środa, 29 maja 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #45_2019/13

Wydawałoby się, że dorosły człowiek ma już zdefiniowane swoje ulubione smaki. Życie potrafi jednak zaskoczyć. W wieku 33 lat poznałem swój nowy ukochany smak. Zakochałem się w smaku życiówek! W sumie to już dawno temu go polubiłem, ale uświadomiłem to sobie dopiero w Opalenicy na Biegu Maryi.


Opalenica to małe miasteczko pod Poznaniem, o którym stało się w Polsce i świecie głośno, gdy podczas finałów EURO 2012 gościło reprezentację Portugalii, która wybrała sobie to urokliwe miasteczko jako swoją bazę treningową. W okresie międzywojennym w Opalenicy produkowano pierwszy polski motocykl o symbolicznej nazwie „Lech”. Na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 roku został on wyróżniony srebrnym medalem. W związku z kryzysem światowym i brakiem środków produkcja została zaprzestana w 1932 roku. Co mi najbardziej rzuciło się w oczy, to duża liczba kościołów w tak małym miasteczku. Na jednej ulicy są aż dwa! Gdybym zajrzał w każdy zakamarek tego urokliwego miasteczka, odnalazłbym pewnie jeszcze nie jeden dom boży.


Na bieg na krótkim dystansie 5 km udałem się z moją Eleczką i jej synkiem. Bieg Maryi organizowany był przez Caritas Archidiecezji Poznańskiej. Kosztował 40 zł, z tym że połowa tej opłaty pokrywała koszty organizacji biegu, a drugie 20 zł było przeznaczone na edukację młodzieży z ubogich rodzin. Cel był zatem szczytny. Była to dla mnie dodatkowa motywacja, aby wystartować w tych zawodach. Opalenica nie leży daleko od mojego miasta rodzinnego. Półtorej godziny jazdy pociągiem i byliśmy na miejscu. Niektórzy w ten pierwszo - majowy poranek otwierali już kolejne piwa i zabierali się za rozpalanie grilla na działce. Ja postanowiłem pobiegać. Piwo i grill szybko się nudzi. Bieganie już nie tak łatwo.

Mój najwierniejszy kibic przygotował okolicznościowy transparent, aby wspierać mnie na zawodach. Hasło „Boski Kwiatkowski” idealnie pasowało do charakteru biegu. Odzwierciedlało również moją osobowość i urodę. Nie chcę się chwalić, ale zarówno jedno, jak i drugie mam boskie. Jestem też skromny. Ale tym już kiedyś pisałem. Nie będę się powtarzał, bo nie lubię pisać o rzeczach oczywistych i powszechnie znanych ludowi miast i wsi polskich oraz rdzennym mieszkańcom Europy. Dalej to chyba o mnie jeszcze nie słyszeli…jeszcze. Z wyraźnym akcentem na jeszcze. Bardzo wyraźnym.


Ustawiłem się prawie na początku stawki i oczekiwałem godziny 13.00. Założenie miałem jedno – biec tak szybko, jak się tylko da, żeby nabiegać dobry wynik. Gdyby tak się stało, że siły by mnie opuściły na trasie, to chciałem zwolnić i jedynie ukończyć ten bieg. Rzeczywistość okazała się lepsza od moich planów. Chciałem poprawić życiówkę na „piątkę”, która od zeszłego roku wynosi 25m33s. Nie marzyłem jednak o złamaniu granicy 25 minut! Udało mi się to, a jak do tego napiszę zaraz. Najpierw poinformuje Was, iż mój nowy rekord życiowy wynosi 24m53s!

Pierwszy kilometr był prawie cały czas z górki. Skutkowało to szybkim biegiem. Jak na mnie nawet bardzo szybkim. Nie widziałem, czy nie zostanę ukarany na dalszych kilometrach nagłym odcięciem tlenu za zbyt szybki start. Postanowiłem, że zaryzykuję. Opłaciło się. Pierwszy kilometr pokonałem w cudownym czasie 4m47s. Drugi kilometr był już płaski. Znajdował się na nim jeden mały podbieg. Nogi niosły mnie szybko, ale nie tak szybko, jak na poprzednim kilometrze. Było to oczywiście efektem zmiany ukształtowania terenu, które było już dla mnie mniej sprzyjające. Czas ukończenia drugiego kilometra wyniósł trochę ponad 5 minut. Na drugim kilometrze miało miejsce kluczowe zdarzenie, które znacząco przyczyniło się do ustanowienia mojego nowego rekordu. Pod koniec drugiego kilometra spotkałem Piotrka…


Piotrek jest to biegacz z miejscowego klubu, którego wygląd fizyczny nie wskazuje w ogóle, że może tak szybko biegać. Jest starszy ode mnie i ma znacznie większy brzuch od mojego. Taki typowy piwny. Nie przeszkadza mu to jednak przebierać szybko nogami niczym Struś Pędziwiatr. Od końca drugiego kilometra siedział mi cały czas na ogonie. Na widok, że dogania mnie osoba, która na pierwszy rzut oka jest ode mnie słabsza, przyśpieszyłem znacznie. Czułem, że moja duma ucierpiałaby, gdybym z nią przegrał. Jakie było moje zdziwienie, gdy Piotrek też przyśpieszył. Nie mogłem w to uwierzyć. Skubany cały czas trzymał się za mną. Był cały czerwony i ziajał jak pojebany, ale nie odpuszczał. Biegł cały czas za mną. Pomagał mu doping zgromadzonych na trasie ludzi, którzy żywiołowo motywowali go do szybkiego biegu. 

Trzeci i czwarty kilometr to w moim wykonaniu rozpaczliwa próba zgubienia Piotrka. Facet pomimo wieku i swojej tuszy był szybki. Pędził jak pociąg towarowy na stację. Trasa zaoferowała nam kilka podbiegów, które zarówno mnie, jak i Piotrka nie zwolniły. Wydawało mi się, że nie mogę biec już szybciej, ale gdy tylko Piotrek zbliżał się do mnie, to podkręcałem tempo. Jeszcze nie wiedziałem o tym, że niedługo przyjdzie mi za to zapłacić. 



Na piątym kilometrze Piotrek wrzucił szósty bieg. Nie tylko dogonił mnie, ale i odstawił o jakieś 20 metrów. Przez chwilę pomyślałem, że to koniec. Muszę się poddać i uznać jego wyższość. Po krótkiej chwili dostrzegłem jednak, że Piotrek nie ucieka mi. Jest nadal 20 metrów przede mną. Pomyślałem sobie, że mam jeszcze okazję do prześcignięcia Piotrka. Przyśpieszyłem i już po paru sekundach zrównałem się z moim rywalem z Opalenicy. Biegliśmy razem przez kilkanaście metrów. Nie widziałem w jego zachowaniu, aby chciał uciekać przede mną. Spojrzałem w jego stronę wymownym wzrokiem i pod nosem powiedziałem sam do siebie: „Nie dzisiaj!” i wydarłem z całych sił przed siebie. Do mety miałem jakieś 300 metrów. Widziałem kątem oka, że Piotrek też przyśpieszył, ale nie był w stanie mnie już dogonić. 

Na metę wpadłem kilka sekund przed moim rywalem. Gdy spojrzałem na zegarek, nie dowierzałem jaki czas udało mi się nabiegać. Byłem totalnie wyczerpany, ale i ogromnie dumny ze swojego osiągnięcia. Podziękowałem Piotrkowi za fantastyczną walkę i za pomoc w zrobieniu nowego życiowego rekordu. Z punktu odżywczego zabrałem wodę, drożdżówkę i udałem się do swojej Elżbiety i jej dziecięcia.



Po biegu zamierzaliśmy się udać na wspólny obiad. Nie sądziłem, że złamanie granicy 25 minut na kilometr będzie łatwiejszym zadaniem niż znalezienie 1 maja otwartej restauracji w Opalenicy. Wiem, że to święto było. Zdaję sobie sprawę, że to małe miasteczko, ale żeby restauracje i nawet bary z kebabem zamykać! To nie mieści mi się w głowie. Po godzinie poszukiwań i dzięki uprzejmości jednej właścicielki zamkniętej restauracji, która pokierowała nas do swojej konkurencji, udało nam się zjeść pyszny obiad. Najlepszym komentarzem do całej tej sytuacji z szukaniem otwartej restauracji był tekst synka Eli - Daniela, który powiedział mamie, że to wydarzenie skojarzyło się mu się z biblijnym tekstem, że „nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Genialny komentarz. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że był to Bieg Maryi organizowany przez Caritas.

   

wtorek, 28 maja 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #44_2019/12

Dzisiaj mam dla Was niespodziankę. Relację z biegu napisała dla Was moja Elżbieta! Zrobiła to z przyjemnością z własnej i nieprzymuszonej woli. Oddajmy zatem głos Elce.

Dziś o trochę innym biegu, z trochę innej perspektywy. Dziś trochę inaczej napisze dla Was Elżbieta. A więc od początku…
Pierwszego maja miał się odbyć w Opalenicy drugi Bieg Maryi. Jest to bieg charytatywny, gdzie część opłaty za pakiet startowy przeznaczona jest na Caritas, a że szeroko pojęte tematy religijne nie są mu obce, Tomasz nie mógł odmówić sobie wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu. 
Osoby samej Maryi - zwanej również Matką Boską, Bożą Rodzicielką, czy Królową Nieba i Ziemi – nikomu przedstawiać nie trzeba, więc to sobie podaruję. O organizacji Caritas, Drodzy Czytelnicy, zapewne też coś wiecie. Dlatego krótko wyjaśnię tylko, że bieg, o którym mowa miał odbyć się w maju, a miesiąc ten, podobnie jak październik, w Kościele katolickim, jest miesiącem poświęconym właśnie Maryi.
Kiedy mój rozbiegany Tomasz poinformował mnie o tym, że zamierza wystartować, jako była wieloletnia chórzystka uznałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Co jak co, ale „łąki umajone” zaintonować potrafię jak mało kto :-)
A biorąc pod uwagę że pierwszy dzień maja, to również pierwszy dzień ogólnopolskiej wielkiej majówki, postanowiłam, zabrać też moje jedyne i niepowtarzalne oczko w głowie, mam na myśli mojego syna – Daniela. Więc we troje urządziliśmy sobie fajną wycieczkę fajnym pociągiem do fajnej Opalenicy. A że rzadko w życiu jest tak fajnie jak byśmy chcieli, muszę przyznać, że Opalenica nie zachwyca… Dworzec – Boże, miej w opiece tych, którzy muszą tamtędy chadzać wieczorami! Na szczęście im dalej, tym lepiej. Ładniej, spokojniej, ciszej, coraz mniej psich kup… Ten spokój i cisza da się naszej trójce jeszcze we znaki, ale o tym później. 
Wielkim uśmiechem przywitał Tomasz fakt chyba jedynej tego dnia otwartej apteki. Pytacie pewnie po co nam apteka? Już śpieszę z wyjaśnieniem. Tomasz, od rana narzekał, że źle spał i cierpi katusze z powoli obolałej szyi. Zakup odpowiednich specyfików do łykania i smarowania przyniósł mu długo oczekiwaną ulgę. 
Następnie udaliśmy się wspólnie po odbiór „tomaszowego” pakietu startowego. Chyba był skromny, bo kompletnie nie pamiętam czy było w nim coś innego, poza numerem i agrafkami. A wierzcie mi na słowo, że gdyby były w nim jakieś batoniki, to nie umknęło by to mojej uwadze. 
Na ślicznym, kwietnym ryneczku znaleźliśmy sobie wolną ławkę, w pobliżu której Tomasz postanowił, że się przygotuje do biegu – porusza się, porozciąga, zmieni koszulkę, przymocuje numer startowy i takie tam… A mój Tomasz na oczach zgromadzonych wokół pożądliwych harpii opuszcza spodnie w dół! I ku mojemu przerażeniu oczom wszystkich ukazuje się tyłek Tomasza w czerwonych gaciach!!! Na szczęście nie musiałam zbierać roztrzaskanej o płytę chodnikową szczęki, bo Tomuś pośpiesznie wyjaśnił mi, że w biegowym środowisku publiczne obnażanie się to dziwaczna, ale jednak, norma. Uff… 
Zapytacie co w tym czasie robił mój jedenastoletni pierworodny? Daniel grzecznie siedział ze słuchawkami w uszach i słuchał kawałków młodego rapera - Otsochodzi (też nie wiedziałam o co chodzi, ale po wysłuchaniu paru kawałków stwierdzam, że to nieszkodliwy nałóg). 
Zbliżała się godzina 13:00, a więc pora startu. Duuuuży buziak od mojego chłopaka (lubię tak o nim mówić – raz, że czuję się młodo, a dwa, że „konkubent” na ogół negatywnie się kojarzy) i poszedł!!! Poszedł, ale rozgrzewkę poprowadzić musiał sobie sam, bo nikogo odpowiedzialnego za to nie było. Miejscowy wikary próbował zachęcić kogoś z biegających do wyjścia przed szereg i zajęcie się rozgrzewką, ale chętnych nie było. Widocznie on i jego mikrofon to był słaby argument. Dwuznaczność ostatniego zdania nie jest zamierzona, ale musicie przyznać, Drodzy Czytelnicy, że Tomasz - bloger byłby ze mnie dumny :-) 
Przygotowałam sobie w domu okolicznościową tabliczkę z napisem „Boski Kwiatkowski” i z moim parciem na szkło, próbowałam się dostać przed innych kibiców, aby wymierzył we mnie swój obiektyw któryś z obecnych paparazzi. Ale widocznie farbowana blondyna z dużym cycem jest poza kręgiem ich zainteresowań. A może po prostu powyższa postać wraz ze swymi widocznymi walorami nie pasuje na okładkę „Przewodnika Katolickiego”, czy „Gościa Niedzielnego”. Dlatego wróciłam potulnie na ławeczkę do Daniela. Otworzyłam tabliczkę białej czekolady, wzięłam od Daniela jedną słuchawkę, wsadziłam w ucho i tak spędziliśmy oboje czas, potrząsając rytmicznie głowami. 
W którymś momencie stwierdziłam, że warto by było skorzystać z tego, że nie ma kolejki i udać się do toalety. Wy też macie w ToiToi-ach głupie myśli typu „A co, jeśli zarwie się teraz podłoga?”. Ja mam zawsze…Ale wróciłam! I niedługo po mnie wrócił mój bohater! Zlany potem, ale szczęśliwy. Z maleńkim medalem i okruszkami drożdżówki na brodzie. Szczęśliwy, bo na 5 km zrobił życiówkę. Brawo, kochanie! 
Tomuś ma jedną bardzo istotną zaletę – tak szybko jak się rozbiera, tak szybko potrafi się ubrać. Więc ogarnął się mój książę szybciutko i poszliśmy we trójkę w miasto. Po ciekawe zdjęcia i na smaczny obiad. 
Co do zdjęć – nie było problemu – świetne motocykle i kwitnące w otwartych parasolkach bratki to niepowtarzalna ozdoba Opalenicy. Z obiadem było, niestety, gorzej. O ile rozumiem ideę wolnej niedzieli, o tyle zamknięcie dosłownie wszystkiego w mieście (prócz lodziarni i wspomnianej wcześniej apteki) wydaje mi się totalnie poronionym pomysłem! 
Chodziliśmy i pytaliśmy, szukaliśmy i znów pytaliśmy miejscowych gdzie można coś zjeść. Nikt nic nie wiedział, albo wiedział, że chyba powinno... Daniel to nasze błądzenie od drzwi do drzwi porównał do błąkającej się Świętej Rodziny, która szukała jakiegoś kąta, „gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Ma młody łeb po mamusi – nie ma co! 
W końcu jedna uprzejma pani wysłała nas do restauracji „Fragola”. I to było cudne miejsce! Kelner niesamowicie znający się na swojej robocie – strasznie miły, potrafił świetnie doradzić co do posiłków i drinków, nie tylko nam. Oj, miałby chłopak robotę u Gesslerowej. A ich hamburgery smakowały jak milion dolarów! Były przepyszne!
Po posiłku i popitku (do pitku zimne piwko było, młody z racji wieku dostał colę) udaliśmy się na dworzec , bo już trzeba było do domu wracać. Dobrze, że Tomasz pomyślał, żeby zostawić sobie więcej czasu na zwiedzanie, bo ten czas spożytkowaliśmy wcześniej na szukanie miejsca, gdzie możemy zjeść. Wcześniej wspominałam o ciszy i spokoju w Opalenicy. Właśnie podczas poszukiwań jadłodajni ta cisza i spokój odbiły nam się czkawką. 
Droga do Poznania i z Poznania do Środy przebiegła w miłej atmosferze. Mam nadzieję, że Tomasz nas jeszcze kiedyś na wycieczkę zabierze :-) Tomuś za przyczynę sukcesu, znaczy swojej nowej życiówki, uznał palec boży patronki biegu, a ja myślę, że to jego ambicja, żeby wyprzedzić miejscowego grubasa, którego imię – Piotrek – skandowali kibice na trasie… Tak, czy inaczej, słonko, dla mnie i tak zawsze jesteś najlepszy!
Jeśli chodzi o blog „Kreślę słowa” to będą tu tylko dwa moje wpisy – pierwszy i ostatni, czyli właściwie ten jeden, ale za to długi. Spokojnie, skarbie, to były tylko gościnne występy, bo wolę stać w cieniu prawdziwej gwiazdy :-) Dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy, że wytrwaliście do końca…
Nie myślcie sobie, że jestem leniwy i nie chciało mi się napisać relacji z zawodów w Opalenicy. Moja relacja pojawi się w dniu jutrzejszym. Będziecie mieli świetną okazję, aby ocenić kto wypadł lepiej - ja, czy moja Elcia.

środa, 22 maja 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #43_2019/11

Gdy tylko mamy ochotę, możemy wyjść z domu i pobiegać. Wystarczy włożyć na siebie buty i jakieś spodenki, aby pindolek nam nie dyndał i już możemy się cieszyć upływającymi w radosnej ekstazie biegowej kilometrami. Można też wsiąść w pociąg i pojechać ponad 400 km, aby pobiegać sobie po starym mieście w Krakowie. Zgadnijcie, jaką ja opcję wybrałem w ostatnią sobotę kwietnia?


Bieg nocny na dystansie 10 km towarzyszył Krakowskiemu Maratonowi, na który postawili się wybrać moi wierni towarzysze biegowych eskapad – Sylwester i Aneta. Na maraton moje ciało, dusza i psychika nie są jeszcze gotowe, ale na dyszkę jak najbardziej. W troje zapakowaliśmy się do pociągu, który miał nas zawieść bezpośrednio do drugiej stolicy naszej Polszy. I pewnie Was nie zaskoczę, bo to mu się udało i to nawet zgodnie z rozkładem. Podróż trwająca blisko 6 godzin minęła mi, jak z piczy strzelił. Nawet się nie zorientowałem, gdy byliśmy na miejscu. Wszystko to zasługa Netflixa, który umilił mi podróż swoimi produkcjami. Pierwotnie przed wyjazdem zakładałem, że w czasie podróży dokończę swój kolejny tekst na bloga. Serce kinomana zdominowało jednak duszę blogera. Produkcja oryginalna Netflixa „Fotograf z Mauthasuen” oraz kultowy „John Wick”, którego przyznam się, widziałem dopiero po raz pierwszy, zapewniły mi ciekawą i pełną różnego rodzaju emocji podróż.


Po zakwaterowaniu się w wynajętym na czas wjazdu lokalu udaliśmy się na stadion Białej Gwiazdy, czyli Wisły Kraków, aby odebrać nasze pakiety startowe. Mój pakiecik był delikatnie uboższy od tego maratończyków. Zawierał koszulkę techniczną 4F z logo biegu oraz opaskę lampkę do przymocowania do ciała, aby być widocznym po ciemku. Wszystko to spakowane było w mały worek, który można nosić na plecach jak plecak. Maratończycy mieli w pakiecie jeszcze kilka słodkości. Mieli także kupon upoważniający na pobranie porcji makaronu, aby naładować się węglowodanami przed ciężkim dystansem 42 km. Mimo iż nie posiadałem owego kuponu, to również uraczyłem się smakiem wegańskiego spaghetti. Jedni powiedzą, że wyłudziłem żarcie jak typowy Janusz z internetowych memów. Ja tą sytuację widzę jednak zgoła inaczej. Mój urok osobisty tak oczarował panią wydającą ów makaron, że zapomniała poprosić mnie o mój kupon. I tej wersji będę się trzymał i zdania nie zmienię. Chyba, że na torturach, bo na ból mam małą odporność.


Zanim wróciliśmy do naszych pokoi zaproponowałem, abyśmy wykręcili na chwilę na Rynek Krakowski, aby zerknąć, jak wygląda strefa startowa. Bieg nocny rozpoczynał i kończył się w tym samym miejscu, w którym w dniu następnym maratończycy mieli startować i finiszować. I w tym miejscu dochodzimy do momentu, w którym padły słowa, które zapewne przejdą do historii wyjazdów Świętej Trójcy – „Ale z jakiej racji?” Słowa te wypowiedziała Aneta, gdy dowiedziała się, że będę startował i finiszował w tym samym miejscu, gdzie ona, mimo że biegnę zaledwie dystans 10 km, a nie maraton. Wypowiedziała je nie z pogardą, ani ze złością, tylko z nutką humoru. Były to słowa zaczepne, które miały zmobilizować mnie do ukończenia pierwszego maratonu. Spodobał mi się ten tekst. Zacząłem go używać często w różnych sytuacjach podczas całego wyjazdu, gdy chciałem podkreślić element humorystyczny mojej wypowiedzi. Podobnie zresztą jak moi towarzysze wycieczki. Myślę, że ten tekst na długo zagości w naszym „słowniku biegowym”.


Start biegu nocnego miał miejsce o 21.30. Został on poprzedzony cudownym pokazem laserowym przez który o mały włos nie doszło u mnie do tragedii. Zamiast ustawić się wcześniej w strefie startowej, raczyłem swoje gałki oczne widokiem kolorowych laserów, a bębenki uszne dźwiękami muzyki. Gdy chciałem dostać się na start, okazało się, że wszystkie wejścia są już zamknięte. Bez wahania zatem zdecydowałem się przeskoczyć przez metalową barierkę dzielącą mnie od miejsca startu. Pech chciał, że podczas przechodzenia przez nią poślizgnęła mi się noga i zaliczyłem upadek moimi klejnotami królewskimi wprost na barierkę. Po chwili opanowałem sytuację i stałem już wśród innych zawodników na linii mety. Jajka bolały jedynie delikatnie. Bardziej ucierpiała moja duma, gdyż moje niezgrabne, wręcz fajtłapie zmagania z metalową barierką ochronną widziało „zaledwie” kilkaset osób biorących udział w zawodach.


Bieg rozpoczął się punktualnie. Jednak dwa pierwsze kilometry miały mało co wspólnego z biegiem. Było strasznie ciasno. Nie dało się biec w równym tempie. Co jakiś czas trzeba było się zatrzymywać, bo na trasie tworzył się korek. Ludzie wpadali na siebie i obijali się nawzajem. Pewnie nie jedna persona zaliczyła upadek. Na moje szczęście Bozia obdarzyła mnie masywną sylwetką. Nie tak łatwo mnie przewrócić. Wzbudzałem chyba wśród uczestników delikatny respekt, bo nikt na mnie nie wpadł. Dodatkowo było strasznie ciemno. Gdybym wiedział, że tak będzie, wziąłbym ze sobą lampkę na czoło. Organizator zawalił start na całej linii. Procedura startu powinna odbywać się falami, a nie na hurra wszyscy na raz. Dopiero na 3 kilometrze trasa zrobiła się na chwilę szerszą, dzięki czemu mogłem biec w swoim tempie. Co jednak straciłem na pierwszych dwóch kilometrach, to straciłem. Nie było to już możliwe do odrobienia.


W połowie 4 kilometra trasa znów się zwęziła, gdy biegliśmy wzdłuż Wisły. Na szczęście tłum biegaczy zdążył się już rozciągnąć na tyle, że dało się biec swobodnie. Szybki bieg utrudniały małe góreczki i podbiegi, ale na to nie mogłem narzekać. Biegłem tak szybko, jak się dało. Nie mogłem jednak wejść na swojej wysokie obroty. Podczas biegu zacząłem odczuwać trudy sześciogodzinnej podróży oraz blisko 12 - kilometrowego spaceru po mieście. Gdy tylko jednak wbiegliśmy na Planty, ukształtowanie terenu zrobiło się bardzo sprzyjające bieganiu. Było płasko, tylko jeden podbieg i dwa bardzo długie odcinki z górki. Pędziłem na nich na jak złamanie karki. Nagle nogi przestały mnie boleć i poczułem niesamowitą frajdę z szybkiego biegania. Smok Wawelski jak powszechnie wiadomo, zionie ogniem. Ja na ostatnich dwóch kilometrach zionąłem ogniem z dupy. Tak ostro napieprzałem. Leciałem niczym rakieta, a wszystko to, aby urwać, choć parę sekund od kiepskiego wyniku, który dzięki dwóm słabym pierwszym kilometrom, już niebawem na Rynku Głównym w Krakowie, miał stać się faktem.


Na 9 kilometrze przecinałem ulicę Franciszkańską. Kątem oka dostrzegłem słynne okno papieskie, z którego zwykł Papież Jan Paweł II przemawiać do zgromadzonych na ulicy wiernych. Było w nim ciemno. Widocznie nikogo nie było. Przeszło mi przez myśl, aby zapytać się gospodarzowi owego pomieszczenia, czy nie jest akurat wolne na wynajem. Pewnie tanio by nie było, ale byłaby to niezła okazja do zaprezentowania swoich tekstów szerszemu gronu odbiorców. Ludzie z ciekawości zatrzymywaliby się przed oknem papieskim, gdyby dostrzegli, że jakiś koleś ubrany cały na biało siedziałby w nim i czytał coś z kartki przez mikrofon. Pomyślę o tym przy okazji następnej wizyty w Krakowie. Muszę pamiętać, żeby mnie w październiku na „połówkę” do Krakowa nie wywiało, bo znów nie będzie mnie na urodzinach mojej Elżuni. Kobita jest tolerancyjna, ale w końcu nie wytrzyma i przez łeb szmatą dostanę :-)


Na metę dokulałem się z czasem 56 minut 34 sekund. Była to moja najwolniejsza „dyszka” na zawodach w tym roku. Biorąc pod uwagę niesprzyjające warunki na początku biegu i przemęczenie wynikające z podróży, to był to dobry czas. Kiedyś taki wynik brałbym w ciemno. Najlepsze było to, że na mecie miałem niedosyt, że to już koniec biegu. Dopiero przy końcówce załapałem chęć do biegania. Gdybym mógł, to z chęcią machnąłbym tego wieczoru jeszcze jedną „dyszkę.”



Na koniec wypada wspomnieć, jaki ze mnie prawy, sprawiedliwy i uwielbiony przez Boga biegacz. Prognozy atmosferyczne pokazały na czas biegu prawdopodobieństwo opadów na poziomie 100%! Jednak podczas zawodów cieszyłem się piękną pogodą pozbawioną opadów. Diametralnie inne warunki mieli Sylwester i Aneta, którzy podczas swojego drugiego maratońskiego biegu cały czas męczyli się z obfitym deszczem i silnym wiatrem. Nie przeszkodziło im to jednak ukończyć ten morderczy dystans w czasie 3 godzin i 43 minut z sekundami. Ileż to oni muszą grzeszyć, że niebiosa zsyłają na nich takie ulewy. Opamiętajcie się! Bierzcie ze mnie przykład :-)


wtorek, 21 maja 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #42_2019/10

Ludzie głęboko wierzący, gdy nagle spełnia się ich marzenie, źródła swojego sukcesu upatrują w działaniu sił boskich. Ateiści natomiast dziękują losowi, iż był łaskawy i spełnił ich pragnienia. Ja nie będę dziękował nikomu za nowy rekord życiowy w półmaratonie, bo wywalczyłem go. Żadna istota nadprzyrodzona nie pobiegła za mnie ani żaden los nie ciągnął mnie za rękę do mety. Wybiegałem do sam! Bez żadnej pomocy!


Na 12.Poznań Półmaraton wyruszyłem z biegowymi przyjaciółmi z sekcji biegowej Polonii Środa o godzinie 7.30 rano. Aby, się nie spóźnić musiałem wcześnie rano zerwać się z łóżka. Żadna to dla mnie nowość. Przywykłem do wczesnego wstawiania w weekendy, aby pobiec w jakiś zawodach. Na tyle przyzwyczaiłem się do trybu życia rannego ptaszka, że nawet w weekendy, gdy nie biegam, staram się wcześnie zerwać na nogi, aby maksymalnie wykorzystać wolny dzień. Pewnie świetnie zdajecie sobie sprawę, że seriale i gry zajmują dużo czasu, dlatego staram się go wygospodarować, tyle ile się da. Robię to oczywiście w granicach rozsądku. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Parę dni przed poznańskim półmaratonem odczuwałem olbrzymi stres związany z zawodami. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie denerwowałem się tak przed biegiem. A było to spowodowane tym, że czułem się mocno i wiedziałem, że muszę powalczyć o nowy rekord. Ostatnie biegi pokazały, że nogi mają większą moc niż jeszcze rok temu. Trasa biegu w Poznaniu sprzyja szybkiemu bieganiu. Byłbym zły na siebie niemiłosiernie, gdybym nie urwał, choć kilku sekund z ubiegłorocznej życiówki ze Zbąszynia. Stres potęgował też fakt, że moimi rodzice biegowi nie jechali ze mną do Poznania. Nie mogłem zatem w chwili stresu złapać się maminej spódnicy albo ukryć za plecami tatulka. Dobrze, że wuja Marcin ze Słupi się mną dobrze zaopiekował, bo inaczej zmuszony byłbym napisać na moich rodziców donos do OPS. A wtedy musieliby się pożegnać z lipcowym 500 plus na pierwsze dziecko.


Od początku założyłem sobie, że pobiegnę w tempie 5m27s na km, aby bieg ukończyć w czasie 1h55m. Pacemakerem na ten właśnie czas był poznański raper i utalentowany biegacz – Mezo. Za dzieciaka słuchałem sporo jego utworów. Na samą myśl, że będę mógł z nim biec, miałem kisiel w majtkach. Nie jest ona jakimś moim idolem, ale to w końcu gwiazda na firmamencie polskiego showbiznesu. Nie sądziłem, że uda mi się z nim zamienić kilka słów, ale udało się jednak. Przed startem Jacek „Mezo” Mejer rozmawiał z innymi biegaczami oraz chętnie się fotografował. W ogóle nie gwiazdorzył. Zachowywał się jak normalny facet, a nie medialna osoba. Przybiliśmy sobie z Jackiem piątki i życzyliśmy dobrego biegu. Żałowałem, że nie miałem telefonu, aby zrobić sobie z nim zdjęcie. Gdyby był koło mnie tata Sylwester, to uwieczniłby zapewne nasz moment spotkania. Gdyby nie on to moje blogi pozbawione byłyby pięknych zdjęć, do których robienia skubany ma spory talent. 

Ustawiłem się swojej strefie czasowej i oczekiwałem godziny 10.00. Ku mojej uciesze dostrzegłem w tej samej strefie koleżankę klubową Asię. Po krótkiej rozmowie okazało się, że planujemy biec w podobnym czasie. Postanowiliśmy, że pobiegniemy razem, aby się wspierać. Nie zamierzałem tym razem popełnić błędu z Recordowej Dziesiątki, gdy na początku wyprzedziłem Asię, a potem opadłem z sił, bo tempo z pierwszych kilometrów było dla mnie zabójcze. Stwierdziłem, że zaufam Asi i pobiegnę w tempie dyktowanym przez nią. Zresztą ona sama w delikatnie prześmiewczy sposób dała mi do zrozumienia, że mam nie szarżować, tylko biec z nią. Miała rację, bo lepiej utrzymać delikatnie wolniejsze, ale równe przez cały bieg tempo niż przebiec kilka szybkich kilometrów, a potem zupełnie opaść z sił.


Początek biegu był bardzo trudny. Było ciasno na trasie. Nie dało się biec w założonym przez nas tempie. Zmuszeni byliśmy wyprzedzać innych uczestników biegu biegnąć po trawnikach. Nie było to komfortowe ani bezpieczne. Podczas wskakiwania na trawnik potknąłem się na wysokim krawężniku i straciłem równowagę. Uratowałem się jednak przed upadkiem. Ćwiczenie zmysłu równowagi na gumowej poduszce w kształcie spłaszczonego jajka przynosi efekty. Takim upadkiem mogłem nie tylko oddalić się od nowej życiówki, ale i także nabawić się urazu, który mógł mnie wyeliminować z dalszego udziału w poznańskiej połówce. Sam bieg po miękkiej i nierównej trafie, także nie należy do najbezpieczniejszych. Równy i gładki asfalt sprzyja szybkiemu bieganiu dlatego, gdy tylko udawało się nam znaleźć jakąś lukę na trasie biegu, to momentalnie zbiegaliśmy z trawnika na asfalt. 

Pierwsze 10 km zaliczyliśmy w 52m16s. Biegliśmy w tempie na kilometr od 5m14s do 5m32s. Było dobrze. Bardzo dobrze. Nawet bym rzekł, że zajebiście dobrze. Mały kryzys pojawił się u mnie na końcówce ósmego kilometra. Asia zwolniła delikatnie i poczekała za mną. Przez parę minut brakowało mi tchu. Nogi jednak miały moc. Chciały przeć usilnie do przodu bez żadnych kompromisów. Płuca nie miały nic do gadania. Zostały zdominowane przez mięśnie nóg. Chciały, czy nie chciały, musiały pracować na zwiększonych obrotach, bo inaczej miałyby do czynienia z napakowanymi udami. Postanowiłem nie myśleć o tym, że coraz trudniej mi się oddycha. Odpłynąłem myślami daleko. Gdzieś daleko w odmęty swojego zwariowanego mózgu. Odnalazłem tam utwór Chwytaka „Zajebały żule mi.” Nic tak nie nastawia pozytywnie do życia, jak ten humorystyczny kawałek. Powiedziałem sobie w myślach, że nikt nie zabierze mi nowej życiówki. A tym bardziej nie zrobi to jakiś tam żul, który specjalizuje się w kradzieżach końcówek od konewki. Mózg błyskawicznie dał znać płucom, że mają sobie jaj nie robić, tylko mają dotlenić maksymalnie organizm. Kryzys minął. Znów byłem w grze. Byłem w grze o najlepszy wynik w sezonie. W grze o upragnioną i wyczekiwaną życiówkę. 

Organizator na 10 km trasy przygotował atrakcję dla biegaczy w postaci dwóch maskotek poznańskiego Lecha – Ejbra i Gzuba, którzy dopingowali biegaczy. Były także cheerleaderki „Kolejorza”, które kolorowymi proszkami w niebiesko – białych barwach posypywały biegaczy. Na szczęście pyłek spadał jedynie na te osoby, które zdecydowały się przebiec specjalnie wyznaczoną do tego strefą. Była to niezła atrakcja. Osobiście nie chciałbym biec brudny od kolorowego pyłku przez ponad 10 km, ale nikomu nie będę tego bronił. Jak ktoś chce, to czemu nie.


Biegnąc razem z Asią, przypominaliśmy biblijne postacie Dawida i Goliata. Ona jest niska i drobna, a ja postawny i barczysty. Cieszyłem się, że jak Dawid nie miotała w moim kierunku kamieniami, a jedynie pilnowała szybkiego tempa biegu. Nawet taką utalentowaną triathlonistkę, jaką jest Asia dopadają delikatne kryzysy. Na 13 km powiedziała mi, że jak chcę to mam biec sam, bo ona nie ma sił. Nie zostawiłem jej samej, podobnie jak ona nie zostawiła mnie w potrzebie. Delikatnie zwolniłem. Dałem się jej napić wody z mojego bidonika. Po kilku krótkich chwilach odzyskała siły i żwawo pognała do przodu. Na 15 km zameldowaliśmy się z czasem 1h18m34s. Ostatnie 5 kilometrów pokonaliśmy w czasie 26m15s. Oznaczało to, że nowy rekord jest już coraz bliżej mnie. Ucieszyłem się jednak zbyt wcześnie.

Na trzecim punkcie z wodą Asia zakomunikowała mi, że mam biec dalej sam, bo ona musi się na chwilę zatrzymać, gdyż opadła z sił. Zgodziłem się ją zostawić, bo czułem się mocno i byłem zdeterminowany do osiągnięcia swojego osobistego sukcesu. Wszystko szło dobrze. Można powiedzieć, że nawet za dobrze. W takich momentach zazwyczaj coś idzie nie tak, tylko o tym jeszcze nie wiemy. Jedno z Praw Murphy’ego głosi, że „jeśli coś może pójść źle, to pójdzie.” I u mnie poszło. Na punkcie z odżywczym wziąłem zbyt dużego hausta zimnej wody, co spowodowało u mnie spore mdłości. Aby nie oddać się wątpliwej przyjemności czynności wymiotowania, musiałem zwolnić.


Szesnasty kilometr to była prawdziwa mordęga. Muliło mnie okropnie, ale mimo tego starałem się biec ile sił w nogach. Według planu opracowanego przed biegiem miałem w tej chwili uraczyć się ostatnim żelikiem, aby mieć siły na końcówce trasy. Nie zaryzykowałem jednak. Nie zjadłem go. Nie chciałem po chwili pomachać mu na pożegnanie na pobliskim poboczu. Na moje szczęście mdłości minęły mi po ok. 5 minutach. Mogłem przyśpieszyć. I nawet mi się to udało znacznie, bo 17 km zaliczyłem w czasie 5m31s. Ciągle biegłem na nowy rekord. Miał być on już mniej imponujący, ale nadal miał być to nowy rekord.

Najgorsze jednak nastąpiło na 18 km i trwało już do samej mety. Zupełnie zabrakło mi sił. Nie wiem w jakim stopniu to był wynik dotychczasowego szybkiego biegu, a w jakim brak energii z żelu, którego nie spożyłem. Pewnie jedno i drugie. Faktem było, że miałem uda twarde jak z kamienia. Życiówka oddalała się ode mnie. Postanowiłem jednak walczyć i biec tak szybko jakby jutro miało nie istnieć. Tak jakby od wyniku biegu zależałoby moje życie. Asia zebrała siły i mnie wyprzedziła. Cały 19 kilometr próbowałem ją dogonić. Udało mi się to, ale tylko na chwilę. Nie byłem w stanie biec jej tempem. 

Ostatnich kilometrów trasy nie pamiętam prawie w ogóle. Biegłem chyba jedynie siłą woli. Widziałem, jak upływają szybko cenne sekundy. Metry mijały mi bardzo wolno. Jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnąłem, aby ten koszmar się skończył. Próbowałem ruszyć ostro do przodu, ale nogi protestowały. Nie chciały ze mną współpracować. Na końcówce 20 km piątki biegaczom przybijał nasz wybitny szczypiornista Karol Bielecki. Przybiłem w piątkę w nadziei, że doda mi ona sił do walki. I tak było. Tylko że siły skończyły się po 100 m. Do mety został niecały kilometr. Nadal miałem szanse na poprawę swojego „personal best”. Mimo okrutnego bólu ud dodałem gazu i wbiegłem na metę w takim tempie sprinterskim, na jakie w danej chwili było mnie aktualnie stać. Za linią mety nerwowo spojrzałem na zegarek. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem na nim czas o całe 11 s lepszy od poprzedniego najlepszego wyniku ze Zbąszynia z września 2018 roku. Miało być znacznie lepiej, ale trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Rekord to rekord. Jeszcze będę miał sporo okazji, aby go poprawić. Wiem, że jestem w stanie pobiec w czasie poniżej 1h55m. I to jest mój najbliższy cel, który zamierzam osiągnąć. Jeszcze nie wiem kiedy, ale to zrobię!


Po biegu należy zawsze dobrze się nawodnić, aby uniknąć problemów związanych z utratą substancji mineralnych. Tak też zrobiłem w drodze powrotnej do domu. Muszę powiedzieć, że piwo Namysłów to pyszny izotonik. Uzupełnia utracone minerały szybko i skutecznie. Szkoda, że nie gasi dobrze pragnienia. Wypiłem 4 i ciągle miałem na niego ochotę.

czwartek, 25 kwietnia 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #41_2019/9

To już trzeci rok z rzędu jak biorę udział w Biegu Europejskim w Gnieźnie. To też trzeci rok z rzędu, gdy nie mogę uczestniczyć w imprezie imieninowej mojej mamusi chrzestnej - cioci Grażynki. Cioteczko, wiem, że nie jesteś zła. Chciałbym obiecać, że za rok przyjdę do Ciebie na imieniny, ale nie mogę, bo zapewne kolejny Bieg Europejski będzie w pierwszą sobotę kwietnia, podobnie jak Twoje imieniny....


Dziś będzie trochę mniej o bieganiu, a trochę więcej o mojej cioci. W końcu to dzięki niej zacząłem grać w gry, oglądać seriale i chodzić do kina. Pokazała mi, ile radości można czerpać z wirtualnego świata rozrywki. Pozwalała siedzieć w swoim pokoju godzinami i grać w gry. To ona kupiła mi pierwszą konsolę (Atari 2600) i pierwszy komputer (Amiga 500). Kupowała mi gry i słodycze, abym miał siły do zabawy przed ekranem TV. Ciocia Grażynka zabierała mnie do kina. Pamiętam jak byliśmy razem na "Parku Jurajskim". Nie nadążałem za napisami wyświetlanymi na ekranie. Byłem zbyt młody. Ona postanowiła wtedy, że będzie mi po cichu na ucho czytać teksty dialogowe. Dzięki jej poświęceniu nie tylko mogłem nacieszyć oko widokiem dinozaurów, ale też poznałem fabułę filmu. Nie wiem, jakim byłbym człowiekiem, gdyby nie moja Grażynka, którą często nazywałem ciocią Gazią. Na pewno nie tym samym, gdyż wywarła na moje życie olbrzymi wpływ.


Z pewnością dzięki mojej matce chrzestnej zostałem urzędnikiem, bo zawsze chciałem być jak ona i we wszystkim ją naśladować. Zabawne jest, że ciocia pracuje w wydziale komunikacji, a ja zajmuję się podatkiem od środków transportowych. Pewnie to tylko niesamowity zbieg okoliczności, ale da się go spokojnie podciągnąć pod powiedzenie, że niedaleko spada jabłko od jabłoni. Cioteczka była dla mnie dobrym przykładem i jest nadal, choć dziś już nie mogę sobie z nią pogadać o grach i filmach, to ze spokojem mogę sobie z nią ponarzekać na wrednych petentów, z którymi mamy często do czynienia. Ona rozumie mnie w tej kwestii bez zbędnych wyjaśnień.

Tyle o cioteczce. Pora napisać parę słów o biegu.

Miejsce - Gniezno

Data - 06.04.2019 r.

Godzina - 17.00

Czas ukończenia - 53m43s.

Teoretycznie mógłbym skończyć na tym lakonicznym opisie, ale nie zrobię Wam tego. Wysilę się i machnę parę zdań dla Was i dla potomności.

Na Bieg Europejski wybrałem się z Anetą, Sylwkiem i Kamilem. W towarzystwie tak szybkich biegaczy czułem się, jak żółw. Na moje szczęście braki szybkościowe nadrabiałem wrodzonym wdziękiem i urodą, więc czułem się w tej grupie bardzo dobrze, miło i swobodnie. Jak co roku w pakiecie zawodnika była śliczna koszulka. Tym razem z motywem hiszpańskim, gdyż to właśnie ten kraj z półwyspu Iberyjskiego był motywem przewodnim tegorocznej edycji biegu. W pakiecie znalazł się, także mały pojemnik na żywność. Idealny na pomarańczka lub na ukochane przez Anetę cukierki M&Ms. Kiedyś myślałem, że to jej tajemnica na dobre wyniki w bieganiu. Zacząłem więc jeść owe łakocie w większych ilościach.  Czasy mi jednak na zawodach nie zmalały, a jedynie dupa urosła. A miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze do dupy.


Po zaliczeniu rozgrzewki i obowiązkowej toalety udaliśmy się na start. Każdy ustawił się w swojej strefie, aby o godzinie 17.00 wyruszyć na trasę biegu. W tym roku w szranki stanęło blisko 1500 biegaczy. Trasa biegu jest wąska, dlatego uniemożliwia przeprowadzenie zawodów z większą liczbą zawodników. Moim zdaniem liczba 1500 i tak jest za duża, bo na trasie często jest tłok i nie da się biec w swoim tempie.   
   
Pierwszy kilometr – 5:16

Podobnie jak Robert Gawliński – lecę, bo chcę. Nie zgadzam się z nim, że życie jest złe. Życie jest cudowne, tylko źli ludzie je psują. Wystartowałem mocno. Mogłem szybciej, ale zostałem przyblokowany delikatnie na trasie. Mogłem się przepychać, ale kultura musi być. W pierwszej stolicy Polski wiochy nie wypada robić.

Drugi kilometr – 5:24

Trochę wolniej, ale znów mnie przyblokowano. Może z pałką teleskopową łatwiej byłoby mi znaleźć swobodną przestrzeń do biegu. Nie jest źle jednak. Wszystko poniżej 5:30 odhaczam w dzienniczku biegowym jako dobra robota.

Trzeci kilometr – 5:22

Szybciej niż na drugim, ale wolniej niż na pierwszym. Buzia mi się jednak śmieje, bo nogi mnie niosą, płuca karmią sowicie pysznym tlenem, a metry ubywają szybko mimo kilku małych podbiegów. Czuję, że będzie dobrze na mecie, ale tylko pod jednym warunkiem – muszę być szybki. Prawie tak szybki, jak Karyna, która błyskawicznie ściąga spodnie, specjalnie dla Seby, w toalecie małomiasteczkowej dyskoteki, w podzięce za drinka z palemką.


Czwarty kilometr – 5:23

Troszku zwolniłem. Nie chciałem, ale górka to na mnie wymusiła. Przemknęła obok mnie elita biegu. Ja na czwartym kilometrze, a oni już na ósmym. Mają moc w kopytach. I to nie tylko czarni. Biali też tak pędzili. Chciałem ich zapytać, dokąd tak pędzą. Wiedziałem, że do mety, ale chciałem zadać im to pytanie, aby nie było między nami krepującej ciszy. Wiecie, takie pytanie, które nic nie wnosi, ale sprawia wrażenie, że jesteśmy kulturalni i wychowani. Pytanie w stylu „ale, że Dudka na mundial nie wzięli.” Otwiera ono bowiem furtkę do dalszej rozmowy.

Piąty kilometr – 5:26

Trzy sekundy to niby nic, ale to kolejny kilometr w wolniejszym tempie. „Ona temu winna, ona temu winna…” – ta pieprzona górka. Kolejna na trasie. Na szczęście wiedziałem, że następny kilometr będzie z górki, bo zaraz będzie nawrotka na trasie i będę wracać drugim pasem jezdni. Ta myśl dodawała mi sił i trzymała mnie w tempie poniżej 5:30.

Szósty kilometr – 5:16

Szybki jak błyskawica. Tak czułem się, gdy pędziłem z górki na pazurki. Fajnie jest tak pędzić. Wyprzedziłem podczas tego pędu paru chudzielców na trasie. Ciekawe co czują, jak wyprzedza je taka duża osoba jak ja. Wstyd, hańbę, zażenowanie, czy zwykłe wkurwienie?


Siódmy kilometr – 5:27

Górka się szybko skończyła. I pędzenie też się skończyło. Mimo że wolniej, to i tak poniżej 5:30. Nie mogłem się doczekać mety. Chciałem się napić czegoś zimnego. Na trasie była woda, ale jakaś taka niesmaczna.

Ósmy kilometr – 5:21

Chyba mocno chciało mi się pić, bo przyśpieszyłem. Tuptałem szybko. Tak szybko, jak tylko dało się tuptać w moim zmęczonym stanie. Do mety tylko 2 kilometry. 2000 metrów. 200000 centymetrów. 6561,68 stóp. 2187,23 jardów.

Dziewiąty kilometr – 5:32

Zgrzeszyłem. Zgrzeszyłem wolnym biegiem. Kilometr powyżej 5:30. Ale komu nie zdarza się „upadać”. Ważne, aby po upadku się podnosić, a nie leżeć na zimnej glebie, bo można wilka złapać.

Dziesiąty kilometr – 5:16

Jezus upadał i podnosił się trzy razy. Ja upadłem jedynie raz. I zajebiście się podniosłem! Ostatni kilometr w takim samym tempie jak pierwszy nie zdarza mi się zbyt często.


Zawody ukończyłem w czasie 53:43. Była to moja najszybsza dycha w tym sezonie. Na mecie czułem przez chwilę trudy szybkiego biegu. Musiałem sobie przycupnąć na chwilkę na schodkach. Dopiero po odpoczynku udałem się po posiłek regeneracyjny – drożdżówkę i zupę cebulową, którą tak uwielbia moja bejbe Ela. Prawda Elżunia?


Na koniec 3 humoreski związane z biegiem.

1. Po raz kolejny nie udało mi się spotkać na trasie ani po biegu Tomka Zubilewicza – pogodnego prezentera. Startuje on w Biegu Europejskim co rok już od wielu lat. Podobno jak głosi przysłowie - góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze. W przypadku moim i Zibiego przysłowie to nie jest warte nawet funta kłaków.

2. Zdarzyła się Wam sytuacja, w której ktoś publicznie przekręcił Wasze nazwisko? Dość zabawną wpadkę zaliczył spiker zawodów, gdy wywoływał Anetę na podium po odbiór nagrody za zdobycie trzeciego miejsca w swojej kategorii wiekowej. Nagle z "Machajewskiej" stała się "Macajewską". Podobno nazywano ją tak w szkole podstawowej. Była to zatem okazja do wspomnień z lat minionych.


3. Zabawa językiem polskim potrafi człowieka niezłe rozśmieszyć, gdyż wiele zwrotów w naszej mowie jest wieloznacznych. Weźmy na tapetę takie zdanie: „Otworzyć puszkę?”. Nie ma w nim nic zabawnego i dwuznacznego. Gdy dodamy jednak do niego zaimek osobowy „ci” i zadamy to przedmiotowe pytanie w sposób szybki jednym ciągiem, to wyjdzie nam ciekawe zdanie, którego treści nie będę poruszał w tekście, bo czytać mnie mogą osoby poniżej 18 roku życia. Pytanie: „Otworzyć Ci_puszkę” usłyszałem od jednego uczestnika naszej wycieczki posiadającego płeć żeńską, gdy siłowałem się z puszką piwa. Oczywiście bezalkoholowego. Wiadomo, że sportowcy nie piją. Tylko, czy ja jestem sportowcem?

piątek, 19 kwietnia 2019

Religijny "escape room"

Okres świąteczny ma to do siebie, że zmusza człowieka do przemyśleń. Nie wiem czemu tak jest, ale jest. I nic z tym nie poradzę. Ludzie zazwyczaj rozważają poważne tematy religijne albo trudne kwestie moralne typu: czy Poncjusz Piłat dobrze postąpił z Jezusem umywając ręce? Czy Judasz był postacią tragiczną - chciał czy może  musiał wydać go za te kultowe srebrniki? Ja jestem inny. Co prawda dużo myślę, rozważam i kontempluję, ale z powagą i zadumą świąteczną ma to mało do czynienia. Taki już jestem i nie zamierzam się zmieniać, bo taki diamencik jak ja nie wymaga szlifowania.


Osobom, które nie mają poczucia humoru i jakiekolwiek śmieszkowanie z religii powoduje u nich obrazę uczuć i ogólny ból dupy, zalecam nie czytanie dalej. Wam będzie milej i mi też, bo uniknę Waszych szkalujących mnie komentarzy i tych ciepłych życzeń, abym spłonął na stosie. 

Ostatnimi czasy wielką popularnością cieszą się „escape roomy”. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że jest to zabawa, która polega na wydostaniu się z danego pomieszczenia w określonym czasie po uprzednim rozwiązaniu kilku logicznych zagadek. Bawimy się najczęściej w grupie przyjaciół, bo wiadomo, że samemu nie da się tak dobrze bawić. Znaczy da się, ale tylko gdy jest się nastolatkiem siedzącym samotnie w domu przed ekranem komputera, na którym anonimowe panie pokazują jakimi pięknymi je Pan Bóg stworzył. Nie będę poruszał tego tematu, bo czas świąteczny temu nie sprzyja. 

W „escape roomach” rozwiązuje się zagadki różnego typu. Same te pokoje zagadek lub ucieczek są urządzone w różnej tematyce. Mamy pokoje fabularne, historyczne, fantasy, horror, thriller, kryminalne. W każdym z nich przeżyjemy taką przygodę, na jaką mamy akurat ze znajomymi ochotę. Nie spotkałem się jednak nigdy z „escape roomem” o tematyce religijnej. Przecież złożenie zmarłego na krzyżu Jezusa do grobu i jego zmartwychwstanie to idealny scenariusz do zabawy z przyjaciółmi w klimacie pokoju ucieczek. 

Chętnie podjąłbym się trudu stworzenia ciekawego scenariusza religijnego „escape roomu”. Ewangeliści opisali przecież to wydarzenie dokładnie. Wystarczy jedynie wymyślić kilka zagadek i wyzwań dla jego uczestników. Co prawda każdy z ewangelistów opisuje to nietypowe zdarzenie na swój sposób, ale początek i finał jest ten sam. Na potrzeby mojego scenariusza wykorzystałbym opis ewangelisty Jana, gdyż on wydaje mi się najbardziej ciekawy, spójny i sensowy.


Zorganizowanie takiej zabawy nie będzie łatwe. Wymagać będzie sporych kosztów już na początku. Same stroje, rekwizyty i pomieszczenia pochłoną sporo pieniędzy. Wierzę jednak, że gra jest warta świeczki. Przedsiębiorca, który zechciałby zorganizować religijny „escape room” mógłby liczyć na spore zainteresowanie, a co za tym idzie, też na spory zarobek. Moim zdaniem byłaby to dobra inwestycja. 

Po stronie klientów takiego pokoju zagadek leżałby też nie mały problem – logistyczny problem. Ciężko jest w obecnych czasach umówić się na piwo w barze, a co dopiero wybrać ze znajomymi na zabawę, która trwać by musiała co najmniej trzy dni, bo tyle czasu Jezus spoczywał w grobie. Nie małym problemem byłoby też zebranie w jednym miejscu i czasie aż 10 znajomych, bo taka jest minimalna liczba osób wymaganych do ciekawej zabawy. Można by tę liczbę zredukować do 8 osób, bo Jan w swojej ewangelii nie wspomina nic o rzymskich żołnierzach pilnujących grobu. Robi to jednak ewangelista Mateusz. Nie mówi jednak o liczbie strażników. Zakładam, że było ich dwóch, bo w takim składzie łatwiej i sprawniej pełni się wartę. W mojej opinii  rzymscy strażnicy są jednak niezbędni, aby zabawa w zmartwychwstanie Jezusa była ciekawa i pełna emocji. 

Oto lista postaci do obsadzenia w naszej zabawie: 

- Jezus Chrystus, 

- Józef z Arymatei, 

- Nikodem, 

- Maria Magdalena, 

- Szymon Piotr, 

- Uczeń nieznany z imienia, 

- Dwóch Aniołów, 

- Dwóch strażników. 

Uczestnicy zabawy muszą podzielić się na trzy drużyny: 

1. Boska (Jezus, Aniołowie), 

2. Żydowska (Józef z Arymatei, Nikodem, Maria Magdalena, Szymon Piotr, Uczeń nieznany z imienia), 

3. Rzymska (dwóch strażników). 

Wygrywałaby ta drużyna, która na końcu zabawy zrealizuje przydzielone im zadanie. Drużyna Boska musi w ciągu trzech dni sprawić, aby Jezus wydostał się z grobu jednocześnie pozorując jego zmartwychwstanie. Drużyna Żydowska ma uniemożliwić, aby ktokolwiek usunął ciało ich nauczyciela z grobu, gdyż ma ono tam spokojnie spoczywać na wieki. Drużyna Rzymska ma za zadanie pokrzyżować plany zarówno drużynie Boskiej, jak i Żydowskiej. Teoretycznie drużyny Żydowska i Rzymska mogą razem współpracować, ale czy ktoś uwierzy w to, że Żydzi i Rzymianie będą chcieć działać w jednej drużynie? Mało prawdopodobne. Zresztą i tak zwycięzca może być tylko jeden.


Zabawa zaczynałaby się od zdjęcia Jezusa z krzyża. Następnie Józef z Arymatei upuszcza odrobinę krwi do kielicha. Tutaj pojawia się furtka fabularna na rozszerzenie scenariusza o poszukiwanie Św. Graala. Z uwagi już jednak na i tak długi i skomplikowany scenariusz nie będę rozwijał tego wątku. Będzie on możliwy do rozegrania przez prawdziwie hardkorowych graczy. Józef przy pomocy Nikodema owija ciało Jezusa szczelnie w bandaże. Przedtem jednak smaruje je dokładnie olejkami roślinnymi. Następnie wspólnymi siłami zanoszą ciało swojego nauczyciela do grobu blokując wejście do niego ogromnym kamieniem. Jak widzicie Józef i Nikodem nie mogą być wątłymi osobami. Muszą charakteryzować się sporą tężyzną fizyczną. Od Jezusa wymaga się natomiast braku lęku przed upuszczaniem krwi. Powinien być on również dość szczupłą osobą, aby jego towarzysze w zabawie mogli go swobodnie zdjąć z krzyża i zanieść do grobu. Nie może mieć klaustrofobii ani bać się ciemności i krępowania ciała.


Według Ewangelii Jana Maria Magdalena ujrzała z rana, że kamień blokujący wejście do grobu Jezusa jest przesunięty na bok i można bez najmniejszych problemów zajrzeć do niego. Cała roztrzęsiona zastanym stanem rzeczy pobiegła czym prędzej do Szymona Piotra i ucznia nieznanego z imienia. Oni udali się w drogę do grobu Pana swego. Jako pierwszy dotarł tam anonimowy uczeń, ale to Szymon Piotr wszedł do grobu i ujrzał, że ten jest pusty. W samym czasie Maria Magdalena stała przed wejściem do grobu bojąc się do niego zajrzeć. Gdy nabrała na to odwagi, w miejscu gdzie winien spoczywać Jezus, dostrzegła dwa anioły. A następnie stanął obok niej sam Jezus, który poinformował ją, że niedługo wstąpi do nieba. 

Opis Jana stanowi wzorcowy scenariusz, do którego realizacji dążyć będzie Boska drużyna, aby wygrać rywalizację w religijnym „escape roomie” z pozostałymi dwiema drużynami. Nie będzie to łatwe, gdyż wymagać będzie od nich nie tylko siły, ale i sprytu, a także idealnej komunikacji i współpracy. Główny ciężar spoczywać będzie na osobie wcielającej się w postać Jezusa. Bo to ona w końcu będzie musiała się samodzielnie wyswobodzić z ciasno związanych bandaży. Gdy już jej się to uda będzie musiała skontaktować się w jakiś sposób z aniołami, aby wspólnymi siłami przesunąć głaz blokujący mu wyjście z grobu. Nie będzie to takie łatwe zadanie. Aniołowie będą musieli dokonać jakiś aktów dywersji lub w inny sposób odwrócić uwagę zarówno strażników, jak ich członków drużyny Żydowskiej, aby móc w sposób niezauważony przesunąć głaz i uwolnić Jezusa.


Drużyna Żydowska, mimo że jest najbardziej liczna, to nie będzie miała wcale takiego łatwego zadania. Jej członkowie muszą w końcu w ukryciu obserwować grób swojego nauczyciela, aby nie zauważyli ich Rzymianie pełniący wartę, gdyż wtedy zostaną posądzeni o próbę kradzieży ciała Jezusa, aby w nieuczciwy sposób sfingować jego zmartwychwstanie, by wypełniło się głoszone przez Jezusa proroctwo, że trzy dni po swojej śmierci zasiądzie w niebie po prawicy swojego ojca. Muszą również uważać na Anioły, które będą chciały pod przykryciem nocy uwolnić Jezusa z grobu. 

Strażnicy z drużyny Rzymskiej są z kolei najmniej liczną drużyną. Mają tę jednak przewagę, że mogą jako jedyni w sposób swobodny i nieskrępowany przebywać u wejścia do grobu Jezusa. Daje im to sporą przewagę taktyczną, którą muszą wykorzystać, aby wygrać rywalizację z Żydami i Bogami.


Cała zabawa winna trwać maksymalnie 3 dni. W tym czasie osoba wcielająca się w postać Jezusa powinna już wraz z Aniołami upozorować swoje zmartwychwstanie. Po upływie tego czasu zabawa zostaje przerwana, a drużyna Boska ponosi sromotną porażkę. Drużynie Żydowskiej, jak i Rzymskiej udało się zrealizować swój cel. Drużyna Rzymska nie dopuściła, aby ciało Jezusa zmartwychwstało lub zostało wyniesione przez Żydów. Drużyna Żydowska nie dopuściła, aby ciało ich mistrza opuściło grób. Należy jednak w jakiś sposób wyłonić zwycięzką drużynę. Zwycięży wówczas ta drużyna, która wyeliminuje większą liczbę członków drużyny przeciwnej podczas rozgrywki. Aby walka była uczciwa musimy oczywiście wziąć pod uwagę przewagę liczebną drużyny Żydowskiej. Dlatego też każdy wyeliminowany przez Strażnika Rzymskiego Żyd liczony będzie razy 1,5. W takim przypadku wygrywa drużyna, która zdobędzie więcej punktów za eliminację przeciwnika.


Nie wiem jak Wam się podoba taka religijna wersja popularnych w dzisiejszych czasach „escape roomów”, ale ja chętnie bym wziął udział w takiej zabawie. Mój delikatnie przydługawy tekst, oprócz pewnej dawki humoru i luźnego podejścia do życia, niesie ze sobą mały walor edukacyjny. Był on okazją do zaprezentowania w skrócie opisu zmartwychwstania Jezusa według Ewangelii Św. Jana. Można zatem powiedzieć, że trochę bawię, a trochę uczę. Wesołego Alleluja. Nie objadajcie się za bardzo.

środa, 10 kwietnia 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #40_2019/8

Jeszcze nie tak dawno temu chciałem sobie kupić koszulkę z napisem "Jedyny wyścig, jaki w życiu wygrałem" i grafiką przedstawiającą plemnika, który dociera do komórki jajowej. Dziś owe hasło jest już nieaktualne, bo wygrałem swoje pierwsze zawody i stanąłem na najwyższym stopniu podium, czym spełniłem jedno ze swoich największych marzeń życia.


Były grubasek, a obecnie delikatnie tłuściutki człowieczek wygrywa z innymi, chudymi biegaczami, zostawiając ich daleko w tyle. Czyż nie jest to historia na film rodem z fabryki snów Hollywood? Może kiedyś zekranizują moją historię. Zanim to jednak stanie się faktem, zapraszam do mojej relacji.

Okolice stawu Olszak to jedno z moich ulubionych miejsc do biegania. Trasa jest wymagająca, ale jej pokonanie daje olbrzymią satysfakcję. W tym roku przy okazji 8. Olszak półmaratonu i 7. Olszakowej Czternastki organizator zawodów biegi.wlkp.pl postanowił rozegrać I. Olszakowy Ekiden. Aby wyjaśnić ten zawiły termin, jakim jest Ekiden, posłużę się ogólnie dostępną Wikipedią.

Ekiden (jap. 駅伝競走 ekiden-kyōsō) – długodystansowy bieg sztafetowy.
Pojęcie pochodzenia japońskiego, które przyjęło się jako określenie długodystansowych biegów sztafetowych, niezwykle popularnych w: Japonii, Australii, Nowej Zelandii, Kanadzie, Hiszpanii, Holandii, Chinach, Niemczech, Francji czy Stanach Zjednoczonych.
Nazwa tego maratonu-sztafety pochodzi od japońskiego systemu transportowego i pocztowego, przebiegającego wzdłuż szlaku Tōkaidō (53 stacje szlaku Tōkaidō). Powstał on w XVII w. (okres Edo) pomiędzy miastami Edo (obecnie Tokio) i Kioto, oddalonymi od siebie o ok. 500 km. System umożliwiał szybką komunikację m.in. dzięki wymianie koni na kolejnych stacjach (eki).
Długość trasy biegu oraz liczba osób w sztafecie różni się w zależności od decyzji organizatorów.
Trasa półmaratonu nad Stawem Olszak sprzyja organizowaniu biegów sztafetowych, gdyż liczy ona sobie trzy pętle, po 7 km każda. Regulamin biegu przewidywał start sztafet męskich, żeńskich i mieszanych - 2 mężczyzn i jedna kobieta oraz 2 kobiety i jeden mężczyzna. Wraz z Sylwestrem i Anetą wystartowaliśmy w kategorii sztafet mieszanych. Trochę czas zajęło, zanim udało mi się ich namówić do wspólnego startu. Wykorzystałem jednak swój urok osobisty i osiągnąłem sukces. W końcu mało kto jest w stanie oprzeć się mojemu wrodzonemu wdziękowi.


Trasa biegu nad Stawem Olszak nie należy do łatwych. Znajdują się na niej liczne pagórki. Charakterystycznym elementem trasy jest górka znacznych rozmiarów, pod którą trzeba się wręcz wdrapać oraz stroma górka, z której należy tak zbiec, aby nie wybić sobie zębów. W związku z licznymi prośbami zawodników organizator dokonał w tym roku znacznej korekty trasy. Zmienił miejsce  startu, które znajdowało się dotychczas na polance, która często była namoknięta i biegło się w błocie po kostki. To niby przeszkadzało biegaczom. Chore to jakieś! To był właśnie cały urok tego biegu. Od początku człowiek dostawał ostro po dupie i mógł nie przejmować się zabrudzeniami na dalszym etapie trasy, gdyż miał już pełno błota na sobie. Organizator usunął też etap na, którym trzeba było skakać przez tory kolejki wąskotorowej "Maltanka", która dowozi ludzi do pobliskiego ZOO. To też miało swój urok. Trzeba było uważać, żeby się nie potknąć i sobie ryjka nie rozbić na torach. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nowa trasa wykastrowana z moich ulubionych elementów, w ostatecznym rozrachunku okazała się trudniejsza. Dołożono odcinek bardzo wąski, pełen korzeni i kamieni, który dodatkowo przebiegał cały czas pod górkę oraz kilka innych podbiegów, które sprawiły, że moje mięśnie tyłka nie raz spinały się podczas zawodów z bólu.


W związku z tym, że pomysł wystawienia sztafety był moim autorskim pomysłem, mianowałem się kapitanem naszej drużyny, której w sposób samozwańczy nadałem nazwę Święta Trójca Polonii Środa. Postanowiłem wystartować na pierwszej zmianie, aby biec z jak największą liczbą biegaczy, aby mieć dodatkową motywację do biegu. Zmienić mnie miała Aneta, aby już, gdy będzie luźniej na trasie, bo stawka ludzi się rozrzedzi, miała dosyć miejsca na szybki bieg i nadrobienie ewentualnych moich strat do naszych rywali. Kończyć sztafetę miał Sylwester, który miał utrzymać przewagę wypracowaną przez Anetę lub nawet ją powiększyć. Ostatecznie moja drużyna dokonała korekt w mym misternym planie. Drugą zmianę objął Sylwek, a Aneta kończyć miała naszą sztafetę.

Parę minut przed planowanym startem, odebrałem z biura zawodów naszą pałeczkę, która miała w sobie czip do pomiaru czasu. W strefie zmian kolejni zawodnicy musieli sobie ją przekazywać i biec swoją pętlę, aby system mógł zmierzyć czas danej drużyny. Przyznam szczerze, że nie przepadam za bieganiem i trzymaniem jednocześnie czegoś w dłoni. Zwyczajnie tego nie lubię, ale jak mus to mus. Czego się nie robi w końcu dla pucharów?

Zarówno uczestnicy sztafet, jak i biegów indywidualnych wyruszali ze startu wspólnego o godzinie 11.00. Początek był bardzo ciasny. Miałem bardzo mało miejsca do biegu. Na pierwszym podbiegu cały peleton biegaczy się zakorkował. Nie mogłem wbiec pod górkę. Musiałem ją pokonać szybkim marszem. Dalej już było trochę luźniej, ale i tak nie było komfortowo. Nie czułem się jak sardynka upchana razem z kolegami w ciasnej puszcze, ale do swobodnego biegu sporo jeszcze brakowało. Dobrze, że bieg odbywał się w lasku, gdzie o dużą ilość tlenu zadbały drzewka i krzaczki licznie rosnące na trasie biegu, bo inaczej od tej ciasnoty byśmy się jeszcze podusili.


Pierwszy kilometr mimo tego, że pokonywany był przeze mnie tylko biegiem, ale i dłuższym marszem, zaliczyłem w czasie 6 minut. Drugi kilometr zaczął się szybkim zbiegiem z górki. Kolejny etap owego kilometra był płaski jak tyłek początkującej fit girl, która ćwiczy 5 razy w tygodniu na miejscowej siłowni wszystkie możliwe partie ciała, ale zapomina o przysiadach, bo na instagramie nie napisali, że dupę też trzeba wzmacniać. Czas drugiego kilometra - 5m06s bardzo mnie usatysfakcjonował. Pełen pozytywnych myśli, ruszyłem ostro z kopytka na trzeci kilometr. Ten był już pofalowany niczym klatka piersiowa ikony kina lat 90' dla dorosłych - Pameli Anderson. Dałem jednak radę go pokonać w czasie 6 minut. Musiałem się jednak wspomóc kilkoma żelkami z kofeiną, bo czułem, że liczne podbiegi odebrały mi odrobinę sił witalnych. Żelki o smaku coli były pyszne, ale sił dodały mi tyle, co nic. Liczyłem choćby na efekt placebo, ale nawet ten się nie pojawił.


Czwarty kilometr to była dla mnie prawdziwa udręka. Spokojnie mogę go porównać do drogi krzyżowej, tyle że ja nie niosłem na swoich barkach krzyża, a jedynie dzierżyłem mocno w dłoni pałeczkę naszej sztafety. Gdybym ją zgubił, to byłoby nieciekawie. Dyskwalifikacja murowana. To właśnie na tym kilometrze znajdował się nowy etap trasy - wąska i ciągnąca się chyba nieskończoność pod górę. Pokonując ją, cały czas musiałem sobie powtarzać w myślach: "Dasz radę... Nie możesz się poddać... Drużyna liczy na Ciebie... Kapitan nie może odpuścić... Biegnij gnojku... Masz szansę na podium... Pierwszą i raczej ostatnią szansę... Nie możesz jej zjebać... Run or Die..." Ta swoista mantra pozwoliła mi przetrwać naprawdę spory kryzys. 6m29s to kiepski czas, ale biorąc pod uwagę niesprzyjające okoliczności przyrody, byłem go w stanie zaakceptować. Nie miałem zresztą innego wyjścia.

Na piątym kilometrze zacząłem wątpić w sukces. Przez chwilę byłem biblijnym człowiekiem małej wiary. Przyznam się, zwątpiłem w swoje siły i w nasz sukces. Postanowiłem się wtedy odwołać do sił nie z tego świata. Przypomniałem sobie słowa naszego Zbawiciela. Czyż Jezus uzdrawiając epileptyka, nie rzekł: "Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: "Przesuń się stąd tam!", a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was." Posłuchałem go, bo starszych należy słuchać i przestałem wątpić w sukces całej sztafety. Wiedziałem, że nawet jak pobiegnę trochę wolniej, to moi rodzice biegowi nadrobią cenne minuty. Są w gazie biegowym. Gdy stają w szranki na zawodach to normalnie widać ogień z dupy. Zegarek wskazał mi, że piąty kilometr trasy pokonałem w czasie 6m15s. Pomyślałem sobie, że jest dobrze. Może nie mam sił do przenoszenia gór jak jakiś Herkules lub inny Herakles, ale do szybkiego przebierania girkami trochę sił mi jeszcze zostało.


Szósty kilometr to ciągłe przekonywanie siebie, że nie wolno odpuszczać, bo meta jest blisko. Już bliży, niż dali. To pozytywne myślenie pomogło, bo pobiegłem  ten kilometr szybciej, niż poprzedni o całe 12 sekund. Ten etap trasy był bardziej płaski. Żelki z węglami i kofeiną zaczęły chyba także działać, bo mimo zmęczenia dawałem radę biec na aktualnego swojego maksa. Niepokoiło mnie jedynie to, że w zasięgu mojego wzroku nie ma innych biegaczy z pałeczkami. Optymista powiedziałby, że to dobry znak, bo wszyscy są gdzieś daleko w tyle. Pesymista zapewne stwierdziłby, że są daleko w przodzie i nie widzi ich, bo zamyka stawkę zawodników ze sztafet. Gdy opanowałem emocje i włączyłem rozsądne myślenie, zdarza mi się to czasami na krótką chwilę, doszedłem do wniosku, że jestem gdzieś w ogonie stawki sztafetowiczów, ale na pewno nie jestem ostatni. Moja strata zapewne nie jest dużo. Muszę jedynie utrzymać aktualne tempo i odpalić moje dwie rakiety zwane Sylwkiem i Anetą, aby w końcu stanąć na upragnionym najwyższym stopniu podium.


Końcówka mojej zmiany to bieg na 100% i walka o każdą sekundę. To był w końcu najważniejszy bieg w moim życiu. Taka szansa na puchar mogła się już mi więcej nie przytrafić. Swoją pętlę siedmiokilometrową ukończyłem w czasie 40m12s. Podałem pałeczkę Sylwestrowi, który miał za zadanie dogonić swoją rywalkę oraz wypracować nad nią przewagę. Z moim bezpośrednim rywalem przegrałem o jedną minutę i czterdzieści sekund. Posiliłem się pomarańczami i wodą, aby odzyskać siły witalne. Następnie podzieliłem się z Anetą swoimi uwagami odnośnie do trasy, aby łatwiej było jej biec. Zaczęło się nerwowe wyczekiwanie na powrót Sylwestra. Ludziom, którzy patrzyli na mnie z boku przypominałem pewnie małe dziecko, które nerwowo oczekuje powrotu ojca z pracy, gdyż ten zawsze kupuję mu po drodze drobny słodki upominek. Tym razem nie chodziło jednak o jakieś tam łakocie, ale o puchar za tryumf w zawodach.


Nie byłem w stanie oderwać wzroku od zegara wskazującego oficjalny czas biegu. Wypatrywałem niecierpliwie Sylwka w oddali. Kilka razy cieszyłem się zbyt szybko, gdyż zdarzyło mi się raz, czy dwa pomylić go z innym biegaczem lub nawet biegaczką. Była to jednak wina emocji i braku okularów, które jednak sporo wnoszą do mojego procesu wyraźnego widzenia. W końcu po ok. 34 minutach doczekałem się widoku swojego ojca biegowego. Cały zziajany wbiegł na metę. Widać było, że dał z siebie wszystko. Szybciej się nie dało. Przekazał pałeczkę Anecie, a ta pomknęła jak wystrzelona z procy wielkiego kalibru.

Emocje zaczęły jeszcze bardziej sięgać zenitu. Nerwowo oczekiwaliśmy, kiedy nastąpi zmiana u naszych najgroźniejszych rywali. Okazało się, że Sylwester wypracował dla Anety całe 8 minut. Taka szybka koza biegowa jak ona nie mogła roztrwonić takiej znacznej przewagi. Aby zająć czymś myśli i nie wypatrywać nerwowo Anety, postanowiliśmy się trochę porozciągać. Nerwy jednak wygrały z nami i zdecydowaliśmy się nie czekać na naszą kozicę, tylko wybiec jej naprzeciw. Na początku nie zapuściliśmy się zbyt daleko. Zrobiliśmy sobie parę pamiątkowych zdjęć, zanim postanowiliśmy się zapuścić dalej. Po paru minutach oczekiwania dostrzegliśmy Anetę, która biegła do mety jak na złamanie karku. Postanowiliśmy jej towarzyszyć na trasie. Jak się domyślacie, odpadłem po kilku metrach. Sylwek jej towarzyszył do samej mety. Na swoją obronę dodam, że  nie byłem w stanie biec razem z nimi nie tylko dlatego, że jestem słabszy fizycznie, ale też z tego powodu, że miałem na swoich plecach wypchany po brzegi naszymi ciuchami plecak.


Pokonanie dystansu 21 km zajęło naszej wspaniałej trójcy 1h47m27s. Zajęliśmy czwarte miejsce open, ale w kategorii sztafet mieszanych (2M i 1 K) byliśmy najlepsi. Tylko kwestią czasu była moja pierwsza dekoracja na podium. Chwilę oczekiwania na wymarzoną chwilę tryumfu umiliłem się zupą pomidorową i chlebem ze smalcem. Był to posiłek regeneracyjny przewidziany na mecie przez organizatora. 


Gdy spiker wyczytał moje nazwisko myślałem, że dosłownie eksploduje z radości. Byłem tak naładowany endorfinami jakbym właśnie dowiedział się, że wygrałem bańkę w totka. Pewnie wskoczyłem na najwyższy stopień podium. Sylwek stanął po mojej prawicy, na niższym stopniu, a Aneta po lewej stronie. Wiem, że kultura osobista nakazywała mi ustąpić miejsca kobiecie na centralnym miejscu podium. Chciałem choć przez chwilę poczuć się jak zwycięzca i stanąć na pudle z numerem 1. Powiem Wam, że jest to zajebiste uczucie. Objąłem moich partnerów z drużyny, aby im podziękować za tę wspaniałą chwilę radości. Gdy już ta chwila została uwieńczona przez fotografów, ustąpiłem miejsca Anecie na najwyższym stopniu podium. Organizator wręczył nam pamiątkowe dyplomy oraz puchar. Zostaliśmy, również obdarowani drobnym upominkiem od sponsora, w skład którego wchodziły suplementy od sponsora biegu.


Jesteście pewnie ciekawi, kto dostąpił zaszczytu, zabrania pucharu do domu. Spieszę to wyjaśnić czym prędzej. Pamiętacie taką oto scenę z kultowej komedii Juliusza Machulskiego "Kiler - ów 2 -óch", gdzie dwóch gangsterów - Siara i Lipski, dzielą łupy, obrazując należny im udział przy pomocy kostek domina. Posłużę się cytatem z tej sceny:"Pomysł był mój, wykonanie było moje...". Pomysł na start w sztafecie był mój. Wykonanie moje w 1/3. Puchar należał mi się zatem jak burkowi zupa. Poza tym oni już mają w swojej kolekcji pucharu, a ja do tej pory nie miałem jeszcze, ani jednego. Nie byłem jednak okrutny. Dałem im dotknąć i potrzymać przez chwilę nasz puchar, który bezpiecznie będzie spoczywał u mnie w domu.


Najbardziej cieszy mnie fakt, że zostaliśmy pierwszymi, historycznymi zwycięzcami Olszakowego Ekidena. Staliśmy się historią tych zawodów. Zostanie po nas wyraźny ślad. Biegacze z następnych edycji będą porównywać swoje wyniki do naszego rezultatu. Non omnis moriar - nie wszystek umrę.