Japońcem! Yakuza otworzyła mu oczy. Zdał sobie sprawę, że całe życie żył w błędzie...

Gdy sięgnął głęboko w pamięć przypomniał sobie lata dzieciństwa i beztroskie bieganie po sadzie wiśniowym dziadka. Olśniło go... pochodził z kraju kwitnącej wiśni! To by tłumaczyło jego zamiłowanie do samurajów. Tomasz na mecz wyjazdowy swojej ulubionej drużyny nigdy nie ruszał się bez ukochanej katany. Pewnego razu ostrzygł się nawet na samuraja. Jednak pod naciskiem kumpli z osiedla szybko zgolił samurajski kok, gdyż posądzony został o uwielbienie wacków i odbytów. Tomasz wolał nie ryzykować ostrego wpierdolu za rzekome bycie pederastą.


Atrybutem każdego Yakuzy, jak wiadomo, jest piękny tatuaż na plecach. Tomasz też takowy posiadał. Tylko, że dzierżył go dumnie na lewym ramieniu. Jednak jego tatuażowi do piękna było daleko. W pizdu daleko. Daleko, jak z Sosnowca do Tokio i z powrotem razy pięć. Tatuaż przedstawiał bestię z morskich głębin i ciemnych otchłani, krwiożerczego potwora będącego postrachem żeglarskich braci mórz i oceanów - delfina, który przy pomocy nosa żonglował trzema pirackimi szpadami. Kumple z osiedlowej ławki śmiali się z Tomasza, że ma na ręce gupika. Tomasz nie przejmował się zaczepkami swoich kolegów, ale w myślach życzył im krwawego spotkania z taką bestią podczas wakacji nad Bałtykiem. Nie wiedział jednak, że delfiny w Morzu Bałtyckim nie pływają, a już na pewno nie potrafią obsługiwać się ostrymi jak brzytwa szpadami. Gdyby uważał na lekcjach biologii zapewne posiadłby tę wiedzę. On jednak skupiał się jedynie, gdy była mowa o rozmnażaniu człowieka. Zawiedziony był, że nauczycielka miała tak mało materiałów poglądowych, które w dodatku były marnej jakości. W internecie z ojcem oglądał lepsze.

Stary Tomasza łowił ryby jak pojebany, a matka jak pojebana je smażyła - zawsze za krótko, zawsze były spalone na zewnątrz, a surowe w środku. Tomaszowi zatem sushi nie było obce. Przez większą część życia wpieprzał surowe ryby jak typowy Japończyk i nic mu nie było. No może poza kilkoma zatruciami pokarmowymi i jednym bolesnym wydaleniem tasiemca. Był yakuzą, a nawet o tym nie wiedział. Nie wiem, czy Japończycy robią sushi z karpia, ale Tomasz takie jadł. Jego matka nawet nie wiedziała, że potrafi robić egzotyczne dania. Japońska kuchnia made in Poland. 

W życiu naszego bohatera miał miejsce pewien przykry incydent, gdy pozbawiono go wolności na czas 6 miesięcy. Fakt ten wyniknął z nadwagi Tomasza, która spowodowała u niego zanik umiejętności szybkiego biegania, co miało wpływ na to, że z ustawki z kibicami zwaśnionego z klubem Tomasza klubu jako jedyny dał się złapać. Ku uciesze Tomasza sędzia okazał się litościwym człowiekiem i orzekł najniższy możliwy wymiar kary. Pobyt w więzieniu pokazał, że dusza Tomasza jest bardziej japońska, niż polska, choć wtedy jeszcze nasz bohater o tym nie wiedział. Koledzy z celi nauczyli go bardzo przydatnej w sytuacji jakiej się znalazł umiejętności - pędzenia alkoholowych trunków ze wszystkiego, co akurat ma się pod ręką w celi. A, że Tomasz najczęściej pił mleko ryżowe, gdyż nie tolerował laktozy, to pędził z niego alko, uzyskując w efekcie polskie sake. Do wódki ryżowej było temu trunkowi daleko, ale ważne, że kopało. Jak widać przeznaczenie zostania yakuzą prześladowało Tomasza na każdym etapie jego życia. Od wielu lat los informował Tomasza, że prowadzi żywot niezgodny ze swoją naturą.


Nawet pałeczkami posługiwał się z wielką precyzją, choć zdecydowanie bardziej wolał, gdy jakaś niewiasta używała jego pałeczki. Pałką nie można było jej nazwać, gdyż była zbyt licha. Jedzenia przy pomocy "japońskich sztućców" nauczyła Tomasza jego była dziewczyna, która z powodu silnych skłonności do przerywania ciągłości swoich żył, miała absolutny zakaz dostępu do noża i widelca. Tomasz niebywale szybko nauczył się konsumować schabowego z ziemniakami i mizerią przy pomocy pałeczek. To była kolejna oznaka japońskiej natury. Uwięziona skośnooka duszyczka dawała o sobie znać w ciele polskiego patrioty i prawdziwego katolika, który do kościoła nigdy nie chodzi, ale o Bogu gada ciągle przy każdej okazji.

Tomaszowi, z racji piłkarskich zainteresowań, nie obce były wizyty w barach wszelakich. Robił to, aby móc oglądać mecze na kodowanym kanale, na którego subskrypcję nie było go stać. Etap bezrobotnego nie jest zbyt dochodowym stanowiskiem. Oprócz oglądania zmagań zawodników na piłkarskich arenach Tomasz, przy każdej wizycie w swoim ulubionym barze o wdzięcznej nazwie "Czarci Bękart", oddawał się rozrywkom, które nie były obce bohaterom serii gier Yakuza. Nasz bohater zwykł grać w bilard, rzutki, a czasami pykał trochę na automatach do gier.


Śpiewanie japońskich hiciorów w klubach karaoke to wręcz wizytówka gier Yakuza. Tomasz także wielbił drzeć ryja do mikrofonu, bo śpiewem tego nazwać nie można było. Żadne urodziny w domu nie mogły się odbyć bez solowych występów Tomasza. Karaoke miał we krwi. Śpiewając po raz setny zielone ślepia Zenka Martyniuka nie musiał się nawet wpatrywać w tekst wyświetlany na ekranie telewizora. Znał go na pamięć. Podobnie jak jego sąsiedzi. Nie mieli oni jednak nic do powiedzenia, gdyż wiedzieli, że dyskusja z pijanym Tomaszem może zakończyć się bliskim spotkaniem z jego ukochaną kataną.

Na graniu w czwartą część Yakuzy oczywiście nie poprzestał. Przy pomocy babcinej renty zakupił część trzecią, a dzięki pieniądzom zdobytym ze sprzedaży pustych butelek po piwie nabył Yakuza Dead Souls w miejscowym lombardzie od typa, z którego byłą żoną obecnie ochoczo chędoży. Piąta część wpadła w abonamencie plusa, którego regularnie opłacał z pieniędzy uczciwie zarobionych ciężką pracą podczas nocnych rozbojów na miejscowym deptaku. Tych jednak było coraz mniej, bo Tomasz z upływem czasu był coraz łagodniejszy. Może to zasługa niewiasty będącej u jego boku od pewnego czasu, albo wyrokowi 5 lat w zawieszeniu za wyłudzenia i rozboje. Nie mi to oceniać.


Najbardziej lubił przygody przedstawione w Yakuza 3. Akcja gry odbywała się głównie w sierocińcu. Lubił tę część, gdyż przypominała mu jego dzieciństwo w bidulu prowadzonym przez zakonników. Życie nie było oczywiście takie sielankowe, jak w grze, ale mimo tego wspomina je dobrze. Wystarczyło tylko przestrzegać kilku reguł, aby nie dostać pasem pokuty na tyłek. Za spełnianie próśb zakonników można było dostać słodycze. Do dziś Tomasz zastanawia się czemu kazano mu sprzątać korytarz w stroju Adama. Z chęcią zapytałby się któregoś zakonnika jaki miało to cel wychowawczy, ale niestety kuratorium dawno już zamknęło placówkę wychowawczą, a księża - zakonnicy przebywają aktualnie na misji w Afryce, gdzie niosą pomoc biednym dzieciom.

W piątej części Yakuzy Tomasz ubóstwiał polować na dzikie stwory. Przypominały mu się wtedy chwile spędzone na polowaniach z sąsiadem. Tak to bywa w życiu, że to, co piękne nie trwa wiecznie. To, co wujek Tomasza zwykł nazywać "polowaniem" kodeks karny zna pod pojęciem "kłusownictwo". Przez to małe nieporozumienie wujek naszego bohatera musiał zmienić miejsce zamieszkania na kilka miesięcy. Brakowało mu obcowania z wnykami w lesie, ale cieszył się, że odpocznie od swojej konkubiny, której sympatią nie darzył już od wielu lat. Była gruba, wredna, śmierdziała potem, ale robiła zajebiste gołąbki. Tylko dlatego tolerował jej obecność.


Tomasz darzył sporą dawką sympatii fragment Yakuza 5, gdzie trzeba się było wcielić w taksówkarza. Uwielbiał się ścigać autem na obwodnicy Tokio. W realu nie było mu dane legalnie jeździć autem, gdyż zdobycie uprawnień do prowadzenia samochodu przekraczało jego umiejętności manualne Nie raz i nie dwa prowadził pojazd bez prawka w drodze na niejedną ustawkę do czasu, gdy zaparkował swoje mocarne Tico prosto w tył BMW przywódcy jego bojówki. Od tego momentu miał zakaz prowadzenia w jego obecności pod rygorem ostrego wpierdolu.

Bejsbol spodobał się naszemu bohaterowi już w czwartej części Yakuzy, ale dopiero w części piątej zagrywał się w niego godzinami. Spędził mnóstwo czasu  na zabawie z kijem. Skutkowało to nabyciem nowych umiejętności bitewnych w realnym świecie, które kilkukrotnie wykorzystał na kibicowskich mitingach. Kij bejsbolowy to jednak nie katana, nie dawał tyle frajdy Tomaszowi, co samurajski miecz, choć miał w sobie wiele plusów.

Nieodzownym elementem życia Yakuzy jest flirt z hostessami w klubach. Tomasz uwielbiał podrywać kobiety, lecz nie można było powiedzieć, że kobiety to uwielbiały. Pewnego dnia, gdy już zebrał pokaźną sakwę gotówki, postanowił wybrać się na tańce go go. Nie został jednak wpuszczony do klubu z powodu wyglądu swojej facjaty. Aby ukoić skołatane nerwy i ulżyć swojej chuci udał się na miejsce postoju panien do towarzystwa. Wtedy zrozumiał, że z jego wyglądem jest jednak nie najlepiej, bo żadna z kobiet nie chciała nawet patrzeć na jego pieniądze. Wszystkie udawały, że czekają na autobus.   


Tomasz odszedł od konsoli z padem w dłoni, aby zasiąść na swojej kanapie, która lata świetności miała już dawno za sobą. Szło to wywnioskować po ilości łat zasłaniających dziury oraz po zapachu potu, który unosił się z mocno zużytego łóżka. Radość Tomasza nie trwała jednak długo. Konsola zaczęła wydawać dziwne dźwięki, by po chwili się wyłączyć. Jak się potem okazało wyłączyła się na wieki wieków amen, co można było zauważyć po małym, lecz dość okrutnie pachnącym dymku wydobywającym się spod obudowy konsoli. Wtedy doszło do Tomasza, że to nie był dobry pomysł, aby na ostatnich swoich urodzinach pić brudzia z konsolą. Zapewne uronił kilka kropel do wnętrza konsoli, gdyż po 5 piwach i kilku drinach był już w odmiennych stanach świadomości. Tomasz nic na to nie mógł poradzić, że jest kulturalnie wychowany i bez bruderszafta nie przechodzi na per "Ty", a z własną konsolą wypada być na "Ty", bo w końcu spędza się z nią wiele czasu sam na sam.

Myśl o życiu bez konsoli nie napawała Tomasza optymizmem mówiąc delikatnie. Tomasz określiłby ten stan znacznie bardziej dosadnie, gdyż nie przebierał w słowach, gdy był wkurzony. W rzeczywistości nasz bohater był tak psychicznie zmęczony myślą, że już nigdy nie zagra w swoją ukochaną Yakuzę, że postanowił rozwiązać swój problem po honorowemu, tak jak postąpiłby każdy szanujący się japoński yakuza - postanowił popełnić sepuku vel harakiri. Aby zdobyć obecną konsolę, która była już niestety świętej pamięci, musiał się sporo napracować, bo jak wiadomo, pieniądze na ziemi nie leżą, trzeba je wyrwać małolatom, a to w dzisiejszych ciężkich czasach jest coraz trudniejsze. Gaz pieprzowy jest coraz tańszy i mocniejszy, a człowiek coraz słabszy i starszy. W jego obecnym stanie nie może już zarabiać w ten sposób, a do normalnej pracy nie pójdzie, bo nie chce być pośmiewiskiem na osiedlu komunalnym. Nie chciałby też popsuć wieloletniej rodzinnej tradycji pracy na etacie bezrobotnego.

W miarę upływu czasu myśli o honorowym samobójstwie opuszczały głowę Tomasza. Zwyczajnie obleciał go strach Nie było z nim dobrze, ale nie było też z nim źle. Czuł się po japońsku, czyli jako tako. Postanowił jednak doprowadzić sprawę do końca. Udał się w kierunku wersalki, gdzie zwykł z wielkim szacunkiem trzymać swoją katanę. Po raz pierwszy raz w życiu ucieszył się, że jej tam nie znalazł. Biedak zapomniał, że ów katana stanowi dowód rzeczowy w sprawie pobicia kibica wrogiej drużyny. Chciał honorowo, jak na Japończyka przystało, zakończyć swój żywot. Opatrzność jednak nad nim czuwała. Po raz kolejny sprawdziło się przysłowie, że głupi ma szczęście.

 Tekst ma charakter żartobliwy i powstał w oczekiwaniu na szóstą część Yakuzy.









środa, 7 lutego 2018

Uznany za terrorystę

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że ze mnie spokojny facet. Muchy bym nie skrzywdził chyba, że by mnie mocno swoim brzęczeniem wkurzała. Ale i tak bym ją pewnie jedynie przegonił. Nawet po alkoholu nie zdarza mi się wyskakiwać z piąchami do przypadkowo napotkanych na mieście gentlemenelów, ani nawet z gołym pindolem na wierzchu nie zdarzało mi się publicznie paradować. Takie ekscesy nie są w moim stylu. W obliczu powzięcia tych wiadomości raczej ciężko Wam będzie uwierzyć, że pewnego dnia zostałem posądzony o próbę dokonania zamachu. Przez chwilę uznano mnie za terrorystę...


To nie był zwykły, wtorkowy poranek, gdyż tego dnia zamiast skierować swoje kroki do pracy miałem jechać w delegację do Poznania w celu odbycia szkolenia. Tematyka była fascynująca. Wprost nie mogłem się doczekać, jak przez bite 4 godziny będę wysłuchiwał o "praktycznych rozwiązaniach problemów powstałych w gminach po centralizacji VAT w obliczu wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości UE". Plus całej tej sytuacji był taki, że nie musiałem iść do pracy i mogłem dłużej spać prawie o godzinę, a, jak wiadomo, rano każda minuta jest na wagę złota. 

Ze spokojem zjadłem "pożywne" śniadanie złożone z dwóch rogali maślanych i kawy kopiko. Dzień wolny od pracy to prawie jak weekend. Można sobie pozwolić na lekko niezdrowe jedzenie. W myślach cały czas miałem przed oczyma genialne drożdżówki, które można nabyć obok siedziby ośrodka szkoleniowego dla urzędasów z Wielkopolski. Żadne szkolenie nie może się bez nich obyć. Z ich powodu nie objadłem się w domu, ani też nie zabrałem ze sobą drugiego śniadania.

Ubrałem się w pośpiechu ponieważ zbliżała się godzina odjazdu bany do Poznania. Dla niewtajemniczonych w gwarę wielkopolską dodam, że "bana" to "pociąg". Zarzuciłem torbę na ramię i wyszedłem z mieszkania. Już na klatce schodowej doznałem nagłego olśnienia: zapomniałem w dniu wczorajszym, który, jak to zawsze ma w zwyczaju poprzedzać dzień dzisiejszy, odebrać z sekretariatu druku delegacji na wyjazd służbowy. Przysłowie, które głosi, że kto nie ma w głowie, ten musi mieć w nogach po raz kolejny znalazło odzwierciedlenie w życiu. Musiałem przed wyjazdem udać się do urzędu, a podróż do stolicy Wielkopolski przełożyć na późniejszą godzinę. Na szczęście podróż następnym pociągiem również umożliwiała mi dotarcie na szkolenie na czas, ale istniało dość spore ryzyko, że nie zdążę kupić pysznych drożdżówek od poznańskiego piekarza.


Podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W ten wtorkowy poranek nie wypadało mi się z tym nie zgodzić. Będąc w drodze do urzędu przypomniało mi się, że mam nieodebraną paczkę z paczkomatu usytuowanego w pobliżu urzędu. Wpadłem jak strzała na pierwsze piętro mojego zakładu pracy. Szybkim, pewnym i wybitnie stanowczym ruchem otworzyłem drzwi sekretariatu, gdzie czekała na mnie delegacja. Sekretarka podała mi ją z uśmiechem i życzyła miłego dnia. Gdyby tylko wiedziała, że już niedługo zdarzy się coś niezwykłego pewnie życzyłaby mi wtedy spokojnego dnia.

Wpakowawszy delegację do teczki, którą to teczkę umieściłem w swojej znoszonej, urzędniczej torbie mającej już wiele  różnych przygód za sobą, pośpiesznym krokiem udałem się w kierunku paczkomatu po odbiór kolejnej gry na PS3: Little Big Planet 2. Kupiłem ją spontanicznie dla zabicia nudy dnia codziennego. Wydanie w ślicznym Steelbooku, gra plus wszystkie dodatki. To nic, że nie grałem w pierwszą część. Pomyślałem, że jestem zdolny i ogarnę fabułę z netu zanim zagram lub kupię pierwszą część w niedalekiej przyszłości.

Proces odbioru paczki poszedł mi nad wyraz sprawnie. Nie pobiłem swojego rekordu w odbiorze przesyłki z paczkomatu, ale byłem tego bliski. Gra była solidnie zapakowana w tekturowy kartonik, który był mocno oklejony dużą ilością szerokiej taśmy klejącej. Paczka wylądowała w mojej torbie, a ja udałem się na najbliższy przystanek darmowej komunikacji, aby pojechać autobusem na dworzec PKP. Darmowa komunikacja to duma naszego miasta, która znacznie poprawiła komfort życia mieszkańców naszej gminy, zwłaszcza tym mieszkającym na terenach wiejskich, którzy nie posiadają własnego środka transportu. Po krótkim okresie wyczekiwania nadjechał autobus, który w 10 minut zawiózł mnie na ulicę Dworcową.


PKP nie byłoby sobą, gdyby ich pociągi się nie spóźniały. Opóźnienie miało wynosić 15 min. Pomimo nieplanowanego wydłużenia czasu podróży nadal miałem całkiem realne szanse, aby zdążyć na szkolenie. Jednak o pysznych drożdżówkach mogłem już sobie tylko pomarzyć. "Będą mi musiały wystarczyć ciastka dostępne na szkoleniu" - pomyślałem z ulgą. Ciastka są zazwyczaj marnej jakości i dość podłe w smaku, ale nie od dziś wiadomo, że na bezrybiu i rak rybą.

Aby schronić się od wszechogarniającego zimna panującego na dworze postanowiłem wejść do poczekalni dworca. Wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Byłem zmuszony stanąć w kącie ponieważ tylko tam można było sobie "cupnąć" na szerokim parapecie, który stanowił namiastkę ławki poczekalnianej. Dla zabicia nudy związanej z oczekiwaniem na spóźniony pociąg postanowiłem rozpakować swoją nową grę. Wspominałem już, że była ona dość mocno oklejona taśmą klejącą. Nie wspominałem jednak, że trzy dni przed moim wyjazdem na szkolenie udaremniono we Francji zamach z użyciem małej bomby domowej roboty, którą sprawca chciał zdetonować na stacji kolejowej...

Postanowiłem bez zbędnych ceregieli, szybko i sprawnie rozpakować paczkę. Mocnym ruchem pociągnąłem brzeg taśmy. Dość spory fragment się odkleił, ale towarzyszył temu głośny odgłos, który rozniósł się po całej poczekalni. Nie zważając na hałas, jaki powoduję, zabrałem się za odrywanie kolejnych fragmentów taśmy, aby w końcu dostać się do wnętrza paczki. Pomyślałem, że lepiej narobić dużego hałasu przez krótki czas, niż hałasować długo, delikatnie i po trochu odrywając taśmę zabezpieczającą pakunek. Nagle jakaś siedząca naprzeciw mnie w oddali pani widząc moją nieudolną próbę szybkiego otwarcia paczki  zażartowała: "Panie! Bombę Pan robisz?" Odparłem jej, że tylko paczkę otwieram, a męczę się z nią, bo pakujący nie szczędził taśmy klejącej.


Uśmiechnąłem się do swojej rozmówczyni i zabrałem się za dalszą walkę z paczką. Nagle słyszę nad sobą doniosły głos ochroniarza dworca. Stanowczo kazał mi przestać majstrować przy paczce. Posłuchałem go, gdyż jego ton wskazywał, że mówi śmiertelnie poważnie. Nie zmieniając tonu spytał mnie, co tam mam w tej paczce? Kątem oka rzuciłem na prawą dłoń ochroniarza. Spoczywała na kaburze przy pasku, w której miał broń. Była to pewnie broń gazowa, bo takiej na ostrą amunicję z pewnością nie miał. Mimo tego i tak zacząłem mieć nasrane w gaciach. Na moje szczęście facet uwierzył moim wyjaśnieniom, że to tylko gra. Nie uwierzył mi na słowo. Musiałem na jego oczach otworzyć paczkę i pokazać jej zawartość. Na twarzy ochroniarza pojawił się uśmiech, gdy zobaczył okładkę z gry z wizerunkiem uroczej lalki szmacianki. Przeprosił mnie za całe zajście. Powiedział, że dbanie o bezpieczeństwo to jego praca. Nie miałem do niego żalu o to całe zajście. Dobrze wiedzieć, że w tych niebezpiecznych czasach ludzie podchodzą poważnie do swoich obowiązków. I to nie tylko w dużych miastach, ale również w takich małych, jak moja Środa Wielkopolska. 

Na szkolenie spóźniłem się ok. 10 minut. Pociąg dojechał do Poznania punktualnie biorąc pod uwagę planowane opóźnienie. Na mieście nie było korków. Komunikacja miejska kursowała zatem punktualnie, ale w piekarni po drożdżówki stałem w długiej kolejce...


poniedziałek, 29 stycznia 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #1

„Słowo się rzekło, kobyła u płotu” – głosi pewne polskie przysłowie. Amatorów bydła muszę rozczarować, bo żadnej kobyłki w tym miejscu nie uświadczycie. Będzie za to tekst o moim pierwszym starcie w 2018 roku.

Nie tak dawno, bo zaledwie w sylwestra, zakończyłem sezon biegowy 2017, aby już 5 stycznia 2018 zacząć nowy sezon: 2018. Mój wybór padł na nocny bieg w podpoznańskim Puszczykowie. W tym roku odbyła się tam druga edycja Zimowej Piątki Nocnego Puszczyka. Chciałem wziąć udział w tych zawodach już w poprzednim roku, jednakże z powodów losowych nie było mi to dane. W tym roku oprócz dystansu 5 km organizator postanowił przeprowadzić również bieg na najpopularniejszym wśród biegaczy dystansie 10 km. Strasznie się jarałem na ten bieg. Po pierwsze ponieważ nigdy jeszcze nie biegałem w nocnych zawodach, a po drugie był to bieg crossowy, który od poprzedniej jesieni darzę dużą sympatią, gdyż zapewnia o wiele więcej emocji niż bieganie po asfalcie. Człowiek musi uważać na naturalne przeszkody w postaci krzewów, drzew i wystających korzeni. Trasy biegów zazwyczaj są pełne trudnych podbiegów oraz stromych zbiegów. Jest dużo kurzu i błota. Jest o wiele trudniej stąd satysfakcja z ukończenia takiego biegu jest o wiele większa.


Zapisując się na Pierwszą Zimową Dziesiątkę Puszczyka nie wiedziałem, że aż tak wiele rzeczy na trasie biegu może pójść nie tak, jak się planowało. Nie zdawałem sobie sprawy, że bieganie po lesie nocą jest takie trudne. O wszystkich moich perypetiach opowie Wam ten tekst. Niech będzie on nie tylko przestrogą dla biegaczy, którzy mają zamiar bez przygotowania i lekkomyślnie biegać po ciemnym lesie, ale i źródłem rozrywki dla osób niebiegających.

Start zawodów zaplanowany był na godzinę 21.30, a więc około godziny 20.00 z kolegą Sylwestrem z urzędniczego klanu wyruszyliśmy do Puszczykowa, aby się nie spóźnić na bieg. Po 30 minutach byliśmy na miejscu. Bez żadnych kolejek odebraliśmy pakiet startowy. Był on dość ubogi, bo oprócz numeru startowego zawierał jedynie ulotki i baton energetyczny firmy Squeezy. Cena pakietu nie była wygórowana: 40 zł. Nie zapisałem się jednak w pierwszym terminie kiedy opłata była niższa. Organizacja biegu była bardzo sprawna. Zaplecze biegowe zadowalające. Było ognisko, przy którym można się było przebrać i ogrzać. Była czysta, choć mała toaleta. Ważne jednak, że była i było gdzie zrzucić zbędny balast przed biegiem.   


Jeden z moich ulubionych reżyserów Alfred Hitchcock  zwykł mawiać, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno tylko rosnąć. Stwierdzenie wielkiego mistrza idealnie pasuje do moich przeżyć na nocnym puszczykowskim biegu. Na liście startowej figurowało ponad 160 nazwisk, jednakże na dystansie 10 km postanowiło wystartować zaledwie 43 biegaczy. Ta nowina nie napawała mnie optymizmem, gdyż liczyłem, że pobiegnę w jakiejś większej grupie, dzięki czemu będzie bezpieczniej w ciemnym lesie. Punktualnie o godzinie 21.30 starter puścił bieg. Wszyscy wydarli ostro do przodu. Wszyscy oprócz mnie, Sylwestra, "Pana po 40" i jednej "delikatnie pulchnej Pani". Wtedy już wiedziałem, że mam przerąbane. Stawka zawodników była bardzo mocna. Dla mnie zdecydowanie za mocna. Postanowiłem trzymać się swojej grupy. Udało mi się dotrzymać swojego postanowienia do drugiej pętli. Na 6 kilometrze opuściły mnie siły. Zwolniłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to był błąd.


Podczas biegu każdy z jego uczestników obowiązkowo musiał mieć latarkę czołową, aby oświetlać sobie trasę. Moja latarka została zakupiona w Lidlu w promocji i, o ile w mieście sprawowała się całkiem znośnie, o tyle w ciemnym lesie nie oświetlała. Dawała tyle światła, ile daje mała zapałka zapalona w dupie Murzy... Afroamerykanina. W porównaniu do latarek innych biegaczy wypadałem bardzo blado. Można tę sytuację odnieść do zawodów w długości prącia zorganizowanych przez Murzyna i Azjatę. Podobnie jak Azjata odpadłem już w przedbiegach. Choć w rzeczywistości nie poddałbym się bez walki. Podniósłbym rękawice, albo raczej opuścił gacie do kostek, gdyż wiem, na co mnie stać.

Przed nami wciąż najlepsza część opowieści. Zaraz zdradzę Wam, jak zgubiłem się podczas biegu w lesie. Gdy zostałem już sam na trasie ponieważ wszyscy mnie wyprzedzili, oprócz "delikatnie pulchnej Pani", która była daleko za mną, wokół mnie zapanowała ciemność. Latarka, którą z dumą dzierżyłem na głowie dawała tyle światła, co lampka w telefonie, a latarki moich rywali miały chyba z "pińcet" lumenów, bo oświetlały las, jak długie światła be-em-ki osiedlowego sebixa. Różnice w jakości obydwu sprzętów było widać gołym okiem. W tym momencie przestałem się śmiać z ludzi, którzy wydają prawie dwie stówki na lampki do biegania. Zacząłem się zastanawiać, czemu byłem takim typowym Januszem i poskąpiłem na sprzęcie, który teraz znacznie ułatwiłby mi przeprawę przez las?


Pomyślałem, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba sobie jakoś dać radę. Trasa pełna była błota oraz kałuż, które na pierwszej pętli udało mi się ominąć dzięki pomocy latarek innych biegaczy. Na drugiej pętli, którą w dużej mierze całą biegłem sam, panowała wokół mnie prawie zupełna ciemność. W myślach przeklinałem swój los, a gdy z całym impetem wkraczałem w kałuże soczyście bluźniłem na głos. Trasa biegu oznaczona była co jakiś czas taśmą z elementami odblaskowymi. Taśmy zawieszone były na drzewach. Były dość słabo widoczne. Zresztą jak wszystko, gdy ma się taką hooyową latarkę, jaką miałem ja. Kwestią czasu było to, kiedy wybiorę zły szlak, bo nie dostrzegę maleńkiej taśmy. Źle skręciłem ok. 8 km.  Pobiegłem w kierunku światła, które ujrzałem w oddali zamiast skręcić w wąską i ciemną ścieżkę. Biegłem sobie w najlepsze, będąc zupełnie nieświadomy, że najzwyczajniej w świecie poyebałem kierunek biegu. Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy dobiegłem do przejścia podziemnego prowadzącego na dworzec PKP. Na pierwszej pętli nie było żadnych schodów. Było dla mnie jasne, że źle skręciłem. W tym momencie trochę się zesrałem, ale zobaczyłem w oddali światło latarki "delikatnie pulchnej Pani". Wiedziałem, że muszę się cofnąć. Doszło do mnie, że jestem ostatni. Duma trochę ucierpiała, ale najważniejsze było teraz, aby dotrzeć do mety. Wróciłem na prawidłowy szlak. Szybko przekalkulowałem, że nadrobiłem ok. 500 m trasy. Niezbyt wiele, ale sam stres związany ze zgubieniem właściwej drogi zrobił swoje. Mięśnie zesztywniały, głowa podpowiadała żeby ostrożne biec. Wiedziałem, że nie warto się przemęczać. Żadnego dobrego wyniku już nie nabiegam. Jako cel postawiłem sobie dotarcie do mety w jednym kawałku.


Gdybym wiedział, że takie przygody czekają mnie na drugiej pięciokilometrowej pętli, to wykorzystałbym stary i sprawdzony patent wymyślony bodajże przez Jasia i Małgosię lub jak wolą nasi zachodni sąsiedzi - Hanzel i Gretel, czyli znaczenie trasy okruszkami chleba. Jednak pech chciał, że nie miałem przy sobie chleba. Na biegaczy drożdżówki czekały dopiero na mecie. W takich momentach żałuję, że nie jestem posiadaczem wytresowanego szopa pracza. Z takim kompanem nie zgubiłbym się w lesie za żadne skarby. Nie musiałbym nigdy dźwigać ze sobą wody, czy innych suplementów biegacza. Mój wierny towarzysz zawsze miałby je w swoim małym plecaczku i na zawołanie podawałby mi je. Po biegu szop mógłby wyprać brudne rzeczy w jakimś akwenie wodnym. W końcu to szop pracz. Same plusy wynikają z faktu posiadania własnego szopa. Muszę o tym poważnie pomyśleć. Niedługo zbliżają się moje urodziny. Jakbyście nie wiedzieli co mi kupić, to kupcie mi szopa!


Chciałbym na chwilę przywołać sylwetkę "Pana po 40". Towarzyszył mi on do 6 km. Przez cały ten dystans biegł tuż za mną. Kiedy ja przyśpieszałem, to i on przyśpieszał. Nie byłem wstanie mu uciec. Najbardziej denerwujące było jego głośne dyszenie. Sapał jakby brał udział w castingu do najnowszej produkcji wytwórni Brazzers. Autentycznie czułem się jakbym grał w jakimś tanim pornosie. Poczułem namiastkę tego, jak czuła się Sasha Grey, gdy jeszcze nie przeszła na emeryturę i występowała w filmach. Długie minuty dyszenia i sapania za plecami. Nie dałem rady psychicznie i w końcu pozwoliłem się wyprzedzić. Podczas biegu rozważałem pewną nurtującą mnie kwestię związaną z emeryturą Sashy Grey. Gdy piłkarz kończy karierę, to mówi się, że zawiesza buty piłkarskie na kołku. Co w takim razie zawiesza na kołku emerytowana aktorka porno? Odpowiedzi na to pytanie do dzisiaj nie poznałem.


Kończąc moją przydługawą relację chciałbym polecić Wam Zimową Piątkę/Dziesiątkę Puszczyka. Bieg jest dobrze zorganizowany. Infrastruktura ok. Trasa niełatwa, ale też nie bardzo wymagająca. Jeśli macie dobrą latarkę czołową, to spokojnie możecie startować. Nawet jeśli zgubicie się na trasie to i tak jakoś w końcu dotrzecie do mety, co potwierdza mój przykład. 


niedziela, 28 stycznia 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #0


Cały poprzedni rok raczyłem Was opisami moich przygód podczas zdobywania Korony Półmaratonów Polskich. Cykl jeszcze się nie zakończył. Moje zmagania podsumuję jednym tekstem, po tym jak już ochłonę, gdyż na razie raduję się zbyt mocno dostarczoną przez listonosza wymarzoną koroną.


Nie samymi półmaratonami człowiek żyje. Połówki są fajne. Zarówno te do biegania, jak i te do picia (od połówki lepsze są „0,7”, a z kolei od nich wspanialszy jest calusieńki litr). Jednak podczas całego roku staram się startować w różnych biegach. Z reguły są to zawody na dystansie 10 km, bo takich jest najwięcej. Zdarzają się również inne, mniejsze dystanse. O wszystkich moich startach będę Wam opowiadał w swoim nowym cyklu zatytułowanym "Tomaszowa Kronika Biegowa" w skrócie "TKB". 

Wiele biegów ma fantastyczną organizację i atmosferę, a niektóre są kiepskie i niewarte naszego cennego czasu. Mam nadzieję, że moje relacje z biegów przydadzą się biegaczom w wyborze ciekawych startów, w których chcieliby wziąć udział. A dla osób niebiegających wpisy będą źródłem rozrywki, bo na każdych zawodach zdarzają się ciekawe historie, a ja postaram się je Wam przybliżyć.

Znacie mnie i mój styl, bo piszę już dla Was od ponad roku. Piszę o różnych rzeczach, głównie jednak o biegach, bo one są źródłem fascynujących opowieści. Wiecie, że o brak wyobraźni nie można mnie posądzić. Podobno jestem także zabawny, a w pewnych kręgach uchodzę za uroczą osobę. Biorąc pod uwagę te wszystkie powyższe argumenty, to na nudę podczas lektury moich sprawozdań z  kolejnych zawodów nie możecie liczyć. Jakkolwiek bym się starał i ile sił bym w to włożył, to zwyczajnie nie potrafię napisać nudnego tekstu. Zbyt fajny jestem żeby tego dokonać.

Zapraszam już jutro na relację z pierwszego startu w roku 2018. Niechaj "Tomaszowa Kronika Biegowa" zapełni się wpisami!

wtorek, 16 stycznia 2018

Pikachu! Wybieram Cię!


Pod względem biegowym pojechałem w ubiegłym roku po bandzie, a mówiąc bardziej dosadnie... poyebało mnie ostro! 

W 2017 roku zaliczyłem na treningach i zawodach 802 km. Wziąłem udział w 22 zorganizowanych biegach, w tym w 6 półmaratonach. Udało mi się zdobyć Koronę Półmaratonów Polskich, na której wysyłkę cały czas czekam niecierpliwie oraz Herb Półmaratonów Polskich. Tak piękny i nadzwyczaj udany rok, w którym kilkukrotnie poprawiałem swoje najlepsze wyniki na dystansie 10 km i 21 km 97 m, wymagał odpowiedniego zakończenia. A jak inaczej celebrować koniec sezonu biegowego niż biorąc udział w zawodach?


Pojechałem więc wraz z kolegą z pracy, z którym regularnie biegam na zawodach, do Trzebnicy pod Wrocławiem, aby godnie zakończyć sezon 2017 startem w zorganizowanym już po raz 33 biegu sylwestrowym. Kolega ma na imię Sylwester, więc była to dla niego okazja do pięknego świętowania swoich imienin. Oczywiście w sposób bezalkoholowy, bo to on kierował na trasie Środa Wielkopolska-Trzebnica. A dystans był dość spory, bo w obie strony wyszło nam ok. 250 km. Droga przebiegała nam w dobrym humorze.

Tradycją owego biegu jest to, że ludzie biorący w nim udział przebierają się w różne stroje i rywalizują o miano najlepiej przebranego biegacza. Postanowiłem nie być gorszy i także się przebrać. Mój wybór padł na… Pikachu. Lubię pokemony. Codziennie gram w Pokemon GO. Poza tym nie miałem czasu na uszycie własnego stroju. Musiałem wybrać coś gotowego. Po paru dłuższych chwilach wertowania ofert na pewnym portalu aukcyjnym w oko wpadła mi pidżama z froty, która po przywdzianiu zamieniała osobę przywdziewającą w uroczego pokemona Pikachu.


Obawiałem się trochę biec w tym stroju. Nie wiedziałem czy podołam przebiec 10 km będąc ubranym w coś innego niż mój zwyczajowy strój do biegania. Dałem jednak radę, ale nie było łatwo. Strój był bardzo ciepły i po paru minutach biegu byłem już cały zgrzany, mimo że pod strojem miałem krótkie spodenki i koszulkę. Aura mi też nie pomagała. Było ok. 5 stopni i padał delikatnie deszcz, który sprawiał, że mój strój z każdym kilometrem był coraz cięższy gdyż, jak wiadomo, frota wpija wodę. Trasa także nie należała do najłatwiejszych. Były na niej dwa długie i strome podbiegi. Górki przypominały bardziej miejsce zmagań narciarzy alpejskich niż biegaczy. Każdą trzeba było pokonać dwa razy, gdyż trasa liczyła sobie dwie pętle po 5 km. Na szczycie jednej z górek organizator usytuował karetkę z dwoma ratownikami medycznymi. Nie wiem, czy było to tak na wszelki wypadek, czy ustawienie karetki właśnie w tym, a nie w innym miejscu, było pokłosiem zeszłorocznych zdarzeń na trasie. Wolałem nie dociekać tej kwestii.


Widząc karetkę pogotowania naszły mnie niezbyt mądre dywagacje. Zacząłem rozmyślać nad tym, że Pikachu byłby cholernie dobrym ratownikiem medycznym. Mały, szybki i z charakterem. Ale jego największym atutem jest umiejętność rażenia prądem. Skubany nie musiałby brać ze sobą defibrylatora! Sam przeprowadziłby akcję reanimacyjną. Gorzej by było jeśli miałby pacjenta ułożyć w pozycji bocznej ustalonej lub położyć go na noszach. Gdyby jednak miał wsparcie w innym ratowniku, to odnalazłby się idealnie w tej profesji.  

O popularności uroczego, żółtego stworka z małym ogonkiem przekonałem się już podczas rozgrzewki przed biegiem. Dzieci kiwały mi i przesyłały uśmiechy, a niektóre z niedowierzaniem dopytywały swoich mam czy to, aby na pewno Pikachu jest po drugiej stronie ulicy? Zwyczajem biegów ulicznych jest, że biegacze, którzy nie walczą o dobry czas, a biegną jedynie dla zabawy, przybijają „piątki” zgromadzonym na trasie dzieciom. Są to tzw. energetyczne piątki, bo one autentycznie dodają biegaczom sił. Nic tak nie uskrzydla na trasie, jak uśmiech i radość dziecka, które jest dumne z faktu, że przybiło zawodnikowi „piątkę”. Wiem to z własnego doświadczenia. Podczas biegu sylwestrowego w Trzebnicy pobiłem swój rekord przybitych „piątek”. Nie jestem w stanie zliczyć ile ich było. Okrzyki dzieci na widok biegnącego Pikachu niewątpliwe dodawały mi siłę. Najbardziej w pamięci zapadła mi jedna sytuacja z trasy, która miała miejsce podczas ostatniego podbiegu pod największą górkę. Był to już 9 km i autentycznie byłem wyczerpany. Bardziej podchodziłem pod tę górkę niż podbiegałem. Nagle słyszę głos małej dziewczynki, która z troską zbliżoną do mojego anioła stróża krzyczy do mnie: „Trzymaj się Pikachu. Dasz radę.” Zrobiło mi się wtedy bardzo miło. Momentalnie dostałem zastrzyk energii i bez problemu pokonałem ciężki podbieg. 


Oczywiście na trasie nie brakowało śmieszków, który żartowali sobie, że nie zabrali ze sobą pokeballi, bo inaczej by mnie złapali. Ja ripostowałem im, że i tak nie daliby rady mnie złapać, bo po pierwsze jestem za szybki i najpierw muszą mnie dogonić, a po drugie jestem zbyt zwinny, żeby dać się złapać do jakiejś kulki. Z każdej dałbym radę nawiać. Jeden facet, który biegł z koleżanką zapytał się jej czy nie chce pociągnąć za ogonek Pikachu. Po chwili jednak doszło do niego jaką dwuznaczną propozycję złożył swojej znajomej. Pomyślałem, że może sobie ciągnąć tylni ogonek, ale przedni „ogon” zarezerwowany jest tylko dla jednej wybranej niewiasty. Stale w ukryciu, ale jak się wyłoni, to sieje spustoszenie.


Podczas biegu na trasie było mi dane poznać i zamienić kilka słów z innymi przebierańcami. Przez pewien czas biegłem razem z panią przebraną za Ciastka ze Shreka, która tym strojem wygrała w ubiegłym roku oraz z facetem przebranym za zawodnika sumo. Tworzyliśmy razem całkiem wesołą gromadkę. Inni biegacze wyprzedzali nas, aby zrobić nam zdjęcia lub robili sobie z nami selfie, które w pewnych kręgach zwie się „samojebkami”.


Było to fantastyczne przeżycie. Jedno jest pewne… w 2018 roku w jakichś zawodach pobiegnę jeszcze w przebraniu. Jednak tym razem się mocniej postaram i zorganizuję sobie bardziej wyszukany strój. Udział w zawodach i walka o poprawienie swoich najlepszych wyników dają dużą frajdę, ale nie ma to żadnego porównania z radością, jaką czerpie się z uśmiechów dzieci i ich rodziców, gdy biegnie się przebranym za postać z bajki.