piątek, 1 marca 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #35_2019/3

Co za dużo to nawet świnia nie przeżre - głosi stara ludowa mądrość. Świnia może nie zje ponad miarę, ale Tomasz przebiegnie tyle, ile tylko mu się będzie chciało. Co tam dla niego dwa zawody w jeden weekend? To istna pestka. On w końcu zawsze daje radę. Dla niego bieg ponad miarę nie istnieje. Zapraszam do relacji z dwóch biegów. Takie combo przed Wami w tym wydaniu.


IV Maxcess Cross Zimowy Pobiedziska

Dziennik biegowy Tomasza.

07:15 Zbudziłem się. Nie było źle. Biorąc pod uwagę fakt, że dzień wcześniej na imprezie urzędowej z okazji nowego roku wypiłem trzy piwka, a na odchodne walnąłem toast z białego greckiego winka. 

07:25 Poranna toaleta poszła nadzwyczaj szybko i satysfakcjonująco. Nie będę wchodził w detale i szczególiki. 

07:37 Śniadanie zaserwowałem sobie do łóżka. Pieprzyć okruszki. Ważne, że wygodnie i smacznie. Netflix odpalony. „Stranger Things” gra i buczy. Carpiem Diem pełną gębą. 

08:29 Nerwowe pakowanie plecaka. Mam nadzieję, że wszystko zabrałem. Przekonam się na miejscu. 

08:46 Godzina „Z” jak zawody zbliża się nieubłaganie. Start o 11.00. Wyjazd 9.00. Nerwowo oczekuję na przyjazd moich biegowych rodziców. „Gdzie oni są?” pytam sam siebie i nie uzyskuje odpowiedzi. To chyba dobrze, bo obce głosy w głowie nie świadczą dobrze o naszej psychice. 

09:07 W końcu przyjechali mamusia i tatuś. Ruszyliśmy w drogę do Pobiedzisk. 

09:54 Jesteśmy na miejscu. Pakiety odebraliśmy szybko i sprawnie. Za 30 zł dostaliśmy dużo dobra. Najbardziej ucieszyło mnie piwo, ale siatka płócienna też była spoko. Pomieści dużo piwa. Szkoda, że po raz kolejny mam nieparzysty numer startowy. Jak ja tego nie cierpię. Wrrr….


10:04 Drugie śniadanie już za mną. Chleb z dżemem to jest to, co tygryski lubią najbardziej przed biegiem. 

10:25 Toaleta…balast odpłynął w wirze sraczowego Dunajca. Można ze spokojem biec. Ryzyko nagłego ataku resztek strawionego pożywienia zostało zminimalizowane. 

10:46 Rozgrzewka. Niezbyt intensywna. Poranny sobotni leń dał znać o sobie. Musiałem wpaść w oko fotografowi, bo trzaska mi zdjęcia z ukrycia jak głupi. Jeśli myśli, że nie czuję jego wzroku na swoim tyłku, to grubo się myli.


11:00 W końcu start. Ruszam ostro z kopyta niczym kulig w świątecznej piosence Skaldów. 

11:05 Pierwszy kilometr za mną. Czas 4m59s. Ostro mnie powaliło. Nie wiem, czy dam radę ukończyć bieg, po takiej ostrej szarży na początku. 

11:11 Zwolniłem. Drugi kilometr 5m13s. Sapie jak aktor porno w finałowej scenie, ale o nogi niosą. Trasa leśna, ale szeroka. Płaska jak brzuch i tyłek anorektyczki. 

11:17 Znowu wolniej. Kilometr nr 3 w czasie 5m16s. Sapię już trochę mniej. Napiłbym się wody.


11:22 Nogi i płuca chyba wygrałem na loterii. Mimo że dycham głośno, to nogi i tak ciągną do przodu. 5m11s na 4 kilometrze cieszy prawie tak mocno, jak rogalik maślany i kawa z mlekiem z rana podana wprost do łóżka. 

11:28 Piąty kilometr zaliczony w czasie 5m14s. Płaska część trasy dobiega końca. Zaczynają się schody. Nie ma windy, trzeba dreptać pod górę. Dobrze, że mam żelik. Szkoda, że nie mam go czym popić. 

11:35 Ciężko. Bardzo ciężko. Górka nie była stroma, ale ciągnęła się w nieskończoność niczym brazylijska telenowela. 5m56s na 6 km. Gorzej już chyba nie będzie.



11:40 Jest lepiej. Trochę bardziej płasko, ale nadal trasa przypomina pofalowany biust Pameli Anderson. Tęsknię za płaskim tyłkiem anorektycznej modelki. Czas 5m32s. Nawet nieźle jak na 7 km. 

11:46 Większego koszmaru już chyba nie przeżyję niż ten na 8 kilometrze. Wąsko było i w dodatku prawie cały czas pod górę. Odbiło się to na czasie tego kilometra – 5m44s. 

11:52 Nadal są górki, ale zrobiło się trochę szerzej. Dogonił mnie pewien biegacz. Podziękował, że „ciągnąłem” go cały czas od momentu startu. Jego słowa mnie zaniepokoiły, bo nie pamiętam, aby w ogóle kiedyś kogoś lub co gorsza, komuś ciągnął. Chyba mu się jednak podobało, bo się do mnie cały czas uśmiechał. 9 kilometr padł w czasie 5m41s. 

11:57 Do mety pchała mnie jedynie myśl, że to ostatni kilometr. W dodatku był to nawet szybki kilometr – 5m39s. Widok tabliczki usytuowanej na końcu 10 km, która informowała biegaczy, że do mety zostało „zaledwie” 500 m, był dla mnie jak soczysty policzek w dziób od organizatora. Z drugiej strony stwierdziłem, że niezły śmieszek musi być z niego, aby taką akcję zafundować zawodnikom. Każdy zapisywał się na bieg na dystansie 10 km, a w gratisie dostał jeszcze 500 m. Gdybym nie miał poczucia humoru, pewnie bym się wkurzył. 

12:00 W końcu meta. Medal na szyi zawiesił mi mój nowy szef – Adrian Nowak, skarbnik gminy Środa i organizator zawodów. Wydaje się spoko. Oby zagościł u nas jak najdłużej. Może będzie kiedyś okazja wspólnie pobiegać.


12.15 W końcu ugasiłem pragnienie. Apetyt też. W biurze zawodów była pyszna grochówka. Niech żałują wegetarianie i weganie wszelkiej maści, że nie był ich podniebieniom dane skosztować tego mięsnego przysmaku.


13.33 Nadszedł czas na pamiątkowe zdjęcia. Sesja była krótka, gdyż trzeba było wracać do domu, aby choć trochę odpocząć przed niedzielnymi zawodami w Środzie Wielkopolskiej. Wiem, że nie jest normalnym zachowaniem startować w dwóch zawodach w jeden weekend. Kto, jednak mówił, że ja jestem normalny.




IV Średzki Bieg Żołnierzy Niezłomnych 

Nogi jeszcze do końca nie odpoczęły, a już trzeba było biec. Taki los człowieka biegowego. Sam jednak zgotowałem sobie ten los, więc nie mogę narzekać. Na miejsce startu udałem się z moją Elką i jej pierworodnym berbeciem w okolicy godziny 10.00. Udział w biegu był bezpłatny. Wystarczyło jedynie wrzucić do puszki symboliczną kwotę 10 zł. Zebrana kwota miała wspomóc średzkich weteranów Armii Krajowej. Oprócz numeru startowego, którego wzór graficzny przypadł mi bardzo do gustu (pewnie dlatego,  że był niebieski, a wybitnie dobrze wyglądam w tym kolorze - pasuje mi do oczu) otrzymałem, także numer kwartalnika "Wyklęci". Chętnie oddam go za darmo, gdyż nie po drodze mi z tą tematyką. Narodowcy w celu obrażenia mojej cudownej i skromnej osoby, pewnie nazwaliby mnie lewakiem lub nawet gorzej - lewatywą. Takie epitety z ich ust uznałbym jednakże za komplement.  W końcu serce mam o lewej stronie. Po prawej by nie pikało tak dobrze. A czyż lewatywa nie przynosi upragnionej i wyczekiwanej ulgi? Bez serca i radości z ulżenia sobie w potrzebie nie ma  życia. Lewak to zatem osoba ciesząca się życiem, a prawak to? Wychodzi na to, że to osoba, która nie potrafi czerpać radości z życia, dlatego uprzykrza je innym, jak tylko może.



Zanim wystartował bieg główny na dystansie 10 km, odbyły się biegi dziecięce. Na najdłuższym dystansie 1200 m wystartował osesek Elkowy. Nie było łatwo, ale dał radę przebiec ten morderczy dla niego dystans. Cieszy mnie, że idzie w ślady konkubenta mamusi. Żeby nie było! Do niczego go nie namawiałem. Sam chciał. Był padnięty na mecie, ledwo oddychał, ale gdy dostał pamiątkowy medal i słodkiego wafelka, to od razu uśmiech pojawił się na jego twarzy.

Nie nastawiałem się na żaden dobry wynik. Odczuwałem zmęczenie po sobotnim biegu w Pobiedziskach. Niestety przez chorą tarczycę, moja regeneracja przebiega wolniej, niż u innych ludzi. Przyzwyczaiłem się do tego i zacząłem mieć to w głębokim poważaniu. Chciałem się zmieścić w jednej godzinie. Taki był plan. Rzeczywistość jak zawsze okazała się inna. Była piękniejsza! Czas 54m47s i średnie tempo 5m28s bardzo mnie cieszyło. Dzień wcześniej pobiegłem w takim samym tempie w Pobiedziskach. Obie trasy nie należały do najłatwiejszych. Moc jest w nogach. Moc jest ze mną mistrzu Yoda!


Opowiem trochę o samym biegu. Nie był on zbytnio interesujący. Czasami tak bywa. Może coś się działo, ale byłem za bardzo skupiony na utrzymaniu tempa biegu, aby rozglądać się na boki. Widziałem jedynie, że chłopcy narodowcy odpalili kilka rac. Nie wiecie może, czemu oni to robią? Gdzie się tylko pojawią, to race opalają. To chyba jakaś nowa świecka tradycja. Coś jak lanie wosku lub wróżenie z wnętrzności jaskółki. Bo chyba nie chodzi o oddanie hołdu pewnym ludziom? Niby jak w końcu odpalenie racy ma uczcić pamięć jakiejś osoby? Odpalenie racy następuje zazwyczaj w stroju galowym, jakim niewątpliwie są spodnie dresowe i bluza z kapturem, który obowiązkowo jest założony na głowę. Powaga, jaką niesie ze sobą strój sportowy, ni jak ma się do oddawania hołdu, dlatego w odpalaniu rac nie chodzi o uczczenie kogoś pamięci. Podejrzewam, a nawet mam dużą dozę pewności, że chodzi o zabawę. W końcu fajnie się świeci i dymi. Czego więcej trzeba? Moim zdaniem więcej powagi, ale ja mogę się mylić. W końcu jestem tylko lewakiem!


Pierwszy kilometr był w moim wydaniu ślamazarny. Nie była to wina mojego osłabionego organizmu. Spowodowane to było faktem, iż ustawiłem się na końcu stawki, a trasa na pierwszym kilometrze była bardzo wąska i nie dało się wytrzymać. Na drugim kilometrze udało mi się wyprzedzić sporo osób i mogłem biec szybciej. Gdzieś w połowie tego kilometra dopadłem Asię S. Nie bój się Elka - dopadłem, w sensie dogoniłem. I tak biegłem sobie z nią do prawie końca biegu. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem było, że byłem w stanie biec z Asią w jej tempie i w dodatku prowadzić jeszcze ciekawą konwersację. Uciekła mi dopiero na ostatnich 300 m trasy. Najwolniejszy czas zanotowaliśmy na 4 kilometrze (5m34s.) Pozostałe kilometry zostały przez nas zaliczone w czasie poniżej 5m30s każdy. Równe i dość wartkie tempo udało nam się zachować od 7 km, aż do samej mety. Zegarek wskazał mi, że ostatnie 4 kilometry biegliśmy w tempie od 5m14s do 5m20s na kilometr. Szybko! Mam nadzieję, że na wiosnę będzie jeszcze szybciej. Są ku temu dobre oznaki.


Najważniejszą sprawą dla mojego honoru było wyprzedzenie na trasie Mariusza, zwanego Kosą, który wykorzystał moją ubiegłoroczną słabość i nieznacznie mnie wyprzedził na mecie podczas poprzedniej edycji tego biegu. Chciałem mu pokazać, że to był jedynie wypadek przy pracy. Wyprzedziłem go na drugim kilometrze i nie pozwoliłem się zbliżyć nawet na krok. Odzyskałem honor. Teraz mogę już biegać ze spokojem ducha.



Joasia Kulig śpiewała o dwóch serduszkach i czterech oczach w genialnej "Zimnej Wojnie" Pawła Pawlikowskiego.  Ja opowiedziałem Wam o jednym weekendzie i dwóch biegach. Mam nadzieję, że się podobało. W ten weekend będę tropił wilcze gniazda w Poznaniu. Mam nadzieję, że od tej liczby "biegów wyklętych" nie zmieni mi się światopogląd. Uchowaj od tego Panie!

poniedziałek, 25 lutego 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #34_2019/2

Love is in the air...All you need is love...Ti amo, Ti amo, I'm crazy for you i takie tam ram pa pam pam w ten deseń cóś tam. Pora na relację z Biegu Walentynkowego z Poznania, gdyż walentynki już dawno za nami.


Podobno swoją połówkę idzie łatwo znaleźć w sklepie monopolowym. Za rzadko tam zaglądam, aby się o tym przekonać. Ja swoją odnalazłem w internecie. Elka, zanim zachwyciła się muskularnym, pokrytym sierścią ciałem oraz cudnym i skromnym zarazem charakterem, to najpierw zakochała się w moich tekstach, które publikowałem w owym czasie już od dawna w sieci. I kto powiedział, że  pisanie głupich tekstów nie może przynieść nic dobrego? Mnie przyniosło Elżbietę. Nie żałuję, a wręcz się cieszę. I wiem, że ona też się cieszy. Widać to po niej, a że kłamać nie potrafi, to jestem tego tym bardziej pewien.


Wcześnie się dla mnie zaczął ten weekend. Pobudka o 7.00 rano w sobotę nie jest chyba nikogo marzeniem, ale czego się nie robi, aby pobiegać w doborowym towarzystwie, a za takie uważam Anetę, Sylwka i jego córkę Amelię. Udałem się z nimi  nad malownicze jezioro Rusałka, aby trochę pobiegać. Bieg rozpoczynał się dopiero o godzinie 12.00. Musieliśmy być jednak być wcześniej, aby latorośl Sylwestra zdążyła wystartować w swoim biegu. Był piękna słoneczna pogoda. Oczekiwanie na bieg w pięknych okolicznościach przyrody minęło bardzo szybko. Podobnie jak sam bieg, bo 5 km to lichy dystans. Zdecydowaliśmy się jednak biec "piątkę", a nie "dychę", aby mała Amela zbyt długo nie musiała na nas czekać.



Bieg odbył się w bardzo romantycznych okolicznościach przyrody. Miejsce startu było pełne błota, które od razu skojarzyło mi się zabiegami, które oferują dla par gabinety SPA, zwłaszcza w czasie walentynek. Błotko wyglądało jak gorąca czekolada, którą masuje się ciała kochanków, aby dać ulgę ich ciałom oraz pobudzić ich zmysły przed figlarnymi igraszkami. Nie ryzykowałem z nim jednak kontaktu, gdyż bałem się, że mogłoby jeszcze przypadkiem coś tam we mnie pobudzić. A co miałbym zrobić z takim pobudzeniem? Elka była daleko. Nie miałbym i tak jak go wykorzystać. Byłaby to gra niewarta świeczki. A co by było, jakby nie pobudziło? Paradowałbym jedynie jak głupek w okolicach jeziora, cały umorusany błotem. Sylwek, też raczej nie byłby happy, gdybym brudnym tyłkiem wpakowałbym się do jego auta. 


Zawody rozpoczęły się punktualnie w samo południe. Było gorąco, słonecznie. Zupełnie jakby był kwiecień, a nie połowa lutego. Żałowałem, że nie zabrałem krótkich spodenek. Na starcie było tłoczno. Pierwsze metry trasy cechowały się olbrzymim zagęszczeniem biegaczy na metr kwadratowy. Zupełnie nie dało się biec. Lubię spokojnie rozpoczynać biegi, ale tempo 6:20 na km to gruba przesada. Musiałem przebiec sporo metrów, zanim udało mi się znaleźć trochę wolnej przestrzeni na poboczu. Udało mi się wyprzedzić kilkanaście osób. Po chwili jednak utknąłem na kolejnej fali biegaczy, która znów mnie spowolniła. Tym razem miałem jednak więcej szczęścia, gdyż pewien facet znacznych rozmiarów podobnie jak ja, miał dosyć maruderów biegnących przed nami. Ostro ruszył do przodu, niemal taranując innych biegaczy. Długo się nie zastanawiałem i ruszyłem za nim. Oczyścił mi drogę w sposób wręcz wzorcowy. Wyprzedziłem go po paru minutach i w końcu miałem przed sobą trochę wolnej przestrzeni. Nareszcie mogłem biec w swoim tempie, a nie tempie narzuconym mi przez otoczenie.



Drugi kilometr przebiegłem znacznie szybciej niż pierwszy. To dobrze wróżyło. Nie miałem szans na dobry wynik, ale nadal liczyłem, że dobiegnę do mety w jakimś przyzwoitym czasie. Miałem ku temu dobre przesłanki, gdyż udało mi się podkręcić delikatnie tempo na trzecim kilometrze. Wtedy to dała też znać o sobie moja bujna wyobraźnia. Ujawniła się ona, gdy przebiegaliśmy ścieżką otoczoną z dwóch stron płotem drucianym. Nagle poczułem się jak wiezień Auschwitz lub jakiegoś innego obozu, który po raz pierwszy przekracza obozową bramę i żegna się z wolnością. Efekt przytłoczenia potęgował dodatkowo ścisk panujący na trasie. Czułem się strasznie w tłumie otoczonym drucianym płotem. Musicie mi przyznać, że kawał chorego ze mnie skurczybyka. Bieg walentynkowy a ja tu o obozach koncentracyjnych zaczynam gadkę. Co poradzę, że moja wyobraźnia jest taka, a nie inna. Coś mi jednak podpowiada, że  za to mnie właśnie lubicie i dlatego czytacie moje przemyślenia, które często wybiegają poza standardowy sposób myślenia. 



Bieg ukończyłem z czasem 27:04 min. Nie był to, nawet jak na mnie, dobry wynik. Pocieszające było jednak to, że każdy kolejny kilometr przebiegałem w krótszym czasie (1 km - 5:53 min, 2 km - 5:32 min, 3 km - 5:21 min, 4 km - 5:19 min, 5 km - 5:05 min.). Dobrze to wróży na wiosnę. Fakt, że ostatni kilometr miałem zdecydowanie najszybszy, cieszy mnie najbardziej. Nóżki niosą, a jak dalej będę pracował nad ich mocą, to będą niosły jeszcze szybciej, dalej i mocniej. Aż pewnego dnia będę zapieprzał tak szybko, jak nagina się w bajkach w siedmiomilowych butach, tylko z tą różnicą,  że w moich ukochanych "najkach" vomero rzecz jasna, a nie w jakiś tam bajkowych bamboszach. Tego mi życzcie drodzy i wierni "czytacze".


czwartek, 21 lutego 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #33_2019/1

Witam w nowym roku. Nadal biegam i ciągle piszę. Jedynie co ulega zmianie to sposób numeracji mojej kroniki. Postanowiłem, że będzie ona ciągła. Aby jednak nie pogubić się, od tego wpisu będę dodawał także rok, którego dotyczy tekst na blogu, a po nim numer wydania w danym roku. 

Jaśniej będzie, jak omówię to na przykładzie:

#33_2019/1, gdzie

#33 oznacza kolejny numer kroniki, licząc od początku, bez uwzględniania roku, w którym ukazał się tekst, 

2019 - rok publikacji tekstu,

/1 - numer tekstu opublikowanego w danym roku.

Pora w końcu na lekturę tekstu właściwego. Przyjemności.


Tomaszowi od samego rana w jego głowie towarzyszyły słowa utworu Sylwii Grzeszczak "Nowe szanse". Nawet w chwili ogromnego skupienia, podczas porannej toalety, ciągle słyszał tekst: "Kolejny dzień przynosi nam nowe szanse". Rozmyślał nad sensem tych mądrych słów, ale za nic nie mógł odkryć ich znaczenia. Nie wynikało to z niskiego poziomu jego inteligencji, a jedynie z braku czasu do pomyślunku. Tomasz śpieszył się na bieg, gdyż jego przypadku każdy kolejny dzień przynosi szanse ... na nowy medal, takich szans nie wolno zaprzepaścić. 

Spakowany w pośpiechu plecak Tomasz założył na ramię i wybiegł szybko z domu, jakby go goniły jakieś dzikie bestie w niecnych celach. A wszystko to, bo był już spóźniony, a Sylwester, Aneta i Filip oczekiwali na niego w aucie niecierpliwie. Nie miał on w zwyczaju spóźniać się, aczkolwiek od święta zdarzało mu się czasem wystawić cierpliwość swoich przyjaciół na próbę. Nie robił tego umyślnie. To było nie w jego stylu. Po prostu samo mu tak wychodziło. A miało to miejsce zazwyczaj wtedy, gdy za bardzo pochłonął go jakiś serial. Można zaryzykować stwierdzenie, że seriale miały na niego zły wpływ. Tomasz zdawał sobie z tego sprawę, ale nie zamierzał zmieniać nic w tej kwestii, zwłaszcza teraz po opłaceniu subskrypcji Netflixa.


Droga do Łękna, gdzie wraz z grupką przyjaciół wystartować miał w III Zimowym Półmaratonie przebiegła bardzo szybko. Jakże mogło być inaczej skoro Środę Wielkopolską od miejsca zawodów dzieliło zaledwie 14 km. W biurze zawodów odbiór numerów startowych przebiegł bardzo sprawnie. Tomaszowi zostało zatem sporo czasu na rozgrzewkę. Zamiast rozgrzać porządnie swoje mięśnie przed ciężkim zimowym biegiem, wolał on jednak oddać się luźnej rozmowie z kolegą klubowym Marcinem. Pobieżna rozgrzewka trwająca zaledwie 3 minuty musiała wystarczyć na całe dwie pętle, które łącznie miały dać dystans 21,1 km.

Na starcie nie było jakoś specjalnie tłoczno, ale to nie powinno dziwić. Kto normalny pragnie biec 21 km po lesie w zimie i to w dodatku na lodzie i śniegu? Nikt normalny. Sami popierdoleni biegli! Ale tacy są najlepsi! Normalność była dla Tomasza przereklamowana. Widać to było po jego twarzy na starcie, bo szeroki uśmiech nie schodził z jego twarzy na samą myśl o trudnym biegu. Czuł się w towarzystwie reszty popierdolonych biegaczy tak komfortowo, jak gruby złoty łańcuch na szyi czarnego rapera. Wiedział, że na trasie nie będzie łatwo, ale na pewno nie będzie też nudno. Ta myśl nakręcała go do startu, który miał mieć miejsce punktualnie o godzinie 11.00.   

Jeszcze nigdy nie startował na takim dystansie w zimie. Nie była to jednak jedyna nowość dla Tomasza. Już przed biegiem postanowił sobie, że ów bieg będzie dobrą okazją do przetestowania nowych akcesoriów do biegania. Zimowy półmaraton w Łęknie miał być zatem dla niego takim biegiem próby. Zwykłym testem. Czas miał mieć znaczenie drugorzędne. Najważniejsze było sprawdzenie w boju takich akcesoriów jak: zegarek, koszulka termiczna, bokserki i sztyft na odparzenia i otarcia.

Niecały tydzień przed biegiem kupił sobie nowy zegarek do biegania. Stary działał i miał się dobrze, ale czuł, że potrzebuje nowego już sprzętu, bo jego stary Tom Tom Runner 2 był już dość archaiczny. Miał mały i niezbyt czytelny wyświetlacz. Pomiar GPS nie był zbyt dokładny, a samo znalezienie swojej pozycji przed biegiem, bez uprzedniego podłączenia go do kompa, aby pobrać pliki quick gps, trwało momentami wieki. Nie miał też pomiaru pulsu z nadgarstka, a kupowanie do niego pasa na klatkę piersiową  za ponad 200 zł, aby mierzyć sobie tętno, nie miało najmniejszego sensu, gdyż sam zegarek wart był nie wiele więcej. Tomasz długo szukał nowego sprzętu pomiarowego. Stwierdził, że zakup najtańszego zegarka nie ma sensu, bo będzie on zbyt mało funkcjonalny dla niego. Z kolei zakup drogiego modelu będzie mijał się z celem, gdyż nigdy nie skorzysta z wielu opcji, które będzie oferował. Postanowił kupić coś  ze średniej półki. Od początku wiedział, że będzie jakiś model marki Garmin, gdyż to firma sprawdzona w boju przez wielu biegaczy. Cieszy się renomą, a design ich zegarków bardzo mu się podoba. Po obejrzeniu wielu testów zegarków na You Tube, jego wybór padł na model Forruner 735 XT. Ma on czytelną tarczę zegara, mało waży i cudnie wygląda na jego ręce. Podczas biegu sprawdzał się idealnie. W sposób bardzo czytelny pokazywał wszystkie potrzebne podczas biegu parametry tj. tętno, czas, dystans, tempo. Nie musiał już Tomasz w końcu mrużyć oczu, aby dostrzec na zegarku wszystkie potrzebne mu parametry. Mógł teraz śledzić na bieżąco swój puls, dlatego czuł się bezpieczniej. Mógł teraz biegać bez obawy, że serce zacznie mu za mocno bić. To było najlepiej wydane 1200 zł w życiu Tomasza od dawien dawna.


Dzień przed zawodami, korzystając z promocji w sklepie klubowym Polonii Środa, nabył nasz kochany bohater nową koszulkę termiczną z długim rękawem za 90,00 zł. Jego stara, którą używał od dwóch lat, już tak nie grzeje w zimne dni, jak powinna. Nadeszła pora na nową. Zdecydowanie nadeszła. Upatrzył sobie Tomasz taką ładną, błękitną, ale niestety nie było jego rozmiaru i musiał kupić białą. Wyglądał w niej jak mały cherubinek. Kolor był jednak sprawą drugorzędną. Najważniejsze było, że bardzo dobrze sprawdziła się podczas biegu. Zapewniła mu dużą dawkę ciepła, a odprowadzanie potu na zewnątrz działało w niej wręcz wzorcowo. Szczerze mógł polecić koszulki termiczne marki Joma. I robił to na każdym kroku. Owa koszulka sprawdzała się nie tylko podczas biegu. Można w niej było spokojnie oddać się innym aktywnościom na świeżym powietrzu w mroźne dni. 

Osoby, które mają masywniejsze uda, pewnie nie raz miały problem z otarciami i odparzeniami, tak jak zdarzało się to Tomaszowi. Gdy skóra na wewnętrznych częściach ud ociera się o siebie nawzajem, powstają bolesne otarcia. Ta przypadłość mu się to dość rzadko latem, gdyż bohater ma dobre spodenki, które chronią jego uda przed tego rodzaju przykrościami. Nie może tego jednak Tomasz powiedzieć o swoich spodniach do biegania w porze zimowej. Zaczęło go to dość mocno irytować, że po każdym treningu w długich leginsach ma odparzone uda. Nie jest to przyjemne i rozumiem dobrze irytację Tomasza. Przez kilka dni boli, piecze i doprowadza do szału. Postanowił w końcu coś na to zaradzić. Z pomocą przyszedł mu jego ulubiony sklep z odzieżą sportową - Decathlon, który oferuje darmową wysyłkę kurierską bez względu na kwotę zamówienia. Miał on w swojej ofercie mega wygodne bokserki do biegania, które zakrywały całe uda, aby skutecznie chronić je przed otarciami. Aby, na stałe zażegnać bolesny problem z udami kupił, także sztyft na otarcia na bazie wazeliny. Pięknie nawilża skórę. Pomyślał, że można by go użyć do innych celów. Problemowa mogłaby być jedynie jego aplikacja na inne części ciała, niż wskazuje producent. Dla chcącego jednak nic trudnego. Jeśli będziecie testować ten sztyft w sypialni, to koniecznie dajcie znać Tomaszowi, bo jest chłopak ciekaw, czy się da. Cholernie ciekaw.


Pora wrócić do meritum dzisiejszego tekstu i historii średzkiego biegacza. Od początku ruszył on spokojnym krokiem. Chciał biec wolniej, ale jak to zwykle bywa, tłum go poniósł i biegł trochę szybciej. Nie czuł tego tempa, gdyż w grupie zawsze biegnie się łatwiej. Po 2 km zwolnił trochę, bo wiedział, że takim tempem biegu to za daleko nie zajedzie. Parę osób wyprzedziło Tomasz, z którymi biegł od samego startu. Nie przejął się tym zbytnio. Ważne dla niego było, aby biec w swoim równym tempie. Trasa nie należała do najtrudniejszych, ale nie była też super łatwa. Miała kilka łagodnych podbiegów. Bieg utrudniał jedynie śnieg, lód i wąskie leśne ścieżki. Ścieżki były tak naprawdę szerokie, ale do biegu nadawały się jedyne wąskie fragmenty wybiegane przez zawodników. Na pozostałych fragmentach trasy zalegał śnieg i lód. Zaistniały stan rzeczy nie sprzyjał łatwemu wyprzedzaniu. Widoki za to były piękne. Obcowania z przyrodą nigdy z wiele. Zwłaszcza gdy na co dzień mieszka się w  PRL-owskim bloku. Tomasz nie zawracał sobie głowy wyprzedzaniem. Wiedział, że zbyt wiele osób nie wyprzedzi, bo konkurencja była mocna. Na tego typu biegi zapisują się jedynie osoby kochające mocno bieganie, a nie "niedzielni biegacze". Nie ma na takich biegach atrakcyjnych gadżetów w pakietach startowych ani nie można się pochwalić na fejsie, że biegło się w jakimś powszechnie znanym i akurat będącym na topie miejscu. Na takich zawodach jak w Łęknie konkurują ze sobą osoby, które naprawdę bardzo dobrze biegają, albo takie, które szukają nowych wrażeń i ciągle szukają nowych tras. Nie muszę chyba mówić, do jakiej grupy zalicza się nasz ulubiony bohater? Wiadomo, że Tomasz dobrze biega, ale bardziej niż wyniki kręcą go starty na nieznanych mu trasach. Taki biegowy odkrywca z niego. Prawie kuźwa jak Krzysztof Kolumb!


Pierwsza pętla minęła Tomaszowi  jak z bicza strzelił lub jak ktoś woli, jak do piczy strzelił. W sensie szybko. Na początku drugiej pętli nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy. Nasz uroczy bohater postanowił dodać sobie sił do dalszej walki małym żelem energetycznym. Wyciągnął go ze swojego pasa biegowego. Nie spostrzegł jednak, że gdy wyciągał żelik, to drugi energetyczny przysmak, przeznaczony na późniejszy czas, wyślizgnął mu się z kieszonki całkiem niezauważenie. Zupełnie nieświadom zaistniałego zdarzenia, skonsumował żel, popił go wodą i ruszył w dalszą trasę. Biegł sobie dalej, całkiem spokojnie, zupełnie nie wiedząc, że zapas energii na ostatni etap trasy spoczywa sobie gdzieś w śniegu daleko za nim. Biegł tak jakoś 10 minut całkiem sam w swoim równym tempie, gdy nagle poczuł, że ktoś puka go w lewe ramie. Na początku był delikatnie zdezorientowany. Nie wiedział, co się dzieje. Jego pierwszą myślą było, iż jakiś szybszy biegacz chce go wyprzedzić, a on blokuje mu drogę. Pewnym ruchem obrócił się i spojrzał za siebie przez lewe ramię. Jego oczom ukazała się niewiasta, którą wyprzedzał jakiś czas temu. W ręku trzymała jego zgubiony żel. Z uśmiechem na twarzy oddała go Tomaszowi, mówiąc, że chyba coś zgubił. "Nie chyba, a na pewno" - pomyślał Tomasz, z radością wyciągając rękę po swoją cenną zgubę. Podziękował ładnie za uratowanie mu życia i szybkim krokiem podążył dalej w kierunku mety. Dobrze, że są jeszcze na tym świecie dobrzy i uczciwi ludzie, bo inaczej Tomasz bez swojego żelu pewnie by padł gdzieś na trasie i zakończyłby swój żywot - żywot człowieka urodziwego.


Do mety było już bliżej niż dalej. Tomasz biegł sam, ale gdzieś w oddali daleko przed sobą dostrzegł biegacza w żółtej koszulce i wtedy w jego głowie pojawiła się myśl: "Dopadnę go!". Nasz bohater rozpoczął pogoń za swoją ofiarą. Przyśpieszył, aby ją dopaść jak najszybciej. Nie chciał jednak przeszarżować, dlatego zwiększał swoją prędkość w sposób stopniowy, cały czas kontrolując parametry biegu takie jak tempo i tętno, które pokazywał mu jego nowy zegarek. Z każdą kolejną upływającą minut, czuł, że dystans do biegacza w żółtej koszulce Lubońskiego Klubu Biegacza się zmniejsza. Po przebyciu dwóch kilometrów był już tuż za nim, mógł go wyprzedzić, ale się wstrzymał. Miał ochotę się z nim zabawić. Postanowił biec tuż, zanim tak długo, jak to będzie możliwe, aby Luboński biegacz poczuł się jak dzika zwierzyna, która ucieka w lesie przed łowcą. Chciał, aby czuł na plecach jego oddech. Było to zachowanie podobne do hieny, która podąża za swoją ofiarą w oczekiwaniu na jej śmierć. Tomasz zaczaił się na biegacza i czekała, aż tego opuszczą siły. Jak wiadomo, łatwiej się goni, niż ucieka. Ucieczka zabiera więcej sił i nerwów. Biegł tak Tomasz za swoją ofiarą dobry kilometr. Widział, że facet w żółtej koszulce traci siły w zastraszającym tempie, Wtedy postanowił go dopaść i zakończyć tę nierówną walkę. Wbiegł na pobocze. Szybko i sprawnie wyprzedził Lubońskiego zawodnika. Znacznie zwiększył tempo biegu, aby jego ofiara porzuciła wszelką nadzieję na podjęcie walki o utraconą pozycję. Tomasz w dość krótkim czasie znacznie oddalił się od swojej ofiary, aż w końcu zupełnie zniknął z jego pola widzenia.


Ostatnią część trasy pełen uroku i naturalnego wdzięku biegacz Polonii zmuszony był pokonać sam. Przed sobą nie widział innych biegaczy. Wiedział jedynie, że gdzieś daleko za nim podąża biegacz z Lubonia, którego kosztem już jakiś czas temu się zabawił. Gdy tak biegł sobie samotnie po leśnej ścieżce w otoczce zimowego klimatu, nagle odezwała się jego bujna wyobraźnia. Zaczął wyobrażać sobie, że jest jeńcem wojennym, który właśnie uciekł z niemieckiego obozu i myśli tylko o tym, aby uciec jak najdalej od swoich oprawców. Biegł tak szybko, jak tylko mógł. Myślał tylko o tym, aby pobiec tak daleko, jak go nogi poniosą. Do domu - do mety. Niestraszna mu była dzika zwierzyna. Przynajmniej do momentu jakby taką spotkał. Podążał śnieżnym szlakiem. Czuł, że zapewni mu on upragnioną wolność. W głowie siedziała mu jedynie jedna myśl. Nie potrafił się jej pozbyć. Towarzyszyła mu od momentu startu, a brzmiała ona:"Tylko się nie wyjeb." Była to roztropna myśl, gdyż wywrotka na śniegu mogłaby mu zrujnować plany na cały długi sezon.


Tomasz na mecie zameldował się ostatecznie z czasem 2:09:22. Jeszcze nigdy nie biegał tak szybko w styczniu. Nabiegał dobry wynik i to w dodatku na niezbyt łatwej trasie. To było oznaką, że treningi siłowe, którymi katuje swoje nogi od dwóch miesięcy, dają efekty. Strach pomyśleć jak szybko będzie biec na wiosnę. Tomasz nie wybiegał jeszcze jednak tak daleko myślami do przodu, gdyż wiedział, że nie można zbyt wcześnie witać się z gąską, a już tym bardziej z nowym rekordem życiowym w "połówce", zanim się go nie nabiega.



sobota, 16 lutego 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #podsumowanie_2018

Dosyć często odwołuje się w swoich tekstach to  treści popularnych utworów. Nie mogę się tej praktyce oprzeć, bo jak tu nie cytować słów piosenek, gdy idealnie pasują do danej chwili. Pasują tak idealnie, jak słowa nieśmiertelnego utworu Maryli Rodowicz pt. "Ale to już było"do podsumowania całego biegowego 2018 roku -Ale to już było i nie wróci więcej. I choć tyle się zdarzyło, to do przodu wciąż wyrywa głupie serce. 



Rok 2018 na pewno się nie powtórzy. Nawet jeśli przebiegnę taką samą liczbę kilometrów w zawodach w tym roku i zdobędę taką samą liczbę pamiątkowych medali, to i tak rok 2019 będzie inny. Każde zawody są inne, a upływ czasu powoduje u nas zmianę postrzegania niektórych rzeczy oraz zmianę poziomu radości z przeżywania przygód. W ubiegłym roku zdarzyło się wiele, ale mam ochotę na jeszcze więcej w tym roku, bo "[...] choć tyle się zdarzyło, to do przodu wciąż wyrywa głupie serce.". Chęci do biegania i pisania są, oby tylko nogi niosły, a palce swobodnie stukały w klawisze klawiatury.

Statystyk ze mnie taki, jak mawia Ferdek Kiepski, jak z koziej dupy trąbka. Postaram się Wam jednak przedstawić krótki rys statystyczny sezonu biegowego 2018. Same suche fakty i liczby. Mam nadzieję, że to przeżyjecie. W dalszej części będzie ciekawiej. Obiecuje i przysięgam jak schabowego i ryż ze sosem słodko - kwaśnym i kurczakiem kocham.

ROK 2018 w liczbach

Liczba startów - 31 (byłoby 32, ale jeden bieg mi odwołano)

Liczba zawodów według dystansu trasy:

1,6 km - 1 (Piwna Mila)

4,3 km - 1

5 km - 3

10 km -16

10,8 km - 2

12 km - 1

15,54 km - 1 (Wings for Life)

Półmaraton - 6

Liczba przebiegniętych kilometrów (zawody i treningi) - 927 

Najdalszy wyjazd na zawody - Kielce (346 km)

Rok 2018 przyniósł mi dwa nowe rekordy życiowe. Jeden w półmaratonie, drugi na dystansie 5 km. W połówce rekord pobijałem dwukrotnie. Najpierw w marcu w Poznaniu, a następnie we wrześniu w Zbąszyniu. Po raz pierwszy udało mi się w ubiegłym roku ukończyć ten dystans w czasie poniżej 2 h. Zrobiłem to, aż trzy razy. Tylko raz trasa była źle zmierzona - brakowało jej kilkuset metrów. W porównaniu z  rokiem 2017 poprawiłem się o całe 5 minut i 21 sekund. To całkiem sporo. Życiówka na poziomie 1:56:31 napawa mnie dumą. Nie powiedziałem jednak w tej kwestii ostatniego słowa. Będę się starał w tym roku poprawić ten rezultat. Będzie o to ciężko, ale trzeba sobie wyznaczać nowe cele do realizacji. Z rekordowym wynikiem na "piątkę" było mi o wiele łatwiej. Ustanowiłem go w pierwszych zawodach w sezonie na tym dystansie, których trasa posiadała atest Polskiego Związku Lekkoatletyki, we wrześniu w Poznaniu. Wynik 25:33 nie prezentuje się jakoś wybitnie, ale mało biegam na tym dystansie, a jeszcze mniej startuje w zawodach. Spróbuję w tym roku zejść poniżej 25 minut. Kilka biegów ma szybką trasę. Może się zatem uda. 

Nie będę się rozpisywał, który bieg był najlepszy, a który najgorszy. Wyróżnię jedynie Bieg Zbąskich ze Zbąszynia. Jest to mały półmaraton, ale bardzo dobrze zorganizowany, a panuje tam dobra, wręcz przyjacielska atmosfera. Skupię się natomiast  na wyróżnieniu medali i numerów startowych. Poniżej zaprezentuje Wam moje ulubione medale i numery startowe z roku 2018. Oto TOP 7 2018 roku.

Medale

Nocna Dycha Kopernika


Rock Run Jarocin



III Cross Sułkowskiego



Bieg Czerwca 1956



III Bieg Niepodległości



Zimowa Dziesiątka Nocnego Puszczyka


I Bieg im. Średzkich Powstańców Wielkopolskich 





Numery startowe

IV Bieg Powstania Wielkopolskiego


6 Profi Bieg Uliczny 


IV Bieg Zajączka Wielkanocnego


Skyway Run Gdańsk


III Miłosław Biega Bieg Powstańca


Rock Run Jarocin


IV Bieg im. Bohaterów Powstania Wielkopolskiego


Co to za podsumowanie bez podziękowań. Każda gwiazdeczka dziękuję, gdy odbiera jakąś nagrodę. Mimo tego, że ja nie odbieram żadnej nagrody, to i tak podziękuję, bo w końcu bycie gwiazdeczką zobowiązuje. Nie mogę odbiegać od wypracowanych i praktykowanych standardów. Chciałbym zatem podziękować:

- Ekipie Polonii Środa za przyjęcie mnie do swojego grona. Od urodzenia jestem jedynakiem, ale w sekcji czuję się, jakbym miał wiele sióstr i braci.

- Sylwkowi i Anecie za wspólne wyjazdy i motywowanie mnie do kolejnych startów oraz za opiekę nad moją młodą osóbką. Mogę ich spokojnie nazwać moimi rodzicami od biegów. "Tata" Sylwester to uzdolniony fotograf. Gdyby nie on to nie miałbym tylu cudownych fotek z biegów. Z kolei, gdyby nie "mama" Aneta, to pewnie nigdy nie miałbym prosto przypiętego numeru startowego. 

- Moje Elce, która znosi moje fanaberie biegowe i zawsze planuje zajęcia weekendowe po uprzedniej konsultacji ze mną, czy przypadkiem w dany weekend gdzieś nie biegnę. A że biegam często, to ciężko jest się zgrać. Dzięki za wyrozumiałość Maleńka.

Mam nadzieję, że Witek Gombrowicz nie będzie miał mi za złe, gdy pożyczę sobie zakończenie z jego utworu "Ferdydurke, do tego oto krótkiego podsumowania biegowego roku 2018. Myślę, że jest ono adekwatne i wybitnie oddaje mój obecny, radosny stan duszy - "Koniec i bomba a kto czytał ten trąba". Dziękuję i zapraszam na relację z biegów z obecnego sezonu.