piątek, 20 września 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #53_2019/20

Pobiedziska Triada biegowa dobiegła końca. Po występie w zawodach na 10,5 km oraz na 5 km, przyszła pora sprawdzić się na dystansie półmaratonu i tym samym pożegnać na jakiś czas zawody w Pobiedziskach. Czas najwyższy odkryć nowe tereny do biegania. Kronika w formie dialogu.


- Wysoki Sądzie. Zupełnie nie wiem zupełnie, co we mnie wstąpiło. Zazwyczaj nie zdarza mi się paradować po mieście w nocy krzycząc wniebogłosy, że jestem "pieprzoną kozicą górską." Musi mi jednak Sąd wybaczyć moje karygodne zachowanie, gdyż nie co dzień zdarza mi się złamać dwie godziny na półmaratonie i to w dodatku na niemalże górskiej trasie, gdzie różnica wzniesień wynosi 300 m.

- Z całym szacunkiem, ale w opinii Sądu i zdaje się każdego dorosłego i rozsądnego obywatela naszego kraju, nic nie jest w stanie wytłumaczyć takiego skandalicznego zachowania. Proszę mnie jednak przekonać. Może uda się Panu przedstawić jakieś sensowne argumenty. W jakim biegu brał Pan udział w niedzielny poranek?

- XXX Półmaraton Jagiełły w Pobiedziskach. To nie byle jaki bieg. Liczne podbiegi i leśny plener sprawiają, że człowiek czuje się, jakby biegł po szlakach Karkonoszy, a nie po drodze asfaltowej w wielkopolskich Pobiedziskach. Na dystans 21 km składały się dwie pętle. Start następował koło Szkoły Podstawowej im. Kazimierza Odnowiciela. Biegliśmy w kierunku wsi Kociałkowa Górka, gdzie następowała nawrotka, powrót na metę i druga pętla. Pogoda sprzyjała. Było ok. 20 stopni, wiał chłodny wiaterek i nie było, jak to zwykle miało miejsce o tej porze roku, palącego słońca. I tak było jednak kurewsko ciężko!


- Przypominam Panu, że znajduje się Pan w budynku Sądu. Proszę zatem powagę i poszanowanie zasad szeroko pojętego dobrego wychowania. Używanie wulgaryzmów nie jest uznawanie za zachowanie akceptowalne w przestrzeni publicznej. W przypadku niezastosowania się do mojego nakazu, zmuszony będę nałożyć na Pana karę porządkową w wysokości 100 stawek dziennych.

- Wysoki Sądzie, szczerze przepraszam. To się już nie powtórzy. Użycie przeze mnie wulgaryzmu spowodowane było nagłym napływem emocji związanym z emocjonalnym powrotem do zdarzeń z tego cudownego biegu.

- Proszę kontynuować Panie Tomaszu. Tylko teraz już proszę bez wulgaryzmów.


- Ruszyłem powoli. Nie chciałem szarżować od początku zawodów na tej trudnej trasie. Przez chwilę przeszło mi nawet przez myśl, aby biec z grupką biegaczy prowadzoną przez pacemakerów na czas 2h20m. Stwierdziłem jednak, że czuję się na siłach, na osiągniecie o wiele lepszego rezultatu. Ustawiłem się z grupką, która miała biec na czas 2h10m. Biegłem z nimi nawet parę minut. Prowadzący tą grupkę pacemakerzy (dwaj panowie) nie przypadli mi zbytnio do gustu. Jacyś tacy drętwi i mało kontaktowi byli. Postanowiłem ich wyprzedzić, a że nóżka dobrze podawała, to dogoniłem „zajączków” biegnących na czas dwóch godzin. Byli to właściwie zając i zajęczyca. Okazali się bardzo zabawnymi ludźmi, z którymi zamieniłem kilka ciekawych zdań. Razem pośmialiśmy się utworów puszczanych przez głośnik bluetooth. Muzyką podczas biegu raczył siebie i innych biegaczy pewien starszy Pan. Nie uwierzy Sąd, czego ten jegomość słuchał. Lepiej od razu powiem, że rześki emeryt słuchał powszechnie znanego motywu z baletu Piotra Czajkowskiego „Jezioro łabędzie”. Przyznam szczerze i bez bicia, że wybitne dobrze się biegło przy tej muzyce. Czułem się lekko jak baletnica w balerinach. Szkoda, że starszy fan Czajkowskiego znacznie przyśpieszył i mi uciekł. Moje uszy, dusza i nogi pozbawione zostały energetycznych dźwięków. Trudno. I tak trzeba było biec dalej.


- Do rzeczy Panie Tomaszu!

- Do tego właśnie zmierzam. Bez dokładnego opisu zdarzeń na trasie biegu nie będę Wysokiemu Sądowi wyjaśnić przyczyn mojego karygodnego zachowania.

- Niech Pan się streszcza. Poproszę mniej popisów literackich, a więcej faktów.

- Postaram się, ale mogę nie dać rady. A więc… Zapewne znana jest Wysokiemu Sądowi postać naszego zacnego woja Zawiszy Czarnego. W tegorocznej jubileuszowej edycji jego wizerunek zdobił pamiątkowy medal i koszulkę. Nie muszę dodawać, że zarówno jedno, jak i drugie było śliczne i urocze. Zawiszę Czarnego można nazwać takim James’em Bondem ówczesnych czasów. Był rycerzem od zadań specjalnych. Gdy była jakaś misja niemożliwa do wykonania, to nie dzwoniło się po Ethana Hunta („Mission Impossible” – seria filmów), tylko posyłało się kruka z wiadomością – „Czarniuteńki mnie Ciebie potrzeba. I Twego miecza też.” Była to osoba numer dwa na liście najbardziej znienawidzonych przez Zakon Krzyżacki Person w całej Europie (pierwszy był Władek Jagiełło). Wie Wysoki Sąd, że Zawisza Czarny pokonał podczas pewnego turnieju rycerskiego aż dwunastu innych wojowników?! A zrobił to, gdy miał już na karku 50 lat! Miałem jednak się streszczać i dążyć do sedna swojej wypowiedzi…


- Taka była Pańska deklaracja. Byłoby miło, gdyby Pan się do niej zastosował i zmierzał do meritum swojej wypowiedzi.

- Taki mam zamiar, ale ja mało konsekwentny jestem. Mam tak od urodzenia.

- Od urodzenia ma Pan też taką przywarę, że mówi Pan dużo i nie zawsze na temat?

- Tę cenną umiejętność nabyłem, pracując w urzędniczym fachu. Płacą mi za mówienie i pisanie treści, które dla większości osób nie mają sensu. Nie o tym miałem jednak mówić. Wrócę do Biegu Jagiełły w Pobiedziskach.

- Proszę o szanowanie czasu zgromadzonych tu osób i o jak najszybsze zmierzanie do celu.

- Czyż w bieganiu nie chodzi o jak najszybsze zmierzanie do celu?

- Jest Pan biegaczem, dlatego liczę, że Pan to potrafi.


- Szlifuję cały czas tę umiejętność, ale jeszcze sporo papieru ściernego wykorzystam, zanim w pełni opanuje tę umiejętność. A wracając do biegu… Pewnie nie udałoby mi się osiągnąć takiego dobrego czasu, gdyby nie grupka ludzi przebrana za średniowiecznych wojów, którzy przygrywali biegaczom na bębnach i rogu. Z drugiej strony, gdyby nie ten cudowny wynik to nie musiałbym tutaj odpowiadać za mój nieobyczajny wybryk, bo nie miałbym się z czego cieszyć. Panowie wydobywali ze swoich instrumentów cudowny rytm. Taki rytm, który wprawiał nogi biegacza w idealny cykl biegowy. Rytm, który nadawał odpowiednie tempo biegu i pomagał jednocześnie zagłuszyć myśli kołatające się w głowie, które podpowiadały, aby przerwać bieg, bo nie ma sensu biegać po tych Pobiedziskich wzniesieniach. Biegnąć zgodnie z wygrywanym przez wojów rytmem czułem się jak Ben Hur, który przez podobny rytm zachęcany był do żwawego wiosłowania w galerze. Na moje szczęście nie czuwał nade mną nikt z batem, który dbał o prawidłowe tempo wiosłowania.


- Ostrzegam Pana po raz kolejny. Proszę zmierzać do sedna. Chciałbym wiedzieć jak udany start w zawodach, może skłonić dorosłego człowieka do biegania nago po mieście i w wulgarny sposób oznajmiania wszystkim w około, że jest się ssakiem z rodziny wołowatych?

- Najmocniej przepraszam Wysoki Sąd. Zmierzam już do końca. Właściwie to omówiłem dopiero zdarzenia z pierwszej pętli biegu, ale obiecuję, że historia drugiej części dystansu szybko zejdzie. Zacznę, aby nie przedłużać i nie marnować czasu wszystkich zgromadzonych tu na sali osób… Na początku drugiej pętli moim oczom ukazała się przychodnia weterynaryjna. Nie mogłem dojść do tego, jak udało mi się nie dostrzeć tak wielkiego budynku podczas pierwszej pętli. Widocznie wtedy miałem więcej sił i parłem ostro do przodu, bez rozglądania się na boki. Na drugiej pętli nie było już tak łatwo. Szukałem wszelkich znanych i dostępnych sposobów, aby utrzymać dotychczasowe tempo, które pozwoliłoby i na dotarcie do mety w czasie poniżej dwóch godzin. Spoglądając sobie na wspomnianą wcześniej przychodnię weterynaryjną, doszło do mnie, że mają tak zapewne sporo specyfików dla koni wyścigowych, które niewątpliwie pomogłyby mi w osiągnięciu dobrego rezultatu na mecie. Jak widać – tonący brzytwy się chwyta. W chwili kryzysu człowiek może podjąć decyzje, których potem będzie żałował do końca życia. Nie należy nigdy iść na skróty. Myśl o farmakologicznym wspomaganiu szybko mi przeszła. Ruszyłem do przodu. Walczyć o złamanie 2h.


- Bardzo dobrze, że pożegnał Pan myśl o sterydach. O ile samo ich stosowanie nie jest penalizowane, to ich rozprowadzanie już jak najbardziej.

- Świetnie zdaję sobie z tego sprawę. Prosiłbym Wysoki Sad, aby mi nie przerywał wypowiedzi, gdyż pozostała mi jeszcze tylko jedna historyjka z biegu do opowiedzenia i zmierzam do wyczekiwanego przez Wysoki Sąd końca … Gdzieś w połowie pierwszej pętli dobiegaliśmy do miejscowości o nazwie Kapalica. Nie byłoby w tym nic zupełnie dziwnego. Ot wioska jak wioska, normalna osada. Nazwa tylko trochę trudna do wymówienia. Nie wiedzieć czemu przeczytałem nazwę tej miejscowości zupełnie inaczej. Może to była wina zmęczenia, a może potu, który wpadając mi w oczy, delikatnie mnie oślepił. Pewnie to wina braku okularów korekcyjnych, których używam na co dzień, a do biegania nie zakładam w obawie przed zniszczeniem. Wysoki Sąd pewnie wie jakie drogie są szkiełka i okulary, a jakie kiepskie są pensje urzędnicze. Wrócę jednak do wątku, który powoli zaczynam gubić... Byłem święcie przekonany, że na znaku widnieje nazwa miejscowości „Kaplica”. Niby tylko jedna literka. Jedno „a” mniej, a robi znaczną różnicę. Weźmy sobie taki przykład z życia. Duża litera „A” kojarzy się grupą komiksowych super bohaterów - Avengers. Gdy dodamy jednak do niej kolejną literę „A”, otrzymamy skrót pewnej powszechnie znanej grupy wsparcia, której bycie członkiem nie jest uznawane za powód do dumy. Samo słowo kaplica również nie kojarzy się zbyt dobrze. W slangu oznacza „coś, co się nie udało albo jest z góry skazane na klęskę”. Nie był to dobry omen, jeśli chodzi o bieg. Na szczęście miałem szczęście. Błędnie rozczytana przeze mnie miejscowość nie przyniosła mi pecha.


- Staram się usilnie zrozumieć powód Pańskiego obscenicznego zachowania. I ni jak jestem w stanie sobie wyobrazić, jak satysfakcjonujący wynik w zawodach mógł skłonić Pana do zakłócania ciszy nocnej i biegania nago?


- Bo Wysoki Sąd nie biega. Podobnie jak syty nie zrozumie głodnego, tak osoba niebiegająca nie zrozumie biegacza. Szkoda było jedynie strzępić ryja. Mogłem od razu poddać się karze. Przynajmniej bym czasu nie stracił. Proszę mnie zamknąć. Niech to będzie areszt z dużym spacerniakiem, żebym miał gdzie biegać. Odsiadka, odsiadką, ale trening trzeba zrobić.


poniedziałek, 9 września 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #52_2019/19

Zazwyczaj w dzień przed zawodami staram się położyć wcześnie, aby być wyspanym i wypoczętym. Tym razem było inaczej. Było mniej snu, ale za to ile pozytywnych emocji…


Sobota 22.00. Pato Turniej w Crash Team Racing Nitro Fuled. Organizator Ojciec Gracz. Jako wieloletni fan przygód uroczego jamraja w bolidzie kartingowym nie wyobrażałem sobie, aby nie wziąć udziału w turnieju online. Zwłaszcza że swoją obecnością zaszczyciła go elita portalu PPE.pl. Koledzy z portalu brutalnie zweryfikowali moje umiejętności w prowadzeniu karta. Zdecydowanie zbyt często zamykałem listę zawodników na mecie. Kilka razy dojechałem w środku stawki, a raz nawet załapałem się na najniższy stopień podium. Nie wyniki były tu jednak najważniejsze, a dobra zabawa. Podczas całej rozgrywki, która trwała około 60 minut moja adrenalinka skoczyła na bardzo wysoki poziom. Już nie mogę się doczekać kolejnej odsłony turnieju.


Poziom endorfin skoczył mi na tak wysoki poziom, że ciężko było mi zasnąć. Dochodziła już północ, a ja nadal nie spałem. Wiedziałem, że mój start w niedzielnej I. Charytatywnej Piątce z Fludrą dla Alanka nie będzie należał do najlepszych. Poszło mi jednak lepiej, niż myślałem. Muszę chyba bardziej zacząć wierzyć w siebie. Granie do późna w gry i konsumowanie ogromnych ilości mięsiwa na imieninach mamy Mariolki, nie wpływają negatywnie na moją formę biegową.

Alan to uroczy młodzieniec, który urodził się z wrodzoną siniczą wadą serca oraz niezgodnością przedsionkowo-komorową. Bieg miał pomóc w zbiórce środków na konieczną operację. Lubię wspierać takie inicjatywny. Zawsze, gdy mogę staram się brać udział, w charytatywnych biegach. Koszt udziału zawodnika wynosił zaledwie 15 zł i w całości był przekazany na konto rodziców Alana. Oczywiście można było uiścić cegiełkę w wyższej wysokości lub wrzucić na miejscu pieniądze do puszki.


Bieg odbywał się na dystansie 5 km. Trasa przebiegała po ścieżce rowerowej wokół Zalewu Średzkiego. Na zawody udałem się z moją Elżbietą i jej synalkiem, który z własnej i nieprzymuszonej woli zdecydował się na udział biegu dziecięcym na dystansie 600 m. W drodze na zawody zadał on pytanie: „Co to jest ta Fludra?”. Ja mu na to, że to firma, która zajmuje się obróbką metali. Po chwili usłyszałem kolejne pytanie z jego ust:” Po, co obrabiać metali? Przecież oni nic nie mają.” Żarty się młodzieniaszkowi trzymają. Faktem jest, że sformułowanie „obróbka metali” jest wieloznaczne. Może oznaczać tworzenie różnych metalowych elementów i przedmiotów, ale może również oznaczać czynność polegających na wyłudzaniu pieniędzy od członków pewnej subkultury, którzy ubierają się na czarno i słuchają ciężkiej muzyki, a zwyczajowo zowie się ich „metalami”. Mimo młodego wieku młody wyłapał tę wieloznaczność perfekcyjnie.


W trakcie zawodów panowało małe zamieszanie. Były to jednak problemy wieku młodzieńczego. Były to pierwsze zawody z tego cyklu. Organizator dopiero się uczy. Jestem pewien, że wyciągnie właściwe wnioski i w kolejnej edycji wszystko będzie już grało na sto procent. Nie myli się ten kto nic nie robi. Fajnie, że na biegowej mapie Środy pojawiły się nowe zawody. I to w dodatku o tak szczytnym charakterze. 

Organizatorowi pomyliły się czipy w biurze zawodów, wskutek czego start był opóźniony o 15 minut. Było też małe zamieszanie z biegami dziecięcymi. Nikt nie wiedział jaką trasą mają przebiegać i kiedy się zaczną. Ostatecznie udało się rozegrać dwa biegi (200 i 600 m). Numery startowe były kiepskiej jakości i pod wpływem wody odpadały z ubrań. Dużym plusem były jednak lody dla każdego dziecka, które ukończyło bieg. Jak wiadomo, dzieci ubóstwiają lody. Za rok na pewno będzie lepiej. Trzymam za to kciuki.

Na starcie wdałem się w pogaduszki z Piotrem. To jeden z moich fanów, który regularnie czyta moje kroniki. Poinformował mnie, że dziś nie jest w najlepszej formie po wczorajszej imprezie i będę miał okazję go po raz pierwszy wyprzedzić. W swoim wywodzie był jednak zbyt uprzejmy dla mnie. Mimo że wagę mamy zbliżoną, to jeśli chodzi o wyniki w bieganiu, dzieli nas spora przepaść, podobna do Wielkiego Kanionu w Kolorado. W Arizonie w USA. W Ameryce Północnej na planecie Ziemia. W Układzie Słonecznym. Piotr musiałby imprezować bez przerwy przez tydzień, abym był w stanie go prześcignąć.


W ten niedzielny poranek w założeniu miał biec wolno, gdyż robił za zajączka, który miał pomóc drugiej osobie w osiągnięciu dobrego wyniku. Udało mi się biec razem z Piotrem przez pierwszy kilometr. Zatem 1/5 biegu byłem mu stanie dorównać. Musiałem swój szaleńczy start odpokutować na pozostałych mi do mety czterech kilometrach. Czas 4m53s na kilometr w upalny i słoneczny dzień to nie jest dla mnie odpowiednie tempo. Na drugim kilometrze musiałem zwolnić, bo inaczej padłbym gdzieś w połowie dystansu. 5m20s był i tak spoko czasem. Nie byłem nim ukontentowany, ale nie drażnił mnie on. Trzeci kilometr to już była niemoc twórcza w moim wykonaniu. Słońce ostro dawało mi po pysku swym blaskiem i żarem. Woda, którą miałem w butelce, aby się napić i schłodzić poprzez oblewanie, została podgrzana do tak niebotycznej temperatury, że pewnie byłaby w stanie, jakąś zieloną herbatkę lub yerbę zaparzyć. Nie ma nic bardziej przyjemnego od wrzątku w palny dzień. Tak właśnie wyobrażam sobie piekło. Człowiekowi chce się cholernie mocno pić, a diabeł, szatan, czy inny czort w swojej „dobroci” podaje mu szklaneczkę świeżutko zaparzonego w piekielnym kociołku wrzątku. 

Gdy już chciało mi się paść na pysk i zdechnąć, od owego aktu desperacji odwiódł mnie utwór „Trofea” Dawida Podsiadły, którego refren nagle zagościł w mojej głowie.

„Staję się potworem bo wtedy czuję że

Choć jestem tak naprawdę, nie ma mnie

To dzięki temu mogę na stary rower wsiąść

Zamieszkać w kamienicy

Nie myć rąk” 

Wyobraziłem sobie, że jestem biegowym potworem, któremu żaden dystans i tempo nie jest straszne, bo mam zamontowaną w tyłku przekładnię rowerową, która mnie napędza. Dzięki temu mogę zamieszkać nawet w starej i wysokiej kamienicy bez windy, bo dzięki przekładni dam radę wdrapywać się bez najmniejszego wysiłku nawet na najwyższe piętro. Przekładnia moja jest niezawodna, niczego jej nie braknie. Po niwach zielonych niesie mnie. Nad wody spokojne prowadzi mnie. Tam myje ręce. Oszczędzam na wodzie w kamienicy. 

Nie wiem, czy Dawid Podsiadło zgodzi się z moją interpretacją jego hitu. Jeśli kiedyś będę miał okazję z nim zamienić parę słów, to na pewno poruszę ten temat, bo jest to ciekawa kwestia, która zapewne nurtuje nie tylko mnie, ale i Was moi czytelnicy. Kończąc ten wątek, dodam tylko, że warto mieć bujną wyobraźnię. Człowiek wtedy nigdy się nie nudzi. 

Na czwartym kilometrze zdarzyła się mała katastrofa…odpadł mi numer startowy. Zbyt wilgotny byłem. Papier nie dał rady. Gdybym nie kolekcjonował numerów startowych, to miałbym to gdzieś. Wywaliłbym go i szybko o nim zapomniał. Jako wytrawny kolekcjoner nie mogłem sobie pozwolić na taką herezję. Postanowiłem, że poniosę go w ręce do mety. W końcu tak daleko, aż do niej nie zostało. Mój plan udało się zrealizować. Numer dotarł do mety wraz ze mną. Był w opłakanym stanie, ale przetrwał. Na ostatnim kilometrze udało mi się nieznacznie przyśpieszyć. A dodam, że finisz był pod górkę.


Przed biegiem założyłem sobie, że pokonam dystans 5 km w czasie 27 min. Taki wynik w mojej obecnej kondycji przy uwzględnieniu trudnych warunków atmosferycznych oraz niełatwego profilu trasy był w moim zasięgu. I jak sobie założyłem, to tak zrobiłem. Zegar na mecie wskazał mi czas 26m47s.


Najlepsze jednak czekało na mnie na końcu zawodów. Gdy wypoczywałem sobie i zbierałem siły na powrót do domu, podszedł do mnie mój kolega Filip, który tego dnia wygrał zawody. Zapytał się, czy nie zrobię sobie z nim zdjęcia na podium, które mieściło się na scenie. Stwierdził, że nie mamy wspólnego zdjęcia i że będzie to fajna pamiątka. Zgodziłem się bez wahania. Tryumfatorom zawodów się nie odmawia. Po drodze na scenę dołączył się do nas Burmistrz Miasta Piotr Mieloch, któremu zaproponowaliśmy, aby dołączył się do nas. Gdy po chwili stanęliśmy wszyscy na podium w celu zrobienia wspólnej fotki, nagle pod sceną zebrało się kilku fotografów, którzy urządzili nam sesję fotograficzną. Niewinna fotka z kolegą przerodziła się sesję. Przyznam, że podobało mi się to. W świetle fleszy aparatów bardzo mi do twarzy.



piątek, 23 sierpnia 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #51_2019/18

VII Bieg Nadziei nie obfitował w jakieś spektakularne wydarzenia na trasie biegowej. Jedynym godnym odnotowania faktem był mój nowy image biegowy w postaci kitki na brodzie, która powstała dzięki gumkom z uroczą Myszką Mini oraz dzięki umiejętnościom mojej Elżbiety. Sam bym sobie takiej pięknej kitki w życiu nie zrobił.


W związku z tym, że nie mogę się z Wami podzielić żadną ciekawą historyjką z trasy, to odniosę się trochę do historii Biegu Nadziei i moich rezultatów w nim osiąganych. Do takiego stanu rzeczy skłonił mnie wpis na popularnym serwisie społecznościowym z Ameryki kierownika naszej sekcji biegowej, gdzie podsumował swój udział w VII Biegu Nadziei i wskazał, że w tym roku udało mu się ustanowić swój najlepszy czas na tej trasie. Po lekturze jego dość obszernego posta, zacząłem się zastanawiać, jaki jest mój rekord trasy średzkiej biegu. Wynikiem owych rozmyślań jest poniższa analiza. 

Wyniki osiągane przez waszego idola w ostatnich pięciu edycjach Biegu Nadziei 

III Bieg Nadziei - 2015-06-07 - 00:55:07 

IV Bieg Nadziei - 2016-05-21 - 00:56:57 

V Bieg Nadziei - 2017-06-04 - 00:52:43 

VI Bieg Nadziei - 2018-06-17 - 00:53:42 

VII Bieg Nadziei - 2019-06-16 - 00:54:50 

Gdyby rzucić narządem wzroku na powyższe zestawienie, to wyraźnie widać, że mój rekord trasy ustanowiłem podczas piątej edycji biegu w 2017 roku i wynosi on 52m43s. Pamiętam, że w ówczesnym czasie była to moja życiówka na dystansie 10 km. Byłem w tamtym czasie w dużym gazie. Trochę ponad miesiąc późnej w Kórniku ustanowiłem swój aktualny rekord (50m43s) Rok 2017 był dla mnie najlepszym sezonem, jeśli chodzi o ilość ustanawianych przeze mnie rekordów osobistych. Na dystansie 10 km poprawiałem swoją życiówkę 3 razy, a na dystansie półmaratonu 2. Nie wiem, co było tego przyczyną. Może fakt, że zacząłem dużo i regularnie biegać oraz korzystać ze zbawiennych zabiegów fizjoterapeutycznych przyczynił się do tego. W osiąganiu lepszych wyników mogła też pomóc dieta, która nie zawierała glutenu, laktozy i pszenicy. Podejrzewam, że wszystkie te elementy przyczyniły się do drastycznej poprawy moich umiejętności biegowych. Sukces ma w końcu wielu ojców.


Najgorszy swój czas uzyskałem w 2016 roku. Jeśli wziąć pod uwagę fakt w jakiej rozsypce psychicznej byłej po zakończonym nagle długoletnim związku, to ten wynik i tak nie jest zły. W tamtym czasie spożywałem takie ilości słodyczy, że mógłbym nimi obdzielić nie jedną grupkę uczniów podczas klasowych Mikołajek. Miałem taki wysoki poziom cukru we krwi, że nie bałem się, iż może on mi nagle spaść na zawodach i spowodować omdlenie. Był to niewątpliwy plus tej całej sytuacji.


III Bieg Nadziei był moim debiutem w zawodach biegowych. Choć w 2015 roku zdarzało mi się biegać w czasie poniżej 55 min, to wynik 55m07s był moją pierwszą oficjalną życiówką. Tylko wyniki osiągnięte podczas zawodów, które odbywają się na atestowanych trasach, można uznać na oficjalne wyniki. Spłodzę kiedyś odrębny tekst o moim oficjalnym debiucie. Choć pewnie rychło to nie nastąpi. Popełniłem wtedy w dniu zawodów oraz na samej trasie biegowej tyle głupich błędów, że gdy teraz o nich wspominam to łapię się za głowę z zażenowania. Widać, że z czasem nabrałem doświadczenia, bo większości tamtych błędów już nie popełniam. Drobne nadal mi się zdarzają, bo to jest nieuniknione. Stare porzekadło ludowe głosi w końcu, że nie myli się ten, kto nic nie robi. Po raz kolejny okazuje się, że wiekowa mądrość ludowa jest nadal aktualna.


Zeszłoroczny Bieg Nadziei opisałem w dość dokładny i skrupulatny w ubiegłorocznej kronice biegowej, dlatego nie wspomnę o nim ani słowa. Napiszę parę słów o tegorocznej edycji. Miałem tego nie robić, ale domyślam się, że jesteście ciekawi, jak minął mi ten bieg.


Minął mi on…bez szału. Szybko. Fajerwerków nie było. Pierwszy kilometr, który przebiega z górki, poleciałem jak dzik. Efektem tego był rezultat w granicach 5 min na kilometr. Na następnych kilometrach odczułem tą szaleńczą szarżę. Biegło mi się ciężko. O dobrym wyniku mogłem jedynie pomarzyć. Z każdym kilometrem słabłem. Apogeum zmęczenia osiągnąłem na 4 kilometrze. Wtedy to też wyszło słońce i zrobiło się gorąco jak w piekielnym kotle. Na moje szczęście, słońce szybko się schowało za chmurkami. Po skonsumowaniu galaretki z kofeiną moc zaczęła do mnie powoli napływać. Zaczęło mi się biec dobrze. Biegłem swobodnie. Wpadłem w odpowiedni na ten dzień dla mnie rytm biegu. Do mety zostały 3 kilometry. Motocykliści ze Średzkiego klubu „Etyliniarze” poczęstowali mnie wodą. Napiłem się i schłodziłem rozgrzane ciało. „Etyliarze” byli obecni na całej trasie biegu. Oferowali oni biegaczom wodę. Była to nowość na Biegu Nadziei, ale jakże potrzebna. Wody do picia na trasie nigdy za wiele. Ostatnie 300 m biegłem w takim szybkim tempie, na jakie w tej chwili było mnie stać. Po przekroczeniu linii mety miałem ochotę, aby przebiec sobie trasę biegu po raz kolejny. Widać, że dopiero po 10 km moja machina biegowa się dotarła i miał ochotę na więcej roboty. Z niedosytem udałem się do domu. Kolejny Bieg Nadziei już za rok. Szybko zleci...

środa, 7 sierpnia 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #50_2019/17

Sentymentalnej podróży nawiązującej do moich zmagań o zdobycie Korony Polskich Półmaratonów w 2017 roku ciąg dalszy. Odwiedziłem już w tym roku ponownie Gdynię, Gniezno i Kraków. Przyszła teraz pora na Grodzisk Wielkopolski. Białegostoku w tym roku nie powitam znowuż. A to dlatego, że to cholernie daleko. Mieszkańcy Podlasia będą się musieli obyć kolejny rok bez widoku mojej ślicznej buzi.


Trolować to trza umieć. Mistrzami trolingu okazali się organizatorzy Grodziskiego Półmaratonu. A dlaczego tak sądzę? Śpieszę już z wyjaśnieniami. Zupełnie nie wiadomo z jakich powodów, zawody w Grodzisku nie zostały zakwalifikowane do kolejnej edycji Korony Polskich Półmaratonów. Decyzja zupełnie nie zrozumiała, gdyż półmaraton „Słowaka” od lat zdobywa nagrodę przyznawaną przez biegaczy w kategorii najlepszy mały półmaraton. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o złotówki. Biegacze pokazali jednak, że interesują ich niejasne zagrywki podyktowane względami finansowymi i tłumnie zjawili się w Grodzisku. Pakiety na bieg w liczbie 3,5 tys. rozeszły się w czasie 44 minut! To pokazuje jaką renomę mają te zawody oraz jak swoim cudnym klimatem potrafią przyciągać do siebie osoby kochające biegać. Za mistrzowskie strolowanie uważam przygotowanie przez organizatora biegu pamiątkowego medalu w kształcie … korony. Był to wyraźny sygnał, że Półmaraton „Słowaka” nie potrzebuje Korony Polskich Półmaratonów, bo ma swoją o wiele lepszą, bogatszą i piękniejszą. Koronę wytrzymałą i twardą jak lita skała, a nie słabą i lichą jak chiński plastik.



Wiedziałem, że ten półmaraton nie będzie dla mnie łatwy. Nie sądziłem jednak, że będzie, aż tak potężną męką. Nie przeszkadzała mi, aż tak bardzo upalna, wręcz afrykańska pogoda. Organizator zapewnił sporo wody na trasie, zarówno tej do picia, jak i tej do schładzania rozgrzanego ciała. Były kurtyny wodne, baseny z wodą i gąbkami, a nawet prysznice na poboczach trasy. Oprócz tych udogodnień z pomocą jak zawsze przyszli miejscowi, którzy oferowali wodę do picia, kostki lodu i czekolady. W swoich asortymentach mieli też polewanie wodą prosto z węży ogrodowych.


Dlaczego tak ciężko mi się biegło? Winny jest tego stanu rzeczy brak odpoczynku, który spowodowany był udziałem w sztafecie zorganizowanej dzień przed zawodami z okazji 100 – lecia klubu Polonia Środa. Nasza sekcja postanowiła uczcić tę cudowną rocznicę przebiegając dystans ok. 100 kilometrów po naszym pięknym mieście. Biegacze zostali podzieleni na kilkanaście grup. Każda grupa miała do pokonania dystans w granicach 11 km. Chciałem swój „przydział” wybiegać jak najmniejszym kosztem, dlatego zapisałem się na poranny bieg. W planach było wolne tempo, ale plany jak zwykle zweryfikowało życie. Koledzy nie dali mi wolno biec. Mogłem strzelić focha i biec w swoim żółwim tempie. Potrzeba rywalizacji i pokazania, że „Kwiatek nie pęka” były silniejsze ode mnie. 

Czułem, że po sobotniej sztafecie udział w niedzielnej „połówce” nie będzie łatwym przedsięwzięciem. Nie myliłem się! Jednak też nie żałowałem, bo zabawa była przednia. Ważne, że ukończyłem bieg. A, że zrobiłem to w kiepskim czasie i na granicy swoich wytrzymałości to już inna sprawa. Udowodniłem sobie, że nawet na dużym zmęczeniu jestem w stanie przebiec 21 km i przy okazji wyprzedzić parę setek osób.

Stało się już tradycją, że biegaczy na start spod biura zawodów prowadzi miejscowa orkiestra dęta. Korowód uśmiechniętych biegaczy w spacerowym tempie przemieszcza się po ulicach miasta w towarzystwie oklasków i pozdrowień mieszkańców miasta. Tu nikt nie narzeka, że miasto jest zablokowane dla ruchu aut. Tu wszyscy się cieszą. Dzień biegu jest dniem święta. Za to kocham to miasto i jego ludzi.


Początek biegu to było takie coco jumbo i alexiowe u la la la. Nogi trochę bolały po sobotniej sztafecie, ale czułem jak młody grecki bóg delikatnie napruty magicznym nektarem. Miałem w sobie tyle woli walki do ukończenia biegu poniżej dwóch godzin, że mógłbym obdzielić nią ze setkę biegaczy. Załączyła mi się tzw. nieśmiertelność, która zwykle uaktywnia się u większości osób po spożyciu alkoholu. Powoduje ona, że „sky is no limt” – czujemy się jak bogowie, którym nikt i nic nie może wyrządzić krzywdy. U mnie ową „nieśmiertelność” wywołała atmosfera biegu oraz kofeina z żelu. Szkoda, że już na drugim kilometrze poczułem się jak zwykły śmiertelnik. Wiem, że nic co dobre nie trwa wiecznie, ale kuźwa jeden kilometr to zdecydowanie za mało! Gdybym wiedział, gdzie złożyć skargę, to zrobiłbym to z miejsca. Bez wahania, bez żadnych skrupułów. Pytam się gdzie? Może chociaż jakaś książka skarg i zażaleń, gdzie mógłbym przelać na papier swoje pretensje? Szybko musiałem się pogodzić z nagłym spadkiem sił i ruszyć dalej. W końcu miałem jeszcze do pokonania ponad 20 km, więc miałem co robić.


Do 10 kilometra, czyli prawie do samego końca pierwszej pętli czułem się znośnie. Nie byłem w stanie biec szybciej, niż 5m40s na kilometr, ale to i tak było dobrze, jak na brak świeżości i zmęczenie materiału. Zwykłem nie biegać dzień przed zawodami i była to dobra praktyka, którą w przyszłości zamierzam kontynuować. Zdarzało mi się już tym roku nie przestrzegać mojej kardynalnej zasady dnia bez biegu przed zawodami, ale jeszcze nigdy dnia następnego nie biegłem półmaratonu. Dwie dyszki dzień po dniu dałem radę, ale połówka po prawie 12 km w dniu poprzedzającym odbiła mi się sporą czkawką w Grodzisku. 

Na drugiej pętli biegu czułem się niemal jak niewolnik zmuszany do budowy piramidy dla faraona, z tą małą różnicą, że do biegu przystąpiłem z własnej i nieprzymuszonej woli i nikt nie smagał mnie batem po plecach. Chociaż taka forma „dopingu” odbiłaby się pewnie pozytywnie na moim wyniku czasowym. Od 11 km moje uda zrobiły się twarde niczym skała. Były tak twarde, że załapałyby się bez trudu do rimejku filmu Wajdy „Człowiek z marmuru” jak wzorzec idealny tego minerału. Dawno nie miałem takich twardych ud. Momentami myślałem, że rozerwą mi spodenki i będę zmuszony w samych majtasach mknąć do mety. Najlepsze było to, że ich twardość nie przeszkadzała mi, aż tak bardzo w biegu. Biegło się źle i niekomfortowo, ale czas miałem nie bardzo tragiczny. Dwa lata temu w takim tempie biegałem „połówki”. Dziś jest to dla mnie tempo agonalne. Widać zatem progres przez dwa lata treningów.


Było gorąco jak w piekarniku. Czułem, że z każdym kilometrem mam mniej mocy w swoich bateriach. Słońce wypalało swoje znamię na moim ciele. Byłem cały rozgrzany. Nie mylić z nagrzanym. Każdy cień był na wagę złota albo i platyny. Dlatego z wielką chęcią skorzystałem z cienia rzucanego przez olbrzymie silosy pewnej fabryki. Dziękuję Ci fabrykancie za ów dar cienia. Sił do biegu oprócz cienia dodawały także osoby przebrane za Spidermana i Deadpoola, które głośno kibicowały i przybijały piątki. Najlepszy był jednak pewien pan przebrany za …

… pirata, który w ramach dopingu dzwonił olbrzymim dzwonkiem i darł się w niebogłosy. Miał dużo interesujących tekstów. W mojej pamięci pozostał ten jeden: ”Zmęczone twarze macie, ale cudnie wyglądacie”. Po takich słowach wsparcia miałem go ochotę uścisnąć i przytulić w ramach podziękowania. Zrobiło mi się miło, że ktoś bezinteresownie komplementuje moją urodę. A może nie robił tego z dobroci serca, tylko z innych powódek? Na wszelki wypadek uciekłem z zaciśniętymi mocno pośladkami.


Ciekawe wydarzenie miało miejsce na przedostatnim kilometrze biegu, gdy dziewczynka chcąc mnie schłodzić, wylała na mnie wiadro zimnej wody. Problem w tym, że zbytnio nie trafiła we mnie. Woda, zamiast powędrować na moją głowę, trafiła na moje spodenki, czyniąc je całe mokre. Nawet gacie i ich zawartość miałem przemoczoną do suchej nitki. Przez chwilę czułem się, jakbym brał udział w wyborach mistera mokrego „ogonka”. Wiecie taki odpowiednik miss mokrego podkoszulka, z taką różnicą, że obficie skropiona wodą odzież ma podkreślać inne walory ciała – nie te górne, tylko dolne. Wyschnięcie do sucha zajęło mi ładnych długich minut po dotarciu do mety.


Nawet taki Grodzisk nie uniknął drobnego błędu organizacyjnego. Delikatnie źle wymierzył trasę i zapewnił wszystkim biegaczom dodatkową atrakcję w postaci nadprogramowych 600 metrów trasy. Nikt nie narzekał, bo bieganie w Grodzisku to czysta przyjemność. Faktem jest jednak, że nawet najlepszym zdarzają się błędy. Nie narzekałem na ten ekstra dystans, bo co to jest 600 m, przy 21 km, które już miałem za sobą.


Półmaraton „Słowaka” ukończyłem z czasem 2h8m44s. Był to drugi najsłabszy wynik na tym dystansie w tym roku. Nie byłem jednak jakoś specjalnie zły na siebie. Wiedziałem, że nie była to wina mojej słaby formy, a jedynie efekt zmęczenia po bieganiu w wigilię zawodów. Samopoczucie mam ostatnio dobre. Po czasach na 10 km widzę, że straciłem trochę na szybkości. Zyskałem za to na wytrzymałości, bo „połówki” pokonuję regularnie poniżej 2h, o czym w zeszłym roku mogłem jedynie pomarzyć. Jednym słowem czuję się jak młody bóg i tak już zostanie. Jestem tego pewien.

Strefa finiszera na grodziskim rynku to mokry sen każdego biegacza. Mnóstwo żarcia i nielimitowane piwo. Czego więcej potrzeba do szczęścia? Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, a Ty?


Wielkie podziękowania należą się Sylwestrowi, który zadbał wzorcowo o moje nawodnienie po biegu. Gdy tylko kończyłem konsumować pyszny grodziski napój chmielowy, natychmiast przede mną lądowały dwa następne. Wielkie dzięki! 

czwartek, 18 lipca 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #49_2019/16

W pięknych okolicznościach Skansenu Miniatur Szlaku Piastowskiego w Pobiedziskach przyszło mi się zmagać w kolejnym biegu z cyklu Agrobex 5/5. Zawody pod nazwą Piastowska Piątka już za mną, ale mam dla Was dobrą nowinę. Moja relacja ciągle przed Wami. Czytajcie zatem.


Biuro zawodów mieściło się w we wspomnianym w pierwszym akapicie skansenie. Jak zawsze było ono sprawnie zorganizowane. Za 20,00 zł opłaty startowej biegacze po raz kolejny dostali ciekawy pakiet startowy, w skład którego wchodził krokomierz oraz numer startowy i kilka ulotek. Po biegu jak zawsze była woda i coś do jedzenia (tym razem jabłka). Każdy, kto ukończył bieg, otrzymał oczywiście pamiątkowy medal, który swoją urodą i rozmiarami przypadł mi bardzo do gustu.


Usytuowanie biura zawodów w ciekawym wizualnie miejscu ma zawsze tę wadę, że człowiek, zamiast się rozgrzewać i przygotowywać do biegu, to zajmuje sobie czas przed startem zwiedzaniem. Tak też było w tym przypadku. Nie miałem zbytnio dużo czasu na rozgrzanie swoich potężnych mięśni, gdyż zajęty byłem zwiedzaniem skansenu. Był on otwarty dla biegaczy za darmo. Tym bardziej należało wykorzystać taką okazję. Skansen nie jest jakąś olbrzymią atrakcją. Swoją powierzchnią daleko mu do Amsterdamskiego Parku Madurodam, ale i tak miniatury robią wrażenie zarówno na dużych, jak i na małych zwiedzających. Fajnie zobaczyć z bliska znane zabytki z naszej okolicy z zupełnie innej perspektywy. Idzie wtedy dostrzec zupełnie inne szczegóły architektoniczne, na które normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi. W skansenie możemy zobaczyć m.in. miniaturę Osady w Biskupinie, Pałac w Rogalinie, Dwór w Koszutach, czy Teatru Wielkiego w Poznaniu.


Trasa liczyła sobie dwie pętle po 2,5 km. Każda zaczynała się dość sporym podbiegiem. Dalsza część trasy była raczej płaska. Było kilka delikatnych podbiegów, które nie dawały się jakoś specjalnie w kość. Najgorszy był jedna pierwszy kilometr. Bardzo piaszczysty. Nogi uciekały na boki i grzęzły w piasku. Biegło się trochę jak po Pustyni Błędowskiej, czy innej Saharze. Pogoda była zresztą też zbliżona do tej afrykańskiej. Słońce świeciło i piekło. Było gorąco i chciało się pić. Plusem takiej pogody jest piękna opalenizna, która dodaje uroku mojej i tak urokliwej na maksa postaci.


Na pierwszym kilometrze pędziłem jak dzik. Pędziłem tak szybko, że aż sierść na klacie rozwiewał mi wiejący delikatnie wicherek, a włosy pod pachami falowały majestatycznie w rytmie moich stąpających po piasku stóp. Na drugim zmuszony byłem delikatnie zwolnić, gdyż pęcherzyki w płucach postanowiły chwilowo zastrajkować i nie dostarczać tlenu reszcie organizmu. Oczywistym skutkiem takiego stanu rzeczy było, iż musiałem delikatnie zwolnić. Otworzyłem gębę, najszerzej jak mogłem i zacząłem łapczywie wciągać powietrze jakby było ono jakimś egzotycznym rarytasem. W międzyczasie przemówiłem do rozsądku moim pęcherzykom w płucach. Powiedziałem im, że mają się nie wygłupiać i w ch.ja nie lecieć. Pomogło. Powolni i leniwie zaczęły dotleniać moje słodkie ciałko. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie…

…gdyby nie to, że pierwsza pętla się skończyła, a druga powitała mnie stromą górką, która tym razem wyrządziła nie tylko szkody w moim czasie, ale i na psychice. Zniszczyła mnie tak mocno, że aż dotąd planuję zemstę na tej francy. Nie wiem tylko w jaki sposób ją wyrównać, aby już więcej żadnemu biegaczowi nie wchodziła w paradę. Zamówić koparkę, czy tonę piasku. A może jedno i drugie? Tak dla pewności.


Trzeci kilometr to walka z natrętnymi myślami typu – „A może by tak rzucić w pizdu to bieganie i wyjechać w Bieszczady”. Moja psychika wie jak mnie podejść. Nie byłem jeszcze w Bieszczadach. Przez chwilę nawet rozważałem to rozwiązanie, ale postanowiłem wziąć się w garść i odrzucić głupie myśli. Dodałem gazu. Udało mi się nawet wyprzedzić kilka osób. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że na porzucenie biegania i zaszycie się Bieszczadach, mam jeszcze trochę czasu. Nawet nie wiem kiedy minął mi czwarty  i zaczął się piąty, a zarazem ostatni kilometr Piastowskiej piątki. Wtedy została podjęta przeze mnie ważna decyzja. Pomyślałem, że lecę w trupa. Pobiegnę tak szybko, jak tylko mogę. Tak jakby jutra nie było.


Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Pędziłem jak na złamanie karku. Gnałem niczym żul dzierżący garść miedziaków do Biedronki po najtańszego browara 5 minut przed zamknięciem sklepu. Kogoś tam wyprzedziłem. Na kogoś tam wpadłem. Miałem to gdzieś. Biegłem. I biegłem. Miałem tempo poniżej 5 minut na kilometr, ale czułem się jakbym pędził, jak Struś Pędziwiatr z popularnej kreskówki, albo jak kultowy uroczy niebieski jeż Sonic z gier Segi. Przed oczyma miałem jedynie wizję odpoczynku na mecie i wodę do ugaszenia pragnienia. Owa wizja niosła mnie do mety. Tlenu ubywało mi z każdą upływającą sekundą. Spojrzałem na zegarek, aby utwierdzić się w przekonaniu, że mój pęd ma jakikolwiek sens. Okazało się, że miał. Prognozowany czas przybycia na metę był zadowalający. Nawet bardzo. To tylko zmotywowało mnie do jeszcze szybszego biegu i wyprzedzenia pewnej niewiasty, której tyłek niezbyt urodziwy tyłek zmuszony byłem oglądać przez sporą cześć trasy.



Na metę wpadłem z czasem 25m43s. Zaraz po odebraniu medalu, ścięło mnie jak nigdy. Poczułem, że nogi mam jak z waty i że jak się zaraz nie położę, to padnę na glebę z tak wielkim impetem, iż jakiś sejsmograf mógłby wskazać na istnienie zjawiska trzęsienia ziemi w Pobiedziskach. Czym prędzej udałem się na pobliską trawkę, gdzie ległem jak długi. Położyłem się na plecach, nogi ugiąłem w kolanach i zacząłem swoją walkę o dotlenie organizmu. Po kilku minutach sapania niczym gwiazda filmów z branży porno doszedłem ... do siebie. Oddech zrobił się miarowy, tętno się uspokoiło. Mogłem udać się do biura zawodów po należną mi wodę i jabłuszko.



Dałem z siebie wszystko, co tylko szło. Czas nie był powalający, ale miałem olbrzymią satysfakcję, że walczyłem ze swoimi słabościami i je pokonałem. A to kuźwa chodzi w bieganiu – o walkę ze samym sobą.

piątek, 5 lipca 2019

Tomaszowa Kronika Biegowa #48_2019/15

Takiego przystojniaka z bujną grzywą na brodzie jak ja nie mogło zabraknąć na Biegu Lwa w Tarnowie Podgórnym. Pasowałem tam idealnie. W kolejnej edycji zawodów mógłbym robić za maskotkę biegu, bo broda tak szybko rośnie, że w przyszłym roku może sięgać aż do mojego ogonka.


Nie wiem, czy był to dobry pomysł, aby zaledwie 6 dni po półmaratonie w Bydgoszczy, biec kolejną połówkę. Wiem jednak, że dałem radę go ukończyć i byłem z tego bardzo dumny. Kolejna granica została przełamana. Dwie "połówki" w jednym tygodniu zaliczone poniżej dwóch godzin każda. Oba te biegi pokazują dobitnie, z jaką zmienną pogodą mamy do czynienia tego roku w maju. W Bydgoszczy musiałem zmagać się z ulewnym deszczem, a zaledwie 6 dni później w Tarnowie z parną i duszną pogodę. Bieg rozpoczynał się o godzinie 20.00, a i tak nie było czym oddychać. Sytuacja poprawiła się, dopiero gdy zaszło słońce. Zrobiło się chłodniej i biegło mi się znacznie przyjemniej.


Na trasie biegu po ukończeniu 5 km dopadł mnie ogromny kryzys. Tak wielki kryzys, z jakim jeszcze nigdy nie musiałem się zmierzyć podczas moich poprzednich startów na takim dystansie. Nie wiem jak dalece to była wina dusznej pogody, zbyt szybkiego startu, albo przemęczenia po niedawno zaliczonej "połówce" na Kujawach. Wiem jednak, że czułem się strasznie. Kręciło mi się w głowie, z trudem oddychałem, a nogi miałem jak z waty. Wydawało mi się, że zaraz zemdleję. Pojawiła się nawet myśl, aby zejść z trasy i odpocząć. Szkoda byłoby nie ukończyć biegu, ale byłoby to lepsza decyzja, niż ewentualne zasłabniecie na trasie i ratowanie przez służby medyczne. Stwierdziłem, że zwolnię tempo i zobaczę, jak będę się czuł. Napiłem się wody. Zjadłem galaretkę z kofeiną. Było mi gorąco. Postanowiłem się schłodzić wodą, którą miałem w bidonie przymocowanym do pasa biegowego. Polałem sobie sowicie kark i twarz.


Zwolniłem jeszcze bardziej. Wyprzedziło mnie sporo osób. Nawet mnie to o dziwo nie zdenerwowało. Za bardzo zajęty byłem, aby nie zemdleć. Z każdym kolejnym krokiem i z każdą upływającą minutą czułem się coraz mocniej. Uczucie zmęczenia mijało. Zawroty głowy ustały. Wróciłem do gry. Odrodziłem się niczym feniks popiołu. Myślałem, że zginę marnie jak gówno sarnie. A tu taka niespodzianka. Pojawiło się światełko w tunelu i nie był to na szczęście żaden pociąg towarowy. Nie ruszyłem od razu przed siebie na maksa, bo miałem małe obawy, że ten nagły przypływ energii jest tylko chwilowy. Chwila ta jednak trwała i trwała i przestać trwać nie chciała. Zrobiła to dopiero za linią mety, gdy opadłem zupełnie z sił, a wielkim wysiłkiem było dla mnie dotarcie do biura zawodów.


Udało mi się to jednak. Tam w spokoju mogłem leżeć i odpoczywać. Miałem mocne zawroty głowy i okrutny ból w nogach. Byłem jednak szczęśliwy, bo po raz kolejny (już czwarty z rzędu w tym roku) udało mi się zaliczyć półmaraton w czasie poniżej dwóch godzin. Co prawda było to nie wiele mniej niż dwie godziny, bo mój oficjalny czas wynosił 1:59:08, ale zawsze było to poniżej dwóch godzin. W zeszłym roku o takich rezultatach mogłem jedynie marzyć, a dziś jest to dla mnie rzeczywistość. Gdy już doszedłem do siebie m. in. dzięki cukierkom, którymi obdarowała mnie Aneta, udałem się po posiłek regeneracyjny. Swoją drogą były one strasznie wymiętolone. Ciekawe gdzie je trzymała. Do wyboru był makaron z warzywami wraz z kurczakiem albo tofu. Wolontariusze każdemu biegaczowi pytali się jaki zestaw chcą otrzymać. Gdy jeden z nich zobaczył moją wielkogabarytową sylwetkę, zwrócił się do mnie tymi słowy: "Pan pewnie kurczak?". Z uśmiechem na twarzy utwierdziłem go werbalnie o słuszności jego przekonania. Miłość do mięsa mam widocznie wypisaną na twarzy.


Zawody w Tarnowie zachwyciły mnie z kilku powodów, które przytoczę poniżej. Pewnie zdarzy się tak, że jeszcze tu wrócę, bo na prawdę warto. A o to kilka powodów, dlaczego warto wziąć udział w Biegu Lwa.

1. Kibice.
Mnóstwo kibiców zgromadziło się wokół trasy biegu, aby  dopingować rywalizujących ze sobą zawodników. Kibice często i bezinteresownie częstowali biegaczy nie tylko wodą i colą, ale kostkami cukru i czekoladkami. Pewien lokalny sprzedawca lodów włoskich częstował uczestników biegu zrobionymi przez siebie lodami. Nie jadłem ich, ale powiem, że pokusa była duża. 

2. Organizacja.
Biuro zawodów usytuowane w hali sportowej działało perfekcyjnie. Sama hala spełniała funkcję miejsca do odpoczynku, zarówno przed, jak i po biegu. Wokół hali organizator zapewnił wiele atrakcji dla rodzin biegaczy, jak i dla rodziców z dziećmi, którzy nie brali udziału w zawodach. Było malowanie twarzy, gry i zabawy. Lody, dmuchańce i inne miejsca na dziecięce harce. Było dużo toi - toi. Można było załatwić swoje potrzeby bez długiego i denerwującego oczekiwania. Organizator postawił również kilka przenośnych pisuarów, które dla płci męskiej nadają się idealnie do szybkiego i skutecznego opróżnienia pęcherza.


3. Fajny pakiet.
Za 60 zł otrzymałem pakiet startowy, który zawierał dobrej jakości rękawki biegowe, które przydadzą się na trochę chłodniejsze dni. Chętni mogli nabyć za dodatkową opłatą równie dobrej jakości markowe bluzki i bluzy z logo biegu. Były śliczne. Nie skusiłem się na nie, gdyż szafa ledwo mi się domyka od ciuchów do biegania. W pakiecie jak zawsze był nieodzowny w czasie zawodów numer startowy. Nie był to jednak zwykły numer startowy! Organizator w trakcie zapisów umożliwił jego personalizację. Dzięki temu zamiast mojego imienia na kartce przyczepionej agrafkami do mojej koszulki widniał napis "Średzki Ogier". Prawda, że ta ksywa do mnie idealnie pasuje? Spróbujcie tylko zaprzeczyć, to będziecie mieli ze mną do czynienia.


4. Trasa niby szybka, ale i wymagająca.
Liczyła sobie dwie pętle. Na początku było płasko, ale potem pojawiło się kilka wymagających podbiegów. Były też sporo miejsc do szybkiego zbiegania. Suma sumarum różnica wzniesień wynosiła pewnie 0 m lub była nawet na minusie. Nawierzchnia była równa. Dobrze się biegło mając świadomość, że można biec spokojnie, nie patrząc ciągle pod nogi, czy aby człowiek nie wyłoży się na jakimś "kocim łbie".

5. Finish na bieżni stadionu.
Końcówka biegu na tartanowej bieżni to była istna wisienka na torcie tych zawodów. Na tartanie biegnie się łatwo i szybko. Klimatu dodawało kolorowe oświetlenie i energetyczna muzyka. Organizator zdecydował się dodatkowo mierzyć każdemu biegaczowi czas na ostatnich stu metrach. Była to dodatkowo motywacja do szybkiego finishu.


6. Bogaty pakiet odżywczy po biegu.
Każdy, kto ukończył zawody, oprócz pięknego medali otrzymywał od sponsora bogaty pakiet generacyjny. W papierowej torbie na zakupy znalazłem nie tylko wodę do picia, ale i batony, cukierki oraz świeże owoce. Spożycie całej zawartości pakiety faktycznie stawiało człowieka na nogi i regenerowało jego wykończony biegiem organizm.


Bieg Lwa zaliczam do udanych startów, których nie muszę się wstydzić. Wiele osób zachwyca się organizacją tych zawodów. Jest ona wzorcowa. Jednak do Grodziska Wielkopolskiego jeszcze sporo brakuje. Oni tam osiągnęli galaktyczny poziom organizacji i w dodatku z roku na rok są co raz lepsi.