piątek, 13 lipca 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #15

Cel do osiągnięcia podczas XXXVII Biegu o Złoty Kłos w Kołaczkowie był jeden: ukończyć bieg w czasie poniżej 52 minut, aby przedłużyć dobrą serię moich występów. Ostatnie dwa biegi na dystansie 10 km udało mi się zaliczyć właśnie w tym czasie. Seria nie mogła zostać przerwana. Nie mogłem na to pozwolić. Miałem ochotę kontynuować ją tak długo, jak się da.


Po udanych występach w Poznaniu i Nekli miałem ochotę na kolejny szybki bieg. Ukończenie dwóch zawodów pod rząd z czasem zbliżonym do życiówki uznaję za dobry prognostyk. Oznacza to, że nie jest z moją formą najgorzej. Cieszy mnie fakt, że w dwóch kolejnych biegach zszedłem poniżej 52 minut. Za wszelką cenę chciałem powalczyć o kolejny bieg w podobnym czasie. O wyniku poniżej 50 minut mogłem raczej pomarzyć, bo mimo tego, że należę do osób, które lubią bujać w obłokach, to potrafię, gdy trzeba, zejść na ziemię. Brakuje mi szybkości i zdaję sobie z tego sprawę.

Zanim przejdę do opisu zdarzeń związanych z zawodami ponarzekam trochę na organizatorów. Żyjemy w czasach wysoce rozwiniętych w dziedzinie płatności elektronicznych, dlatego ciężko mi jest zrozumieć, dlaczego organizator nie umożliwia zapłaty opłaty startowej poprzez jakąkolwiek platformę płatniczą, a biegacze muszą dokonywać wpłat w formie tradycyjnych przelewów lub wpłat gotówkowych. I nie chodzi mi tutaj o wygodę i oszczędność czasu, bo mogę sobie zrobić przelew. To trwa tylko chwilę, ale księgowanie takiej wpłaty już chwilą nie jest. Dzięki wykorzystaniu platformy płatniczej wpłata znajduje się na koncie po kilku minutach, a biegacz widzi, że opłacił start. Oczekiwanie kilkudniowe na zaksięgowanie wpłaty, zwłaszcza gdy kończy się termin zapisów, może być irytujące, bo nie wiemy czy wszytko poszło w porządku i czy będziemy mogli wziąć udział w zawodach. W przypadku Biegu Kosyniera we Wrześni miałem takie same pretensje do organizatora z tą różnicą, że tam procedura księgowania opłat startowych przebiegała bardzo sprawnie. Nie tak, jak w Kołaczkowie.

XXXVII Bieg o Złoty Kłos w Kołaczkowie jest trzecim biegiem zaliczanym do Grand Prix Powiatu Wrzesińskiego. Biegów w całym cyklu jest 5, ale, aby być odnotowanym w klasyfikacji generalnej cyklu, trzeba ukończyć 4 z 5 biegów. W następnym biegu, który odbędzie się w Pyzdrach 26 sierpnia niestety nie będę mógł wziąć udziału z powodu innych planów startowych. Jeśli jakieś licho się do mnie nie przyczepi, to we wrześniu wystartuję w Miłosławiu i spełnię wymóg organizatora, aby być ujętym w klasyfikacji generalnej Grand Prix Powiatu Wrzesińskiego.


Na bieg do Kołaczkowa wyruszyliśmy po godzinie 8.00 rano wesołą gromadą: Sylwester, Aneta, Aśka i Amelia. Na miejscu czekała już pozostała grupa biegaczy z Polonii Środa. Łącznie było nas siedem osób. Reprezentacja była zatem liczna. Tradycyjnie przed biegiem zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, aby prasa miała co opublikować. Co oni bez nas by zrobili?

Biuro zawodów mieściło się w Pałacu Władysława Stanisława Reymonta. Nabył on go w 1920 roku. Pałac ówcześnie był w opłakanym stanie. Reymont dzięki swojemu uporowi oraz dzięki sporym tantiemom za wydanie powieści "Chłopi" w Ameryce przywrócił pałacowi należyty stan. Przebywając w nim dowiedział się, że otrzymał literacką nagrodę Nobla. Reymont gościł u siebie wielu znamienitych gości należących do elity II RP takich, jak: Maciej Rataj, Roman Dmowski, Kornel Makuszyński, Wincenty Witos czy minister Grabski. Władysław Reymont chciał, aby po jego śmierci pałac pełnił funkcję domu spokojnej starości dla pisarzy. Inną wizję miała jego żona Aurelia, która po śmierci męża niezwłocznie sprzedała pałac i wyjechała na Mazowsze. Zginęła w 1944 roku podczas bombardowania Warszawy. Dobrze jej tak. Męża trzeba słuchać. Żony zresztą też. Powinno to działać w obie strony jak poczta. Obecnie w pałacu mieści się izba pamięci poświęcona pisarzowi, biblioteka oraz działają kluby zainteresowań i organizacje pozarządowe.


W biegu wziąć miało udział ok. 200 biegaczy. Skromna liczba, dlatego też odbiór pakietów przebiegał bardzo sprawnie. Jego cena wynosiła zaledwie 40 zł, a oferowała dość bogatą zawartość. W skład pakietu, oprócz takiej oczywistej rzeczy jak numer startowy, wchodziły: piwo (znowu bezalkoholowe - chyba zalega w magazynach), napój izotoniczny w postaci musujących tabletek, pocztówka oraz magnes na lodówkę z Kołaczkowa. Kto na swojej lodówce ma magnes z Kołaczkowa niech podniesie rękę. Wiedziałem, że nikt z Was nie ma. Będzie to jeden z moich najcenniejszych okazów. Podczas pobytu w Kielcach byłem bardzo zdziwiony, że nie można tam nigdzie kupić pamiątek z tego miasta i dopiero ostatniego dnia udało mi się nabyć magnes w miejscowym antykwariacie. Jednak nigdy bym nie wpadł na pomysł, że będę kiedykolwiek posiadaczem pamiątki z Kołaczkowa. Gdy zobaczyłem ten mały magnes byłem szczerze w szoku. Będę długo wspominał tę sytuację. Zabawnie było ujrzeć magnes w pakiecie startowym z wizerunkiem pałacu z małej wsi. Widać, że władze miasta są dumne z ich historycznego zabytku. I chwała im za to, bo swoją historię należy pielęgnować.


Po rozgrzewce i obowiązkowej wizycie w toalecie przyszedł czas na ustawienie się na linii startu. Było gorąco, więc postanowiłem się schłodzić wodą z butelki. Mała Amelia śmiała się ze mnie, że myję włosy. Powiedziała, że następnym razem weźmie mi szampon, bo mycie samą wodą to kiepski pomysł. Gdy zacząłem się tłumaczyć, że nie myję włosów tylko jedynie próbuję się schłodzić, dostałem solidny orymus, czyli ochrzan, że ściemniam. Kazała mi następnym razem umyć włosy w domu przed biegiem, a nie już na samych zawodach pod pretekstem schłodzenia organizmu. Dziecko ma poczucie humoru i za to ją lubię.

Bieg wystartował punktualnie o godzinie 10.00. Trasa liczyła dwie pętle. Jedna bardzo krótka (ok. 1 km), a druga dłuższa. Od początku noga podawała szybko. Miałem siły, więc postanowiłem biec tak szybko, jak potrafię, aby uzyskać wynik poniżej 52 minut. Na drugim kilometrze podbiegł do mnie biegacz z Wrześni i zaczął rozmowę. Poinformował mnie, że biegnie świeżo po infekcji gardła, dlatego będzie się oszczędzał. Gdy po krótkiej rozmowie dowiedział się ile wynosi mój rekord życiowy, zaproponował, że pomoże mi go poprawić, jeśli tylko chcę. Zgodziłem się, bo wyciągniętej pomocnej dłoni nie należy odrzucać. Nie czułem się na siłach, aby walczyć o nową życiówkę, ale postanowiłem spróbować. Pierwsze 4 km przebiegliśmy w dobrym czasie. Każdy kilometr zaliczyliśmy poniżej 5 minut. Gdy choć na chwilę zwalniałem kolega biegacz upominał mnie i kazał biec szybciej. Takie wsparcie pomaga. Daje siły do biegu. Następne dwa kilometry przebiegliśmy trochę wolniej, ale średnia na kilometr wynosiła 5m02s. Jak dla mnie to bardzo dobry czas. Mój motywator miał jednak jedną wadę. Był sporym gadułą. Buzia podczas biegu mu się w ogóle nie zamykała. Na początku podobało mi się to, bo nie lubię ciszy podczas biegu. Na dłuższą metę takie gadanie zaczęło mnie mocno wkurzać. Zwłaszcza, że ów biegacz ciągle zadawał mi pytania, na które nie miałem chęci odpowiadać. Wolałem tak deficytowy towar podczas biegu, jakim jest tlen w płucach wykorzystać do szybkiego biegania, a nie do udzielania odpowiedzi na dziwne pytania.


Wszystko szło w miarę dobrze do 7 kilometra. Czas był dobry. Miałem spore szanse na dobiegnięcie do mety z czasem grubo poniżej 52 minut, a i poprawa życiówki o parę sekund wchodziła jeszcze realnie w rachubę. Można powiedzieć, że już witałem się z gąską i myślałem jak będę świętować nowy rekord. Jednak dźwięk tryumfalnych fanfar, które słyszałem w mojej głowie musiałem zmienić na utwór Adrea Bocelli'ego "Time to say goodbye". Pożegnałem się z nową życiówką za sprawą piaszczystego i kamienistego odcinka trasy, który liczył prawie 3 km. Nie byłem w stanie biec szybko po takiej nawierzchni. Na mecie sporo o wiele lepszych ode mnie biegaczy narzekało na ten etap trasy. Kolega motywator mnie opuścił i pobiegł  do mety. Pozostałem na polu walki o jak najlepszy czas sam ze swoimi słabościami, które starałem się przezwyciężyć. Trasa nie dosyć, że była nierówna i piaszczysta, to jeszcze przebiegała pod górkę, co jeszcze bardziej utrudniało mi bieg.

Zegarek zasygnalizował, że jestem w czarnej dupie, gdyż biegnę za wolno, aby ukończyć bieg w czasie poniżej 52 minut. Zerwałem się kilka razy. Chciałem ruszyć ostro z kopyta, ale nie byłem w stanie. Gdy nagle zobaczyłem, że piaszczysty etap a la Dakar dobiega końca, a przede mną biegnie piękna asfaltowa droga, poczułem wielką radość. Prawie taką, jak czuje osoba zbłąkana na pustyni, która po wielu godzinach wędrówki natrafia na oazę pełną zimnej wody i cienia. Do mety pozostało mi 700 m. Na asfalcie nagle wróciły mi siły. Byłem w stanie biec z prędkością powyżej 11km/h. Miałem jeszcze nikłe szanse na ukończenie biegu poniżej 52 minut. Postawiłem wszystko na jedną kartę i biegłem ile sił w nogach. Na ostatniej prostej głośny doping klubowego kolegi Błażeja dał mi jeszcze więcej sił. Przyśpieszyłem. Od szybkiego biegu przeszedłem momentalnie do sprintu. Rozpędzony wpadłem na linię mety.


Zegarek pokazał mi czas 52m06s. Na początku poczułem wielki żal, że nie udało mi się zejść poniżej 52 minut. Postanowiłem jednak poczekać na oficjalny czas, który przyjdzie sms-em. Jeszcze nigdy z taką nerwowością nie oczekiwałem na swój oficjalny wynik. Zanim przyszła wiadomość zdążyłem się napić wody i odświeżyć. Gdy usłyszałem dźwięk sms-a rzuciłem się po telefon niczym dzik na żołędzie. Oficjalny wynik był lepszy od tego, który wskazał mi zegarek. Był lepszy, ale zaledwie o 6 sekund! Wynik 52m00s na dystansie 10 km to dla mnie dobry czas, ale chciałem zejść poniżej 52 minut. Zabrakło mi jednej sekundy. Jednej skubanej sekundy. To tyle, co nic. Jedna sekunda mniej mogła dać mi mnóstwo szczęścia, a tak czułem niedosyt. Wiem, że  ciężko jest uzyskać tak równy czas. Pierwszy raz mi się to udało w mojej krótkiej amatorskiej karierze. Nie zdarza się to często. Tylko ta myśl powstrzymywała mnie od złości. Z drugiej strony osiągnięcie takiego czasu w upalną pogodę i na trudnej trasie napawa mnie optymizmem przed kolejnymi startami. Trochę odpocznę i we wrześniu, jak będzie mniej upalna pogoda, powalczę o poprawę życiówki. Trzy ostatnie biegi miałem bardzo szybkie. Teraz tylko muszę dobrze przepracować lato. Nabrać większej szybkości i jesień będzie moja.


Pani Wójt Kołaczkowa powinna zainwestować w budowę dróg w swojej gminie. Na jej miejscu wstydziłbym się przyjąć gości mając taką kiepską drogę dojazdową. Nie chciałbym jej pokazać, a co dopiero organizować na niej zawody. Droga przebiegała między polami, co tłumaczyć mogło brak asfaltu, ale na tych polach zaczęło się budować coraz więcej osób. Powstało kilka domów. Trochę żal mi tych ludzi, którzy codziennie muszą pokonywać piaszczystą i kamienistą drogę, aby dostać się do domu. Z pewnością lokalny przedsiębiorca świadczący usługi mycia aut zaciera ręce. Pani Teresko. Niech Pani buduje drogę, bo inaczej moja stopa na tych kołaczkowskich wertepach więcej nie postanie.

Mój problem z ukończeniem biegu o jedną sekundę za późno jest niczym w porównaniu z problemem, jaki dotknął dwóch miejscowych żuli. Na potrzeby tekstu nazwijmy ich kołaczkowskimi skoroświtami (skoro świt nastanie już ich widać, stąd to określenie). Panowie od rana kręcili się w Parku Reymonta w jednym i konkretnym celu. Chcieli zdobyć drobne na piwo. Widać było po ich facjatach, że piwo to ich paliwo. Bez niego ani rusz. Skoroświty miały spore doświadczenie w swoim fachu, gdyż zebranie drobnych na piwo poszło im w miarę szybko. Ale, jak się okazało, najtrudniejsze było dopiero przed nimi. Panowie raczej nie zagłosują już nigdy na PiS z prostej przyczyny - zakaz handlu w niedzielę. Ów zakaz uderzył w nich bezlitośnie z wielką siłą. Kołaczkowskie skoroświty wykazały się nie lada przedsiębiorczością. Zdobyły gotówkę na alkohol, ale nie mieli gdzie go kupić. We wsi były dwa sklepy, ale w związku z niedzielnym zakazem handlu jeden z nich był zamknięty, a w drugim skończyło się piwo. Widać ludzie wykupili na zapas, żeby na niedzielny relaks nie zabrakło przypadkiem trunków. Doszły mnie słuchy, że na najbliższej stacji także skończyło się piwo, gdyż ostatnie sztuki wykupili biegacze po zawodach o Złoty Kłos. Skoroświty nie poddały się jednak. Postanowili wyruszyć w kierunku Miłosławia na kolejną stację benzynową w nadziei, że tam zakupią tak potrzebne im do życia trunki. Musiało ich mocno suszyć ponieważ do Miłosławia było około 15 km.


Patrząc na tę sprawę z innej strony zakaz handlu uchwalony przez miłościwie nam panującą partię miał przyczynić się do wspólnego spędzania niedziel przez rodziny. Faktyczny skutek jest jednak inny od zamierzonego. Zakaz handlu w przypadku skoroświtów z Kołaczkowa nie przyczynił się do silniejszego rozwoju więzi rodzinnych, gdyż panowie żule nie mogli łatwo kupić piwa, aby je w gronie rodzinnym spokojnie spożyć. Zostali zmuszeni do odbycia dalekiej podróży w poszukiwaniu alkoholu. Tym sposobem zamiast spędzać czas z rodziną marnowali go na zbędne piesze wycieczki. Na zakazie handlu w niedzielę zyskać miała rodzina, a zyskała jedynie kultura fizyczna skoroświtów, gdyż taka długa wędrówka na pewno wzmocniła ich mięśnie. Tak sobie myślę, że może taki właśnie był ukryty cel ustawodawcy, aby ludzie w poszukiwaniu alkoholu pokonywali duże odległości. Wysiłek fizyczny poprawia nasz stan zdrowia, dzięki czemu nie potrzebujemy chodzić do lekarza i tym samym zmniejszą się kolejki do specjalistów. Podczas takich długich wędrówek co słabsze organizmy wyzioną ducha i tym samym zwolnią miejsca w kolejce do lekarzy dla innych osób. Może to jakiś plan cichej eksterminacji? Takie ostateczne rozwiązanie kwestii żulowskiej? Moi drodzy! Nie dajcie się zatem nabrać na to, co mówi partia rządząca. Oni mówią jedno, a robią drugie. Dziękuję Panom żulom za to, że na ich przykładzie mogłem uświadomić ludziom jacy oszuści nami rządzą. Panowie skoroświty z Kołaczkowa, przyczyniliście się do poprawy świadomości polskiego społeczeństwa. Naród Wam tego nigdy nie zapomni.


W ostatnim wpisie obiecałem Wam, że jeśli nic nie będzie się działo podczas biegu, to opowiem Wam jakąś bajkę, abyście mieli co poczytać. W Kołaczkowie działo się wiele. Miałem sporo rzeczy do opisania. Nie musiałem zatem tworzyć naprędce żadnej bajeczki. Chciałbym Wam jednak przedstawić pomysł na bajkę na jaki wpadła moja Elżbieta po tym, jak zobaczyła mnie uśmiechniętego na zdjęciu z dwoma koleżankami klubowymi. Zaproponowała mi, abym napisał bajkę o ptaszku, który wypadł z gniazda po tym, jak dostał w dziób za oglądanie się za innymi ptaszynami. Przyznam, że ciekawy pomysł miała na bajkę ta moja mała zazdrośnica.

Już za tydzień relacja z imprezy docelowej tego sezonu - Poznańska Piwna Mila. Ostatnio dużo biegałem i jeszcze więcej piłem piwa. Czuję się dobrze przygotowany do startu. Postaram się nie zawieść swoich kibiców. 

środa, 11 lipca 2018

Wonderbook - Cudowna Księga.

Pomimo, że jestem zwykłym śmiertelnikiem, było mi dane zaznać kontaktu z Cudowną Księgą. Wspaniałym magicznym tworem, który marzenia dziecka zamienia w rzeczywistość. Pierwszy kontakt nie był łatwy. Trochę zajęło mi jej oswojenie. W miarę upływu czasu księga zaczęła mnie jednak akceptować. Po bliższym poznaniu szeroko otworzyła się przede mną i  zaoferowała mi to, co miała najlepsze, to do czego została stworzona przez człowieka. Dała mi... cudownie radosną zabawę.


Słyszałem wiele różnorakich opinii o Cudownej Księdze. Wiele z nich było pochlebnych, ciepłych i aprobatywnych, ale jeszcze więcej było tych nieprzychylnych i krytycznych. Krytyka skupiała się wokół aspektu, że jest to twór dla dzieci stworzony wyłącznie z myślą sięgnięcia głęboko do kieszeni ich rodziców. Dało się słyszeć głosy, że to zbędny gadżet, z którego korzystanie przynosi ujmę graczowi i naraża go na śmieszność. Te argumenty może miały rację bytu wiele lat temu, gdy Księga ujrzała światło dzienne po raz pierwszy. Po latach, gdy opadł na nią kurz zapomnienia straciły najmniejszy sens. Gdy wszedłem w posiadanie Księgi była ona pokryta grubą warstwą kurzu zapomnienia. Księga przez lata swego niebytu znacznie straciła na wartości. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest bezwartościowa. Lecz taka była ona zawsze, gdyż dopiero w połączeniu z dodatkową aparaturą miała moc dawania szczęścia. Przenosiła w inny wymiar, który do tej pory był osiągalny jedynie w sferze marzeń i fantazji.


Moc Księgi były w stanie wydobyć dopiero kontroler PS Move i specjalna kamera złączona z konsolą PlayStation oznaczoną numerem 3. Cała ta maszyneria byłaby jednak niczym bez magicznych przepustek do cudownych światów. Przepustek do przygód różnej maści i kalibru. Wystarczyło jedynie umieścić w napędzie konsoli odpowiednią płytę, aby przeżyć interesującą nas przygodę. Tak jak bilet lotniczy umożliwia odbycie dalekiej podróży, tak specjalna płyta otwierała wrota do zabawy, radości i wszelakich innych pozytywnych emocji. Przygody były różne. Zależne od wybranej przepustki. Było ich zaledwie cztery, co pozostawia u mnie ogromny niedosyt. Wszystkie jednakże wspominam z wypiekami na twarzy, ale także  ogromnym żalem, że dopiero w dorosłym wieku było mi dane przeżyć tego rodzaju przygody. Jako dziecko bawiłbym się o niebo lepiej, bo dzieci czerpią z Cudownej Księgi więcej doznań niż dorośli. Magia ma na nich większy wpływ. Dorośli zbyt wiele myślą i analizują. Zbyt mało przeżywają. Nie chłoną emocji całym sobą. Nie są w stanie oddać się im całkowicie.


Któż z nas dorosłych, choć raz w życiu nie chciał zostać czarodziejem i kreować otaczającą nas rzeczywistość przy użyciu magicznej różdżki? Pierwsza płyta do Cudownej Księgi stanowiła przepustkę do świata Harry'ego Pottera. "Księga Czarów" pozwalała nam stać się uczniem elitarnej szkoły dla czarodziejów - Hogwartu. Kontroler PS Move w cudowny sposób stawał się magiczną różdżką, za pomocą której mogliśmy rzucać nasze ulubione czary. Oczywiście nie od razu, bo ta sztuka wymagała wielu treningów. Ważny był nie tylko odpowiedni ruch różdżką. Sam gest był bezwartościowy bez połączenia go z właściwą słowną komendą. Początkowo przyjdzie nam nauczyć się kilku prostych zaklęć, ale gdy już opanujemy podstawy różdżkarstwa będziemy w stanie rzucać zaklęcia, dzięki którym będziemy bronić się przed atakami czarnej magii. Nasz postęp zależeć będzie od naszego zaangażowania na lekcjach magii. Tak jak nie od razu Kraków zbudowano, tak samo nie da się natychmiast dobrze wyszkolić porządnego maga. Ukończyłem Hogwart bez powtarzania żadnego roku. Co, przy panującym tam wysokim poziomie edukacji, uważam za swój sukces.


W zamierzchłych czasach mojej młodości marzyło mi się zostać detektywem. Chciałem rozwiązywać kryminalne zagadki jak porucznik Columbo. Dzięki płycie "Detektyw Diggs" Cudowna Księga pozwoliła mi zagłębić się w świat detektywistycznych śledztw. Mogłem wcielić się w postać detektywa z krwi i kości, czyli tytułowego Diggsa - mola książkowego, który musi rozwikłać tajemnice śmierci swojego  kolegi  - jajeczka Humpty Dumpty. Przyszło mi brać udział w badaniu miejsc zbrodni, aby pozyskać ważne dowody rzeczowe. Brałem udział w długich i wartkich pościgach aut. Musiałem uciekać z rąk oprawców, aby ujść z życiem. Zbiry nie mają sentymentów nawet dla detektywów z licencją. Tym razem Cudowna Księga spełnia funkcję kontrolera. Za pomocą jej ruchów kierujemy postacią detektywa oraz różnymi pojazdami. Możemy nią trząść, aby zmieniać nasze otoczenie na potrzeby śledztwa. Kontroler PS Move spełnia natomiast rolę lupy, czyli nieodzownego atrybutu detektywa. Udało mi się doprowadzić śledztwo do szczęśliwego finału. Co nie było łatwe, ale szczerze powiem, że było bardzo satysfakcjonujące. Cudowna Księga pozwoliła mi poczuć klimat filmów noir. Smak, którego poznanie w tak dogłębny sposób nie byłoby nigdy możliwe.


Cudowna Księga dla miłośników magii przygotowała kolejną przepustkę do świata czarów. Adepci magii dostali możliwość wzięcia udziału w Turnieju o Złoty Kociołek. Sztuka tworzenia magicznych eliksirów nie jest łatwą sztuką. "Księga Eliksirów" zanim dopuści nas do stanięcia w szranki z innymi czarodziejami zapozna nas z podstawami sporządzania mikstur. Kontroler PS Move służył mi jako nóż do szatkowania składników oraz łyżka do mieszania w kociołku. Z jego pomocą zdobywamy także składniki do przygotowania eliksirów. Są one różnego rodzaju. Począwszy od flory w postaci m. in. pokrzyw do fauny w postaci robaków czy włosów jednorożca. Aby mikstura wyszła nam jak należy trzeba skrupulatnie pilnować temperatury ognia pod kociołkiem. Zanim jednak przyjdzie nam kontrolować temperaturę musimy za pomocą miecha rozpalić ogień. Tworzenie eliksirów to żmudna praca. Mikstury wymagają często długiego gotowania. By umilić nam czas oczekiwania autor "Księgi Eliksirów" - Zygmunt Budge raczy nas cudownymi opowieściami, które dla poznania ich pełnej treści wymagają uzupełnienia właściwymi słowami. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się wygrać Turniej o Złoty Kociołek. W kuchni nigdy nie byłem mistrzem. Tworzenie eliksirów to jednak zupełnie inna bajka. Nie obeszło się bez oparzeń, ran ciętych oraz kopnięć przez jednorożca. Cały trud opłacił się jednak. Złoty Kociołek pięknie prezentuje się na kuchennej półce, a do przygotowania bigosu sprawdza się wyśmienicie.


Czwarta i zarazem ostatnia przepustka do Cudownej Księgi zabiera nas do świata prehistorycznych bestii. "Wędrówki z Dinozaurami" to coś na wzór programu edukacyjnego z tą różnicą, że dinozaury są na wyciągniecie naszej dłoni. Księga umożliwia nam ich poznanie, dotknięcie oraz spędzenie z nimi sporej liczby godzin. Zamieniłem się w naukowca, który waży dinozaury. Naukowca, który obserwuje wyklucia małych gadów, a potem zbiera pozostałe skorupki, aby móc je później przebadać. Kontroler PS Move zamienia się w młotek, który umożliwia rozłupywanie skał podczas badań archeologicznych. Gdy już znajdziemy w ziemi szkielet dinozaura za pomocą pędzelka możemy delikatnie oczyścić odnalezione kości. Dobry naukowiec, aby poznać dokładnie życie badanych okazów, nie cofnie się przed niczym nawet przed badaniem ich odchodów, aby poznać ich dietę. Dzięki Cudownej Księdze jest nam dane karmić dinozaury, a nawet uczestniczyć w ich godach. PS Move jest w stanie zmienić się w przenośny aparat rentgenowski, dzięki czemu możemy poznać anatomię wymarłych gadów. Nie raz przyjdzie nam ingerować w świat dinozaurów, aby pomóc im uniknąć śmierci z rąk drapieżników. Po odbyciu kolejnych etapów wędrówki podchodzimy do testów z wiedzy o dinozaurach. Nieskromnie powiem, że zdałem je wszystkie celująco. Nie stanowiły dla mnie najmniejszego wyzwania, gdyż jako mały osesek pasjonowałem się światem prehistorycznych bestii. Nie bójcie się jednak, że testy będą dla was za trudne. "Wędrówki z Dinozaurami" przekazują ogromne pokłady wiedzy, a co najważniejsze robią to w bardzo przystępny sposób.


Jedna księga, a tyle przygód. Tyle światów do odkrycia. Pozostaje jednak niedosyt. Cudowna Księga miała w sobie piękną moc. Przenosiła nas do magicznych światów. Szkoda, że ludzie przygotowali do niej zaledwie cztery przepustki. Tak wiele światów jest dla nas niedostępnych, tak wiele pozostało do odkrycia...

piątek, 6 lipca 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #14

V. Nekielski Bieg do Lata zaliczany jest do Grand Prix Powiatu Wrzesińskiego w Biegach ulicznych. Po niezbyt udanym kwietniowym starcie we Wrześni, który inaugurował Grand Prix roku 2018 zależało mi na jak najlepszym wyniku, aby choć trochę wspiąć się w tabeli całego cyklu.


W zeszłorocznej edycji trasę liczącą dwie pętle po 5 km przebiegłem w czasie 51 min. 57 s. Był to wówczas mój rekord życiowy i pierwsze zawody, w których złamałem barierę 50 minut. Nekielski Bieg do Lata darzę dużym sentymentem, gdyż były to pierwsze i jak na razie jedyne zawody, w których udało mi się przybiec na metę przed moim kolegą z pracy Sylwestrem. To, że on w dzień tamtych zawodów był niewyspany i strasznie styrany po całonocnym imprezowaniu na pewno nie miało na to wpływu. Liczy się wynik, który poszedł w świat. Na mecie byłem przed nim.


Na bieg wyruszyłem w towarzystwie Sylwka, jego córki Amelii i koleżanki klubowej Anety. Nie była to daleka podróż, gdyż Neklę od mojego miasta rodzinnego dzieli zaledwie 20 km. Biuro zawodów zlokalizowane było w hali gimnastycznej miejscowej szkoły i podobnie jak w zeszłym roku było sprawnie zorganizowane. Podczas procedury odbioru pakietów spotkaliśmy się z kolegami i koleżankami z sekcji biegowej Polonii Środa. Umówiliśmy się na wspólne zdjęcie na starcie biegu, który zlokalizowany był na miejskim rynku. Pakiet pomimo swojej skromnej ceny (40 zł) był bardzo bogaty. Zawierał oczywiście numer startowy, sok z buraków, piwo bezalkoholowe (czemu bezalkoholowe?), kubek z logo imprezy i daszek, aby dać odpocząć od słońca oczom podczas biegu.


Udaliśmy się do auta zostawić swoje graty i przebrać się w stroje do biegania. Zajęło nam to chwilę. Mi najdłużej, bo guzdranie się mam w genach i dobrze mi z tym. Gdy dotarliśmy na rynek chcieliśmy od razu ulżyć naszym zbolałym pęcherzom. Nawet nie wiecie jacy byliśmy zdziwieni, gdy naszym oczom nie ukazał się żaden TOI - TOI.  Pytałem i szukałem, bo nie dowierzałem, że na starcie biegu nie ma przenośnych toalet. Faktycznie nie było. Udałem się w ustronne miejsce, aby dokonać aktu wandalizmu w postaci oddania moczu w miejscu publicznym. Gdy już sobie ulżyłem i mogłem wrócić na start biegu moim oczom ukazała się ciężarówka, która przywiozła dwie toalety. Rychło w czas można powiedzieć. Dziwne, aby toalety ustawiać 15 minut przed startem. Ważne, że były w ogóle, bo gdyby mnie "dwójka" nacisnęła, to nie wiedziałbym co począć.


Start nastąpił punktualnie o godzinie 10.00. W zeszłym roku tę samą trasę, która cały czas była jeszcze przede mną, pokonałem w czasie 51m57s., co wtedy było moim rekordem życiowym. Po ubiegłotygodniowym szybkim bieganiu w Poznaniu, gdzie 10 km udało mi się przebiec w czasie 51m55s., liczyłem na szybkie pokonanie trasy w czasie poniżej 52 minut. Taki cel sobie postawiłem, który zamierzałem za wszelką cenę zrealizować. Pogoda mi sprzyjała. Nie było słońca, nie było duszno. Problemem mógł być jedynie silny wiatr, który co jakiś czas się zrywał. Od początku czułem siłę w nogach. Ustawiłem się jednak zbyt blisko linii startu i mimo mojego szybkiego biegu wiele osób mnie wyprzedzało, przez co przez chwilę miałem wrażenie, że biegnę za wolno. Skontrolowałem tempo na zegarku, który poinformował mnie, że biegnę, jak na siebie szybko, bo w tempie poniżej 5 minut na kilometr.

Na trzecim kilometrze nadal miałem siły na szybki bieg. W tym momencie obudził się uśpiony na chwilę wiatr, który zaczął wiać wszystkim zawodnikom w twarz. Z takiego wiatru cieszą się skoczkowie narciarscy, a biegacze go przeklinają. Nie byłem w stanie przyśpieszyć, bo biegłem w swoim maksymalnym tempie. Opór wiatru spowodował, że mój czas się delikatnie pogorszył. Jeszcze za cienki jestem, aby wygrać z siłami natury. Na moje szczęście wiatr po paru minutach ustąpił. Biegło mi się trochę lżej, ale przyśpieszyć już nie mogłem. Zegarek pokazywał, że uda mi się dobiec na metę w czasie poniżej 52 minut, dlatego nie chciałem znacznie zwiększyć tempa, aby potem nie opaść nagle z sił.


Trasa biegu liczyła sobie dwie pętle, ale z tego powodu, że start i meta były w innych miejscach, pętle te były różnej długości. Większość trasy wiodła poza miastem Nekla małymi dróżkami lub asfaltowymi drogami. Dwa razy przebiegało się przez wieś Starczanowo, której mieszkańcy, przy pomocy muzyki płynącej z rozstawionych głośników oraz przy wykorzystaniu sił swoich gardeł, kibicowali uczestnikom Piątego Nekielskiego Biegu do Lata. Przyznam, że głośny bass dodał mi wiele sił do walki o dobry czas.

Najgorszym etapem zawodów była długa asfaltowa prosta delikatnie nachylona ku górze, którą pokonać trzeba było dwa razy. Nie był to jakiś stromy podbieg, ale było go czuć w nogach. Droga położona była w pięknych okolicznościach przyrody, gdyż na jej całej długości na poboczu rosły olbrzymie kasztanowce, które dawały przyjemny cień i chłód. Sylwek nazywa ten fragment trasy Aleją Kasztanową. Muszę mu przyznać, że lepszej nazwy bym nie wymyślił.

Chciałbym podzielić się z Wami jakąś fantastyczną historią, która przydarzyła mi się na biegu. Chciałbym napisać, że podczas biegu znalazłem małe pisklęcie, które wypadło z gniazda, a ja dzielnie odszukałem jego rodziców i zaniosłem je z powrotem do domu. Albo, że jakaś biegaczka wpadła do rzeki, a ja ją uratowałem przed utonięciem i na swych muskularnych ramionach zaniosłem do mety. Nic takiego nie miało miejsca. Znacie pewnie utwór grupy "Hey" pt. "Teksański". Jest tam fragment tekstu, który głosi: "Gdyby chociaż mucha zjawiła się, mogłabym ją zabić, a później to opisać...". Pisząc relację z biegu, podczas którego nie zdarzyło się nic ciekawego, zaczynam rozumieć podmiot liryczny śpiewający powyższe słowa. Muszę coś napisać, a nie mam o czym. A fanki czekają. Autentycznie mam wielki żal do piskląt, że nie chciały akurat podczas biegu wypaść z gniazda. A Wy biegaczki! Czemu żadna z Was się nie topiła? Miałyście taką okazję, aby stać się bohaterkami tego tekstu. A tu dupa. Już po ptokach. Za późno. Z racji tego, że ledwo pływam, to pewnie bym Was nie uratował, ale przynajmniej miałbym o czym napisać. W dzisiejszych czasach nikt nie szanuje artystów zwłaszcza tych z młodego pokolenia.


Na metę dotarłem z czasem 51m22s. Był to najlepszy wynik w tym sezonie i drugi najlepszy w karierze. Osiągnięty przeze mnie rezultat ucieszył mnie bardzo. Może nie tak bardzo jak sałatka z kebabem, którą dostawał każdy uczestnik biegu, ale i tak cieszył. Można powiedzieć, że sałatka mnie radowała, a wynik jedynie satysfakcjonował. Dla osób, które nie jedzą mięsa była sałatka z jajkiem. Z racji tego, że nie wyobrażam sobie dnia bez mięsa, spojrzałem na nią z ukosa i udałem, że nie istnieje. Pani podająca biegaczom sałatki nawet mnie nie zapytała jaką sałatkę sobie życzę tylko od razu podała mi tę z kebabem. Pewnie z oczu bije mi miłość do mięsiwa wszelakiej postaci.

Nekla słynie z tego, że po biegu można liczyć na darmowy masaż regeneracyjny. Trzeba oczywiście odstać swoje w kolejce, bo jak za darmo, to prawie wszyscy się ustawiają. W zeszłym roku masaż pomógł mi bardzo rozluźnić napięte mięśnie.  Dał mi sporą ulgę i wytchnienie. W tym roku była to jakaś porażka. Zamiast masażu dostałem mizianie! Pamiętacie taką scenę z filmu Juliusza Machulskiego "Kiler-ów 2-óch", gdzie Gabrysia, żona gangstera Stefana "Siary" Siarzewskiego, grana przez Katarzynę Figurę kładzie się na łóżku w samej bieliźnie i zwraca się do Jurka Kilera słowami: "Miziaj mnie". Jurek w reakcji na jej prośbę bierze miotełkę z piór do ścierania kurzu i próbuje ją "miziać" poprzez dotykanie jej piórkami w różnych częściach ciała. Gabrysi chodziło jednak o inne "mizianie" podobnie jak mi chodziło o inny masaż! Liczyłem na mocny masaż, który zmniejszy moje napięcie mięśniowe, a dostałem delikatne muskanie łydek i ud w wykonaniu młodego pana i pani. Najgorsze było to, że bardziej podobał mi się dotyk faceta! Masował jakoś bardziej z uczuciem. Widocznie wpadłem mu w oko.


Niezbyt dobrze wymasowani postanowiliśmy wziąć jeszcze udział w Biegu Rodzinnym. Sylwek biegł ze swoją córką. Ja robiłem za wujka, a Aneta za ciocię. Trasa liczyła sobie dystans prawie dwóch kilometrów. Mógł ją pokonać każdy chętny bez uiszczania opłaty startowej. Trasę można było przebiec, przejść na pieszo lub o kijkach albo nawet przejechać na rowerze. Liczyła się jedynie dobra zabawa i promocja zdrowego trybu życia. Na mecie każdy uczestnik biegu dostawał pamiątkowy medal, soczek w kartoniku i wafelek. Pierwszy raz zdarzyło mi się wrócić do domu z zawodów z dwoma medalami. Kierownik naszej sekcji biegowej nazwał mnie "multimedalistą". Określenie to wybitnie mi się spodobało, gdyż pierwszy raz w tak ładny sposób określono moją skromną, choć nie ukrywam, że uroczą osobę.


Sylwek z Anetą nabiegali najlepsze czasy w karierze, więc nie było mi dane kolejny raz wyprzedzić kolegi po fachu na zawodach w Nekli. Mówi się trudno i biega się dalej. Za tydzień powalczę o dobry wynik w Kołaczkowie w XXXVII Biegu o Złoty Kłos. Moje zmagania opiszę, jak to mam w zwyczaju. Gdyby zdarzyło się, że bieg będzie nudny i nic nie będzie się na nim działo, to opowiem Wam jakąś bajkę.

piątek, 29 czerwca 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #13

W niedzielę 24 czerwca odbył się pierwszy bieg mający na celu upamiętnienie ofiar poznańskiego czerwca 1956 roku. Był to pierwszy bunt zniewolonego przez komunistów polskiego społeczeństwa. Pierwszy kamień, który przyczynił się do powstania lawiny, która ostatecznie w 1989 roku dała nam wszystkim niezależność od sowieckiego towarzysza. Była to pierwsza iskierka, która zapaliła w nas ogień wolności. Pierwsza gwiazdka na ciemnym niebie, która dawała nadzieję na lepsze jutro...


Mimo tego, że chciałem być kiedyś historykiem, to nie pokuszę się o przedstawienie rysu historycznego wydarzeń czerwcowych. Posłużę się natomiast informacją zamieszczoną na stronie organizatora biegu. Jest ona krótka i zarazem treściwa:

Wszystko rozpoczęło się 28 czerwca 1956 roku o godzinie 6:30 nad ranem.


Wówczas to w Zakładach Przemysłu Metalowego Hipolita Cegielskiego w Poznaniu (wtedy Zakłady im. Józefa Stalina Poznań) uruchomiona została główna syrena, która była sygnałem dla pracujących wówczas w fabryce robotników. Sygnałem do zjednoczenia się przeciwko ignorowaniu ich interesów oraz sukcesywnie pogarszającej się sytuacji w pracy (zmniejszanie płacy, likwidacja premii, niesłusznie pobierane podatki itd.). Chcąc wyraźnie zademonstrować swoje niezadowolenie, robotnicy wyszli z fabryki i rozpocząwszy manifestację wspólnie podążali w kierunku miejsc, gdzie zlokalizowana była ówczesna władza.

Wbrew pozorom, mimo atmosfery buntu i gniewu, manifestacja początkowo była bardzo spokojna – ludzie szli w milczeniu. Wraz z pokonywaniem kolejnych dziesiątek metrów, protestujący zaczęli wznosić okrzyki przeciw władzy, jak choćby „Chcemy wolnej Polski” czy „Precz z bolszewizmem”. Atmosfera gęstniała tym mocniej, im bliżej demonstranci byli swojego celu. Kiedy dotarli do Zamku Cesarskiego (przy obecnej ulicy św. Marcin), gdzie mieściła się siedziba rządzących, próbowali w pokojowych nastrojach doprowadzić do zmiany niezadowalających postanowień władzy. Gdy próby te spełzły na niczym, sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Część protestujących wdarła się do więzienia przy ulicy Młyńskiej, aby uwolnić delegatów demonstracji, którzy rzekomo zostali wcześniej aresztowani. Jednocześnie łupem buntowników padła broń i amunicja znajdująca się w więzieniu. To w bardzo krótkim czasie spowodowało uliczną strzelaninę między robotnikami a interweniującymi funkcjonariuszami. Starcia zakończyły się dopiero wieczorem. Panujące władze zdecydowały, żeby do poskromienia manifestantów zaangażować wojsko. W tym celu do Poznania wezwano około 10 tysięcy żołnierzy przy użyciu niemal 400 czołgów! Do akcji użyto również działa przeciwlotnicze i pancerne auta. Były to dywizje piechoty i dywizje pancerne.

W celu zapobiegnięcia kolejnych buntów społecznych, ówczesny premier Józef Cyrankiewicz w swoim przemówieniu wypowiedział następujące słowa: „Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie”.

Nieznana jest konkretna liczba ofiar czerwcowych wydarzeń. Różne źródła podają liczbę zbliżoną do 70. Najmłodszym z poległych był zaledwie trzynastoletni Roman Strzałkowski, którego osoba została przez to swoistym symbolem wydarzeń z 1956 roku. Oprócz kilkudziesięciu zabitych, rannych zostało ponad 600 kolejnych osób.

Po zakończeniu buntu rozpoczęły się, zakrojone na szeroką skalę, aresztowania osób związanych z manifestacją. Zatrzymano około 250 osób, z czego znaczną większość stanowili robotnicy. Większość była torturowana w celu wyjawienia zeznań. Szykany spotkały również broniącego oskarżone osoby mecenasa Stanisława Hejmowskiego, który został w późniejszym czasie pozbawiony praw do wykonywania swojego zawodu.

Bunt poznańskich robotników był pierwszym przeciwstawieniem się władzy w czasach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dzięki odwadze setek ludzi, w późniejszych latach doszło do wielu zmian w życiu społecznym. Polacy zaczęli wyrażać swoje zdanie, choć większość czyniła to wciąż anonimowo – w obawie przed gniewem władzy. Ponadto większość listów pisanych przez miejscową ludność była przechwytywana przez specjalne aparaty władzy.

Wydarzenia z czerwca 1956 roku w Poznaniu przez wielu uznawane są za czynnik przyspieszający nadejście demokracji w Polsce.

To dziwne jak los kieruje naszymi poczynaniami. W moim przypadku wielokrotnie zwracał on moją uwagę na zdarzenia z czerwca 1956 roku. Pytanie o to ważne wydarzenie z naszej historii pojawiło się na pisemnym egzaminie maturalnym z wiedzy o społeczeństwie. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej, która miała sprawdzić moje predyspozycje do studiowania na kierunku politologia, wylosowałem pytanie dotyczące przebiegu zdarzeń poznańskiego czerwca. Poległem na nim i studentem politologii nie zostałem. Udało mi się po wielu trudach dostać na studia administracyjne. Większość zajęć odbywała się przy budynku położonym przy ulicy 28 Czerwca 1956 r. w sąsiedztwie zakładu Hipolita Cegielskiego.  Wiele lat później podczas studyjnego wyjazdu do Parlamentu Europejskiego w Strasburgu organizowanego przez posłankę PO dr Agnieszkę Kozłowską - Rajewicz, było mi dane poznać i zamienić kilka zdań z uczestniczką wydarzeń czerwcowych - Aleksandrą Banasiak, prezes stowarzyszenia Poznański Czerwiec 56. Wstyd się przyznać, ale to dopiero od niej dowiedziałem się, że podczas starć robotników z funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa zginął jeden Średzianin - Michał Dąbrowicz. Był on jedną z ostatnich ofiar zajść tego tragicznego dnia. Jego śmierć jest zagadkowa, gdyż postrzelono go w miejscu oddalonym od głównej areny walk. Wiemy to z informacji od szpitala, do którego przyjechał już martwy z raną postrzałową głowy. Pani Aleksandra opowiedziała mi, że krąży hipoteza, że Michał Dąbrowicz tego czerwcowego dnia wybrał się do Poznania po pierścionek zaręczony dla swojej ukochanej - Emilii Kihl. Była ona również mieszkanką Środy Wielkopolskiej, a w przyszłości wybitnym archeologiem. Inna hipoteza mówi, że Dąbrowicz zginął, gdy udawał się do miejsca zamieszkania swojej ukochanej, która podobnie jak on w tym czasie studiowała w Poznaniu. 

Po tych wszystkich zdarzeniach, które nieustanie na różnych etapach mojego życia zwracały moją uwagę na zdarzenia czerwca 1956, nie wyobrażałem sobie, abym nie wziął udziału w biegu upamiętniającym tragiczne wydarzenia roku 1956.


W podróży do Poznania towarzyszyła mi moja Elżbieta i jej synek Daniel, który zgodził się jechać jedynie pod warunkiem, że po biegu odwiedzimy KFC. Nie protestowałem zbytnio na wizytę w fast foodzie, bo wizja posilenia się po wysiłku soczystą kurą była kusząca. Bez przygód, problemów i żadnych perturbacji dotarliśmy do biura zawodów, które zlokalizowane było w budynku naprzeciw zakładów Cegielskiego. Było ono sprawnie zorganizowane, dzięki czemu udało się uniknąć kolejek przy odbiorze pakietów biegowych. Skład ich był bogaty. Każdy zawierał pamiątkową koszulkę, żel energetyczny, baton od Ani Lewandowskiej, biało - czerwoną opaskę na ramię, płytę De Press z utworami patriotycznymi. Całość zapakowana była w worek z logo biegu, który można założyć na plecy i nosić jak plecak. Taki sposób jego noszenia kategorycznie odradzam mężczyznom, gdyż jak już kiedyś pisałem, wygląda się wtedy zniewieściale  na maksa. Baton od Lewandowskiej był o smaku baobaba z jabłkiem. Smakował bardzo dobrze. Dał mi dużo sił. Szkoda, że Ania nie poczęstowała nim swojego męża i jego kumpli z kadry przed meczami z Senegalem i Kolumbią. Może chłopaki mieliby więcej siły do biegania.


Trzydzieści minut przed biegiem rozpadał się mocno deszcz. Ludzie zaczęli się denerwować, a niektórzy wręcz panikować. Ja byłem spokojny. Wierzyłem w swoje szczęście i dobrą passę, gdyż jeszcze nigdy nie startowałem w deszczu. Wiele razy zdarzało się, że przed biegiem padał rzęsisty deszcz lub była nawet ulewa, lecz gdy stawałem na starcie zawodów nagle się wypogadzało i przestawało padać. I tym razem było podobnie. Dwie minuty przed startem deszcz ustąpił. Zwykłem sobie żartować, że tam gdzie ja biegnę, to nie pada deszcz podczas zawodów, bo ja jestem biegaczem wybranym przez Boga. Taki biblijny Noe. Tylko z tą różnicą, że ja nie muszę przetrwać powodzi na arce z wesołą gromadką zwierząt. Ja muszę jedynie dotrzeć do mety. I tak, jak Noe muszę zaufać wyższej istocie, że nic mi się nie stanie, a deszcz to jedynie próba charakteru, a nie kara za złe występki. Nie ma co bać się rzeczy, na które nie ma się wpływu. Trzeba je zaakceptować. Bo czy mamy wpływ na padający deszcz? Nie mamy! Dlatego nie powinniśmy się nim martwić, bo do niczego nas to nie zaprowadzi. Nie można rezygnować, gdy na starcie pojawiają się przeciwności. Trzeba im stawić czoła. Kto uciekał przed burzą, nigdy nie ujrzał tęczy. 


Nie miałem ze sobą innych rzeczy oprócz krótkich. Ubrałem się jakby na dworze była upalna pogoda. Dzięki folii termicznej, którą zawsze przezornie wożę na zawody, nie zmarzłem w oczekiwaniu na start. Aby chronić gardło założyłem chustkę na szyję. Wyglądało to trochę komicznie w zestawieniu z koszulką na naramakach i krótkimi spodenkami. Ważne jednak, że działało. Mama zawsze mi powtarzała, że jak jest zimno to trzeba zakładać szalik. Nie mówiła jednak, że podczas chłodu mam nie zakładać krótkich spodenek. Będę z Wami szczery. Tę piękną anegdotkę usłyszałem od innego biegacza w grudniu ubiegłego roku podczas Biegu Powstania Wielkopolskiego i długo nie mogłem się doczekać, aż ją wykorzystam w jakimś swoim tekście. Jak widać cierpliwość popłaca.

Na starcie ustawiłem się w pierwszej części stawki, aby powalczyć o dobry wynik. Jakie było moje zdziwienie, gdy po mojej prawicy ujrzałem biegacza w koszulce z nadrukiem indiańskiego wigwamu, który w ręku dzierżył długi kij, do którego przymocowane były pióra orła lub innego dużego ptaka oraz kilka kolorowych wstążek. Pomyślałem sobie, że to jakiś szaman, który w ręku dzierży potężny amulet. Przez moment chciałem nawet zagadać. Poprosić szamana o wsparcie na biegu. Lepsze wyniki nie przychodzą, treningi nie pomagają. Może pora odwołać się do magicznych rytuałów. Ostatecznie postanowiłem nie kusić losu, bo zamiast wsparcia podczas biegu, ów szaman mógłby rzucić na mnie klątwę, która naraziłaby mnie na bolesne wzwody lub zapach siarki spod pach. Z takimi typkami nic nie wiadomo.


Bieg wystartował punktualnie o godzinie 11.00. Zawody odbywały się na dystansie 10 km indywidualnie, a dla tych, co nie czuli się na siłach, aby przebiec taki dystans, organizator zapewnił bieg sztafetowy 5x2 km. Pogoda była idealna na bieganie. Nie było słońca, nie było upału, a w powietrzu było mnóstwo tlenu po niedawnym deszczu. Od początku biegło mi się bardzo dobrze. Nie przeszkadzała mi nawet trasa, która na początku przebiegała torowiskiem tramwajowym. Trzeba było uważać, aby nie poślizgnąć się na śliskiej szynie.

Pierwsze dwa kilometry przebiegłem w czasie poniżej 10 minut. Szedłem na życiówkę. Nie pozwoliłem sobie jednak na zbyt duże podniecenie z uwagi na dobry początek. Wiedziałem, że przede mną jeszcze 8 km. Zdawałem sobie sprawę, że początek trasy był z górki, a dalsze odcinki będą płaskie, a ostatnie kilometry to już delikatne podbiegi. Dlatego nie przyśpieszyłem, aby potem nie opaść zupełnie z sił. Starałem się trzymać tempo 5 min/km. Udawało mi się to do 5 kilometra dzięki pomocy Starszego Pana. Trzymałem się za nim 2 kilometry. Dyktował dobre tempo, dzięki czemu nie musiałem co chwila nerwowo spoglądać na zegarek, czy przypadkiem nie biegnę za wolno. Na 6 kilometrze Starszy Pan trochę zwolnił. Wyprzedziłem go. Nie byłem jednak w stanie utrzymać tempa, które poprawiłoby mój  życiowy wynik na tym dystansie wynoszący 50 min. 43 s. Postanowiłem walczyć jednak o jak najlepszy wynik, bo brać udział w zawodach i nie dać z siebie wszystkich sił to nie w moim stylu. Zawsze trzeba walczyć.


Jak już wspominałem, końcówka trasy przebiegała pod górkę, co nie ułatwiło mi biegu. Gdybym był kozłem górskim, to byłoby mi łatwo, ale ja jestem tylko i aż przystojnym urzędnikiem - biegaczem, który w wolnych chwilach od ściągania podatków para się pisaniem bloga. Jestem zajebisty, ale tak, jak każdy superbohater mam swoją słabość - bieganie pod górkę. Nie lubię, nie cierpię, ale jak jest górka to się nie poddaję. Na szczęście ostatnia prosta na metę była na płaskim terenie, dzięki czemu mogłem majestatycznie wbiec na metę powodując u okolicznych kobiet drganie w miejscu intymnym. U niektórych facetów pewnie też. Znam swój urok. Wiem jak działa na mnie. A co dopiero na innych.



Na mecie zameldowałem się z wynikiem 51 min. 55 s. Był to mój najszybszy bieg w tym roku na tym dystansie i drugi najlepszy wynik w karierze. Można zatem powiedzieć, że dałem z siebie wszystko. Byłem zadowolony z osiągniętego rezultatu. Nie było życiówki, ale był mocny bieg, podczas którego się nie oszczędzałem. Na mecie dostałem piękny pamiątkowy medal. W mojej osobistej klasyfikacji medali w kategorii "urodziwe trofea" plasuje się on na podium. Jest bardzo ładny. Będzie cudowną ozdobą mojej kolekcji.



Na koniec dwie kwestie. Ważna - za tydzień startuję w Nekli i ważniejsza - kura w KFC była pyszna!

PS. Większość zdjęć wykonała moja Elżbieta. Zawsze skromna. Niech ma teraz swoje 5 minut sławy.


czwartek, 28 czerwca 2018

Ku pokrzepieniu serc reprezentacji

Mundial w Rosji był dla wszystkich naszych piłkarzy, oprócz Łukasza Fabiańskiego, który pojechał na Mistrzostwa Świata do Niemiec w 2006 roku, debiutem na tego rodzaju imprezie. Nic dziwnego, że chłopakom się nie powiodło. Byli spięci, zestresowani, by nie powiedzieć, że byli zesrani. Nawet Sławek Peszko ze swoim talentem do robienia dobrej atmosfery nie był w stanie rozluźnić naszych grajków.


Niech pierwszy rzuci kamieniem w szybę Passata sąsiada ten, który nie denerwował się przed pierwszym dniem w szkole lub pierwszą rozmową o pracę. Każdy z nas się denerwuje. Stres mobilizuje, ale także usztywnia (w sypialni zmiękcza, ale taka jest specyfika uciech w alkowie). Powoduje, że nie jesteśmy sobą. I tutaj nawet zjedzenie Snickersa nie pomaga. Wszyscy wyzywają naszych piłkarzy od czci i wiary, a ja chciałbym ich trochę pocieszyć. Nie dlatego, że jakoś ich specjalnie lubię, ale z tego powodu, że nie zawiedli moich oczekiwań, bo nie miałem w ich kierunku żadnych oczekiwań. Nawet najmniejszych. Nawet takich małych, jak przyrodzenie małej myszki. Jestem Polakiem. Przyzwyczaiłem się do klęski naszych piłkarzy. Poprzednie EURO to był wypadek przy pracy. Przypadkiem udało nam się dojść do ćwierćfinału. Klęski mnie nie smucą, a znikome wygrane nie radują. Żyję sobie spokojnie bez nerwów. Nie wydaję pieniędzy na zbędne gadżety piłkarskie, a pod osłoną nocy nie muszę ukradkiem ściągać flag narodowych po przegranym meczu. Życie ma zbyt wiele stresów, aby jeszcze dokładać do niego stres płynący z piłki. 

Ja też kiedyś debiutowałem w ważnym meczu i stres mnie połknął bez popity. Co prawda nie był to mundial, a mecz między osiedlami, ale stres był porównywalny. Tradycja zmagań piłkarskich była bardzo stara, bo odkąd pamiętam już rozgrywano takie mecze. Jako mieszkaniec osiedla przy byłym Państwowym Ośrodku Maszynowym, w skrócie P.O.M., kibicowałem swoim starszym kumplom z osiedla w starciach z reprezentacją osiedla Źrenica. Nazwy osiedli nie były oficjalne, ale dość mocno na długie lata zakorzeniły się w społecznej świadomości. Tak naprawdę mieszkańcy Pomów i Źrenicy mieszkali przy jednej i tej samej ulicy. Pomy znajdowały się na początku ulicy Harcerskiej, a Źrenica na końcu. Łatwo idzie się domyślić, że ulica Harcerska jest bardzo długa. Jedna z dłuższych ulic w Środzie Wielkopolskiej. Z racji młodego wieku i niezbyt dużego rozgarnięcia piłkarskiego nie było mi dane wystąpić w meczu międzyosiedlowym z reprezentacją Źrenicy.


Przybyło nam wszystkim lat na karku i włosów łonowych w majtkach. Idea rozgrywania meczów międzyosiedlowych umierała powoli jak gry na pierwszego Pleja. Aż tu niespodziewanie do piłkarskiego związku Pomów wpłynęło oficjalne zapytanie od osiedla Westerplatte o możliwość rozegrania meczu towarzyskiego pomiędzy zaprzyjaźnionymi osiedlami. Zarząd osiedla nie wahał się długo z udzieleniem odpowiedzi. Przez aklamację przyjęto uchwałę wyrażającą zgodę na towarzyski mecz z Westem (zwyczajowa nazwa Westerplatte), o czym niezwłocznie drogą komunikacji elektronicznej w postaci SMS-a poinformowano związek piłkarski osiedla Westerplatte. Rozpoczęły się długie i burzliwe negocjacje na temat organizacji pierwszego w historii starcia piłkarskiego pomiędzy Pomami i Westem. Jako arenę walk wybrano betonowe boisko na osiedlu Pomowskim. Gospodarz zapewnić miał nieograniczony dostęp do wody pitnej oraz darmowe miejsca parkingowe na rowery gości, zarówno piłkarzy, jak i sztabu technicznego oraz kibiców. Aby zniwelować przewagę boiska, to zawodnicy gości mieli rozpocząć mecz oraz otrzymali możliwość wyboru strony boiska, na którą będą atakować. 

Uczestniczyłem przy tych wszystkich ustaleniach, jako czynny działacz sportowy osiedla i sekretarz generalny osiedlowego związku piłkarskiego. Jednak najważniejsze zadanie było nadal przede mną. Musiałem przekonać prezesa związku i jednocześnie naszego bramkostrzelnego kapitana drużyny, że zasługuję, aby zadebiutować w kadrze osiedla na bramce już od pierwszej minuty spotkania. Po krótkim, lecz intensywnym zgrupowaniu, na którym miałem okazję się wykazać oraz zaprezentować swoje umiejętności bramkarskie nie tylko na treningach, ale i w kilku meczach kontrolnych, oczekiwałem niecierpliwe na decyzję prezesa, który samodzielnie powołał się na stanowisko selekcjonera na parę dni przed zgrupowaniem kadry. Byłem pewien miejsca w kadrze, bo jak nie powołać na mecz samego sekretarza generalnego związku. Z racji piastowanego stanowiska to powołanie mi się należało jak premie kolesiom pewnej niezbyt urodziwej premierki. Nie byłem jednak pewien miejsca w pierwszym składzie. Selekcjoner wyłożył wszystkie karty na stół godzinę przed meczem. Podszedł do mnie. Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: "Tomasz, grasz od początku. Tylko tego nie spierdol. Nie możemy sobie pozwolić na porażkę, bo kibice nam tego nie wybaczą." Pewnie skinąłem głową, aby dać znak selekcjonerowi, że zrozumiałem. Nadeszła moja wielka chwila. Miałem zadebiutować w kadrze osiedla.


Mecz zbliżał się nieubłaganie wielkimi krokami. Z każdą minutą ogarniał mnie coraz większy stres, którego poziom starałem się obniżać waniliowymi wafelkami Princessa i czerwoną oranżadą Vivat z Biedronki. Była to jednak walka z wiatrakami. Stres zamiast mijać, im bliżej było początku meczu, tylko narastał. Gdy trzeba było stanąć między słupkami, zrobiłem to w sposób pewny i stanowczy, choć w majtkach miałem już pełno... nie pytajcie czego. Starałem się uspokoić i skoncentrować maksymalnie na piłce. W myślach miałem tylko jedno zdanie selekcjonera: "Nie spierdol tego". I jeśli wpuszczenie dwóch goli na dwa oddane przez rywala strzały w przeciągu 3 pierwszych minut spotkania łapie się jako "niespierdolenie tego", to tak, udało mi się nie spieprzyć tego meczu. Selekcjoner jednak w sposób odmienny od mojego interpretował swoje słowa i po szybkiej utracie drugiego gola natychmiast zdjął mnie z boiska. Nie pomogły moje argumenty, że piłka jest nieregulaminowa, bo jest szybsza, niż przewiduje norma ISO 9001 dla boisk tego typu jak nasze, wskutek czego oba gole nie powinny zostać uznane. Odebrał mi rękawice bramkarskie i kazał skierować się w stronę trybun, których funkcje tymczasowo na czas remontu boiska spełniały huśtawki na pobliskim placu zabaw. W kilku nieparlamentarnych słowach powiedziałem mu co o nim myślę i o jego sposobie kierowania osiedlowym związkiem. Zanim zdążyłem ochłonąć i przemyśleć swoje zachowanie, drogą elektroniczną dostarczono mi uchwałę pozbawiającą mnie stanowiska sekretarza generalnego związku oraz usuwającą mnie ze związku ze skutkiem natychmiastowym za poważne naruszenie regulaminu. Odwołałem się od decyzji do sądu koleżeńskiego, ale nic to nie dało. Znalazłem się poza związkiem i poza kadrą osiedla. Nie był to udany debiut, ale widocznie taki los był mi pisany. Opatrzność chciała wskazać mi inny kierunek, w którym mam zmierzać. Po latach pogodziłem się z selekcjonerem. Przyznał mi się, że podjął wtedy złą decyzję. Była ona zbyt pochopna. Powiedział, że w ten dzień meczu nie powinien w ogóle wpuszczać mnie na boisko. Dla dobra całej reprezentacji i mojego własnego. Mecz zremisowaliśmy. Było to ostatnie spotkanie międzyosiedlowe z udziałem reprezentacji osiedla Pomy. 

Spytacie pewnie jakim cudem mój tekst ma pokrzepić piłkarskie serca naszych kadrowiczów zasmucone porażką na mundialu w Rosji? A na to pytanie jest bardzo prosta odpowiedz. Skoro tak zajebistej, cudownej, utalentowanej, przystojnej, mądrej i przede wszystkim skromnej osobie jak ja nie udał się debiut w ważnym meczu, to tym bardziej piłkarze nie mają co rozpaczać po swoim kiepskim debiucie na mistrzostwach świata. Tomasz nie zawsze daje radę, to jak radę mogą zawsze dawać zawodowi piłkarze. Przecież to oczywiste, że nie mogą być lepsi od Tomasza, bo takie jednostki się jeszcze nie urodziły. 

Nie chciałbym, abyście wyciągnęli złe wnioski z mojego żartobliwego tekstu, dlatego napiszę wprost. Ja po nieudanym debiucie zrezygnowałem z gry w kadrze, bo piłka na wysokim poziomie nie jest dla wszystkich. Nie dla każdego psa kiełbasa, a dla polskiego piłkarza mundialowa klasa. To taka krótka informacja dla naszych piłkarzy. Bo najgorzej to jak się coś komuś wydaje...     

sobota, 23 czerwca 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #12

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. To stare powiedzenie przez lata nic nie straciło na swojej autentyczności. Lubię biegać na średzkiej ziemi. Znam tu każdy centymetr drogi i chodnika. Bywały momenty, że zbyt blisko poznałem nawierzchnię chodnika. W dzieciństwie winną tego była moja niefrasobliwość, w wieku młodzieńczym nieumiarkowanie w piciu, a w dorosłym zwykła nieuwaga. Środo! Czy jesteś gotowa na mój start w szóstym Biegu Nadziei? Nie musisz odpowiadać. Wiem, że nie możesz się tego doczekać!


Bieg Nadziei jest to cykliczna impreza organizowana przez Stowarzyszenie Hospicjum im. Piotra Króla. Bieg organizowany jest nie tylko, aby propagować piękną ideę biegania. Ma on również za zadanie wspomóc organizatorów w zbiórce funduszy na budowę hospicjum w Środzie Wielkopolskiej. Stowarzyszenie pragnie także zwrócić naszą uwagę na problem społeczny, jakim jest potrzeba opieki nad osobami nieuleczalnie chorymi. Piotr Król, który będzie patronem przyszłego hospicjum, zmarł w wieku 51 lat wskutek choroby nowotworowej. Mawiał, że: „Trzeba coś budować, trzeba coś po sobie zostawić”. Biorąc udział w biegu z tak szczytnym celem przyczyniamy się do budowy hospicjum, które ma służyć wszystkim nieodpłatną pomocą. Idea jest szczytna i dobra. Takie rzeczy należy wspierać bez chwili zawahania. Nawet takiej najmniejszej. 

Startuję w Biegu Nadziei od trzeciej edycji. Pamiętam, jakim wielkim wydarzeniem była organizacja pierwszego biegu. Chciałem bardzo wziąć w nim udział, ale w tamtym czasie nie byłem jeszcze w stanie przebiec dystansu 10 kilometrów nawet na treningu. Nie wystartowałem, gdyż zwyczajnie się bałem, że padnę gdzieś na trasie i mnie karetką do szpitala odwiozą. Z kolei w drugiej edycji nie brałem udziału, gdyż najlepszy kolega ze szkolnej ławy ślubował tego samego dnia swej lubej, że jej nie opuści, aż do śmierci i takie tam. Wybrałem beztroską zabawę, jedzenie i pijaństwo zamiast sportowej rywalizacji. Z ręką na sercu przyznajcie mi, tylko szczerze, kto z Was postąpiłby inaczej? Kto wybrałby bieganie w trzydziestostopniowym upale zamiast zimnej wódeczki i soczystego schabowego w klimatyzowanym lokalu? Chyba tylko osoba niespełna rozumu lub bardziej doświadczony biegacz-amator za jakiego się obecnie uważam. Idąc dalej tym tokiem rozumowania można dojść do wniosku, że doświadczeni biegacze nie są zdrowi na umyśle, gdyż wolą się męczyć niż relaksować na weselu. Aby nie dojść przypadkiem do wniosku, że muszę się leczyć na głowę, skończę te bezsensowne rozważania. 

Bieg Nadziei darzę olbrzymim sentymentem, gdyż były to moje pierwsze zawody biegowe, w jakich wziąłem udział. To tu w Środzie wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i praca urzędnika się zaczęła, i bieganie się zaczęło, i pierwsze medale się zaczęły. Tylko po maturze nie było kremówek, a rozrobiony z wodą spirytus niewiadomego pochodzenia, ale ja święty nie jestem, więc mogłem. Swoją drogą był to cud, że ten spirytus żadnej krzywdy mi nie zrobił. Anioł Stróż miał ze mną sporo roboty. Kto by pomyślał, że od jednego biegu wszystko może się zmienić. Dzisiaj nie jestem w stanie wyobrazić sobie roku bez kilku startów w zawodach i bez tej adrenaliny, która towarzyszy każdym zawodom. Pierwszego razu się nie zapomina...


Pakiet biegacza był w tym roku bardzo bogaty. Zawierał, oprócz numeru startowego, piwo z lokalnego browaru rzemieślniczego Gzub, wodę z wysoką zawartością magnezu oraz baton musli. Cena pakietu na bieg jest od lat niska i niezmienna. Wynosi 35 zł, ale w momencie zapisu organizator namawia do złożenia darowizny na budowę hospicjum, co zawsze czynię z wielką przyjemnością, gdyż dobro powraca. Wierzę w to, że trzeba być dobrym dla innych, bo wtedy inni ludzie będą dobrzy dla nas. Współczesnemu światu brakuje dobra. Wszyscy myślą tylko o sobie i gardzą innymi ludźmi. Miarą człowieczeństwa jest to, jak traktujemy słabszych od siebie. Nie jest sztuką być dobrym dla osób, które mogą dać nam coś w zamian. To nie pomoc! To strategia działania, która obliczona jest na osiągnięcie w przyszłości jakichś zysków. Prawdziwa pomoc jest bezinteresowna! Dobry człowiek nie kalkuluje. Nie robi rachunków zysków i strat. Dobry człowiek pomaga! 

Start miał miejsce punktualnie o godzinie 10.00 rano na Starym Rynku w Środzie. Tylko raz bieg rozpoczynał się nad średzkim jeziorem. Start na rynku w centrum miasta dodaje zawodom prestiżu. Cała otoczka biegu zyskuje. Bieg sprawia wrażenie elitarnego. Było gorąco. Słońce piekło. Normalnie piekło na ziemi. Ale wojownik nie narzeka tylko walczy. Gdy się już porządnie rozgrzałem stanąłem na linii startu gdzieś w pierwszej połowie stawki, gdyż miałem w planach mocno wystartować, bo pierwszy kilometr trasy był z górki. Dalsza cześć trasy nie jest już taka przyjemna i łatwa do biegania. Trasa biegnie ulicami miasta oraz naokoło naszego jeziora. Jest delikatnie usłana podbiegami, ale co najgorsze, jest cały czas mocno nasłoneczniona. Cienia tam nie ujrzysz. A Pan Bóg musiał polubić Bieg Nadziei, bo przy okazji każdego biegu jest piękna i upalna pogoda. Nie pomaga to w bieganiu, ale ładnie wygląda na zdjęciach, a o dobry PR trzeba dbać.


W tym roku oprócz dystansu 10 km biegacze mogli się zmierzyć na krótkim dystansie 3,6 km. Nie cieszył się on sporym zainteresowaniem, ale moim zdaniem była to dobra decyzja organizatora, aby umożliwić ludziom wzięcie udziału w zawodach na takim dystansie. Nie każdy jest w stanie przebiec 10 km, a taki krótki bieg dla wielu ludzi może być początkiem fantastycznej przygody z bieganiem. Gdyby taki dystans był dostępny przy okazji pierwszej edycji, to na pewno bym wtedy wystartował. 

Na pierwszym kilometrze byłem szybki. Zajął mi on 4 min 40 s. Leszek Miller mawiał, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy, a nie zaczyna. Zacząłem pięknie. Żeby nie skończyć tragicznie trochę zwolniłem, bo wiedziałem, że to zbyt szybkie tempo jak dla mnie. Słońce grzało, a ja parłem do przodu. Niestety z każdym kilometrem biegłem coraz wolniej. Sił dodały mi kurtyny wodne rozstawione na trasie i woda z punktów odżywczych, których w tym roku było aż trzy na trasie. Od początku biegu założyłem sobie ukończenie zawodów w czasie poniżej 54 minut. Konsekwentnie do tego dążyłem. Najgorzej czułem się na kilometrach 5, 6 i 7. Wtedy zwolniłem, bo zwyczajnie brakowało mi tchu. Najgorsze jednak było to, że przez cały bieg odbijał mi się batonik proteinowy, który zjadłem przed startem. Pieprzone jabłko z cynamonem. Wiedziałem, że trzeba było wziąć o smaku kawy, ale jakiś czort mnie pokusił.


Na 8. kilometrze do moich uszu dotarła piosenka Ellie Goulding - "Love Me Like You Do". Tak, to ta nuta z "50 Twarzy Greya". W filmie słyszymy ją, gdy Christian Grey zabiera Anastazję do szybowca na randkę. Latają sobie i ogólnie jest sielanka, bo ona jeszcze nie wie, że on jest delikatnie spaczony i marzy tylko o tym, aby sprać ją ostro po tyłku. Wiem, że mam zbyt bujną wyobraźnię, ale ona czasem się przydaje. I nie myślę o pisaniu ciekawych tekstów na blogu. Wyobraźnia się przydaje również podczas biegu. Nie raz potrafi dodać mnóstwa sił. Gdy usłyszałem motyw przewodni z "Greya" i przypomniałem sobie scenę z szybowcami, to do razu wyobraziłem sobie, że jestem lekki jak ten szybowiec i spokojnie, bez żadnego trudu, dotrę do mety. Kryzys minął. Nogi zaczęły przebierać znacznie szybciej. Nie wiem skąd, ale nagle w moich płucach pojawiła się spora ilość tlenu. Taki stan należało wykorzystać niezwłocznie, bo nigdy nie wiadomo kiedy minie. Kto by pomyślał, że Grey będzie miał na mnie taki dobry wpływ. Chociaż to raczej sprawka Ellie, która zaśpiewała mi w końcu: "Pozwolę Ci narzucić tempo, ponieważ nie myślę logicznie. Kręci mi się w głowie, nie potrafię już jasno myśleć. Na co czekasz?" Odpowiedziałem sobie w myślach, że czekam na metę i pognałem ku niej czym prędzej.


Nagły przypływ energii minął mi dość szybko, a winą tego stanu rzeczy był podbieg koło średzkiego cmentarza, który zabrał mi energię ofiarowaną bezinteresownie przez Ellie. W takich trudnych momentach można zawsze liczyć na kolegę klubowego - Błażeja. On skończył już dawno bieg, ale wrócił na trasę, aby wspierać innych zawodników Polonii Środa. Mijając mnie nie tylko dokonał werbalnej motywacji, ale jednocześnie polał mnie dość obficie wodą. Czułem jak woda dodaje mi energii. Tak, jak chrzest zmywa grzechy, tak Błażej wodą zmył ze mnie zmęczenie, abym bez trudu mógł dotrzeć do mety. Podobno Jan Chrzciciel chrzcił wodą z Jordanu, a Jezus Chrystus duchem świętym. Błażej "ochrzcił" mnie butelkowaną wodą Saguaro z Lidla. Dobry z niego kaznodzieja, bo do mety dotarłem z wielkim zapasem energii, a  przed jego "chrztem" ledwo zipałem.


Na mecie zameldowałem się z czasem 53 min. 42 s. Plan minimum zrealizowany. Zająłem w klasyfikacji open 146 miejsce, a w swojej kategorii wiekowej byłem 48. Zmieściłem się w pierwszej połowie stawki, gdyż bieg ukończyło blisko 300 osób. Cały mokry udałem się na piwo do pobliskiej restauracji. Sportowiec wie, że w tak upalną pogodę bardzo ważne jest nawadnianie organizmu.


Następna kronika poświęcona będzie moim zmaganiom w I. Biegu Pamięci Ofiar Czerwca 1956 roku w Poznaniu. Było to ważne wydarzenie, które otworzyło nam drogę do odzyskania w 1989 roku pełnej suwerenności. W walkach robotników z władzą zginął również mieszkaniec Środy Wielkopolskiej. Nie mogło mnie zatem zabraknąć w tym biegu.

czwartek, 21 czerwca 2018

Korona Półmaratonów Polskich - Podsumowanie

"Tam sięgaj, gdzie wzrok nie sięga" - pisał w swojej "Odzie do młodości" nasz wielki wieszcz narodowy Mickiewicz, którego darzę sympatią z jednego powodu. Uwielbiam jego historię powstańczą. Facet nie zdążył na żaden zryw niepodległościowy, gdyż zbyt dużo czasu spędzał w gościnie w dworkach przeróżnych szlachcianek umilając im czas wolny swoimi utworami i pewnie nie tylko utworami.


Posłuchałem słów Adama i kuźwa sięgnąłem tam, gdzie wzrok nie sięga! Jeszcze rok temu gdzieś w oddali widziałem kolejną próbę pokonania 21 km. Korona była tak daleko, że przez lunetę bym jej nie dojrzał nawet w najlepszych warunkach atmosferycznych. Rok 2017 zaczął się dla mnie bardzo dobrze. Zrzucałem systematycznie zbędną wagę. Cieszyłem się dobrym zdrowiem. Zacząłem w nieśmiały sposób spoglądać w stronę Korony Polskich Półmaratonów. Byłem już w stanie dostrzec jej szczyt gołym okiem, gdzieś daleko w oddali. Był on już widoczny i to bez użycia lunety. Podjąłem zatem decyzję o walce o jej zdobycie. Potyczka trwać miała 7 miesięcy. Dlaczego tak długo? Powód jest prosty. Wybrałem takie terminy biegów, abym miał dosyć czasu na regenerację organizmu po każdym starcie. Chciałem także połączyć bieganie z turystyką stąd wybór biegów w miastach, które chciałem zwiedzić. Dzisiaj nie tylko mogę już gołym okiem i bez żadnego przyrządu optycznego dostrzec swój upragniony medal potwierdzający zdobycie przeze mnie Korony Polskich Półmaratonów. Dzisiaj dzierżę go dumnie w dłoni. Czuję jego ciężar, temperaturę i zapach. Wiecie, co Wam powiem? Jest to zajebiste uczucie!

Cudownie jest postawić przed sobą trudny cel i go osiągnąć. "Zdobywać znaczy więcej niż zdobyć" - w tym jednak przypadku to powiedzenie nie sprawdza się do końca. Owszem, cudownie było zjeździć pół Polski, aby sobie pobiegać. Z każdym biegiem mam wiele miłych wspomnień, których nikt mi nie zabierze, ale momentu ujrzenia tak wartościowego medalu ze swoim nazwiskiem nic nie jest w stanie przebić. To cudowne emocje, gdy marzenia się spełniają, a to, co jeszcze rok temu wydawało się nierealne i nieosiągalne, staje się nagle faktem. Dokonałem tego. Zdobyłem koronę. Wiem, że zamawiając odpowiedni zestaw w Burger King także dostałbym koronę, ale ona nie cieszyłaby mnie tak bardzo, jak ta metalowa dostarczona przez listonosza listem poleconym za potwierdzeniem odbioru.


Pamiętacie taki hicior disco polo, którego refren brzmiał: "Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem"? Walcząc o koronę na szczęście nie musiałem pływać, ani chodzić po górach i lasach. Wystarczyło biec. Nocami też spałem chyba, że sąsiadom z pokoi hotelowych akurat dało się na amory. Wtedy akurat miałem problem ze spaniem. Ale to zdarzyło się tylko raz. Facet na moje szczęście nie biegał długich dystansów. Typowy sprinter. Skoczył szybko. Czym mnie niezmiernie uszczęśliwił, a z pewnością zasmucił partnerkę. Chociaż była już pewnie przyzwyczajona do szybkich akcji, bo żadnego narzekania za ścianą nie słyszałem.

Aby stać się koronowaną głową nie tylko musiałem przebiec ponad 105 km. Znacznie więcej kilometrów musiałem odbyć różnymi środkami lokomocji, aby dostać się na zawody zlokalizowane w rozmaitych częściach Polski. Łączny przebyty dystans kalkuluję w granicach 2800 km. Na ów kilometraż składa się droga na zawody i z zawodów, czyli jak mawiał mój kolega ze szkolnej ławy Maciej – „w te i wefte”. Głównym moim środkiem lokomocji były pociągi, którymi uwielbiam jeździć. Może jestem masochistą, ale ja szczerze mówię to na głos i się nie wstydzę – lubię jeździć pociągami PKP! Podróż może nie jest komfortowa, choć to się ciągle zmienia na plus. Minusem jest to, że zmiany następują bardzo powoli. Pociąg ma tę oto przewagę nad autem, że możemy w dowolnej chwili wstać z miejsca i rozprostować kości. Mamy także stały dostęp do toalety. To cenię sobie najbardziej w podróżowaniu pociągiem, gdyż z racji spożywania dużej ilości wody i małych miar soli jestem zmuszony częściej niż przeciętny człowiek dokonywać opróżnienia woreczka na mocz, który biolodzy nazywają pęcherzem.


Zdobycie Korony Półmaratonów Polskich i powstanie tak cudownych, pełnych pozytywnych emocji tekstów, które opisują moją walkę na trasach biegowych nie byłoby możliwe bez kilku osób, którym pragnę w tym miejscu podziękować. Mocno dziękuje:

- Sylwkowi, który zaraził mnie ideą zdobycia korony. Wydawało mi się to nieosiągalne jednak po kilku rozmowach odbytych na korytarzu naszego urzędu przekonał mnie, że jestem w stanie to zrobić. Dzięki wielkie;

- Katarzynie z Torunia, która nie tylko zawiozła mnie do Gdyni i pomogła w starcie, ale także sprawdzała swoim czujnym okiem wszystkie moje teksty. Sugerowała o czym mam pisać oraz dopingowała do szybkiego ich kończenia;

- Michałowi, który przez większą część mojego boju o koronę wspierał mnie poradami żywnościowymi oraz kontrolował moją sylwetkę. Każdemu mogę szczerze polecić Michała. Jego porady żywieniowe są skuteczne, czego ja jestem najlepszym efektem;

- Błażejowi, który załatwił mi przejazd na zawody do Grodziska Wielkopolskiego. Była to bardzo miła podróż w gronie biegaczy Polonii Środa;

- Joannie - fizjoterapeutce, która swoimi masażami wyleczyła mnie z silnego bólu pleców. Pokazała mi sporo ćwiczeń, które zwiększyły moją mobilność; 

- Elżbiecie, która tak mocno łaknęła kolejnych moich relacji z biegów, iż nie sposób było jej zawieść. W pewnym momencie wątpiłem, czy jest sens opisywać kolejne biegi. Ona uświadomiła mi, że jednak warto, bo dobrze się je czyta;

- Robertowi, który towarzyszył mi na biegu w Krakowie. Wspierał dobrym słowem, zapleczem technicznym oraz towarzystwem podczas całego pobytu.

Ciekawi Was pewnie w jakiej miejscowości bieg uważam za najlepszy? Nie będę w tej kwestii oryginalny i wybiorę Grodzisk Wielkopolski. Podobnego wyboru dokonali sami biegacze uznając go najlepszym półmaratonem w 2017 roku. Bieg w Białymstoku bodajże zajął w tym samym zestawieniu drugie miejsce. Jest to w mojej opinii bardzo dobry wybór. Półmaratony w Grodzisku, jak i w Białymstoku cechują się wspaniałą atmosferą, którą czuć od momentu odbioru pakietu, aż do zakończenia biegu. A nawet jeszcze dłużej, bo o tych biegach nie da się łatwo zapomnieć. 

Bieg w Gdyni cenię sobie za sprawną organizację i piękną końcówkę trasy, która przebiega wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego. Marcowa aura nie zachęcała, aby się wykąpać jednak sam widok pięknego morza cieszył oko i dodawał sił na finiszu. Wielkim minusem Gdynii była zbyt mała liczba toalet na starcie. Znalezienie wolnej toalety graniczyło z cudem. Nawet o jakiś wolny krzaczek w ustronnym miejscu nie było łatwo.

Kraków oczarował mnie swoją perfekcyjną organizacją biura zawodów, ale zawiódł zbyt wąską momentami trasą. Na pewnych odcinkach miałem sporo sił żeby przyspieszyć, ale nie mogłem nikogo wyprzedzić, gdyż nie mogłem znaleźć choć kawałka wolnej przestrzeni. Za to na mecie było sporo wolnego miejsca i takie ilości wody, izotoników i bananów, że spokojnie starczyłoby na jeszcze dwa inne biegi. 

Do moich uszu doszło sporo pozytywnych opinii o biegu w Gnieźnie. Moim zdaniem organizacja była dobra, ale trasa przebiegająca techniczną drogą trasy ekspresowej była dla mnie zbyt nudna. Lubię jak wzdłuż trasy kibicują ludzie. W tym przypadku było to niemożliwe. Organizacja finiszu była bezbłędna. Bez czekania w długich kolejkach otrzymałem wodę i kiełbaskę, aby wzmocnić swoje siły. Jednak niesmak spowodowany nudną trasą pozostał.

Każdy bieg to inna historia. Czasem zabawna, czasem wzruszająca. Smutne pewnie też się zdarzyły, ale moja głowa nie zarejestrowała ich. Nie warto się smucić. Lepiej, jak Pingwiny z Madagaskaru, "suszyć ząbki."


Gdynia już zawsze będzie mi się kojarzyła z ciastem brownie. Katarzynie tak zasmakowało to ciasto w wydaniu restauracji hotelu Mercure, że nie poprzestała tylko na jednej porcji, którą zjedliśmy wieczorem. Przed snem zamówiła sobie drugą porcję do pokoju, a potem przyznała mi się, że w ten czas, gdy wylewałem swoje poty na trasie biegu, zamówiła sobie brownie do pokoju na śniadanie. Od tego momentu zwykłem w żartach nazywać ją "Brownie Girl." Przed samiuśkim biegiem, gdy odprowadzała mnie na miejsce startu, aby zrobić mi kilka pamiątkowych zdjęć sprowokowała zabawną sytuację w windzie. Było w niej pełno biegaczy. Przeważała płeć męska. Nagle jeden facet odzywa się i przestrzega innych, aby na niego nie wpadali. Kasi widocznie facet wpadł w oko i odezwała się na głos tekstem: "Na mnie możesz wpadać". Zabawna była jego reakcja. Totalnie go zamurowało. Nie wiedział, co powiedzieć. Milczał. Krew wypełniła jego naczyńka włosowate na twarzy, barwiąc ją całą na czerwono. Prościej można powiedzieć, że "spalił cegłę". Wszyscy w windzie widząc czerwoną jak burak twarz faceta wybuchnęli gromkim śmiechem.

Z Białymstokiem nierozerwalnie kojarzy mi się grota solna z hotelowej strefy SPA. Spędziłem w niej mnóstwo czasu wolnego na oglądaniu seriali podczas pobiegowej regeneracji. Pani z recepcji miała mnie chyba dość, bo ciągle musiała dla mnie odpalać grotę, gdyż cieszyła się ona jedynie moim zainteresowaniem. Pamiętam też jak w hotelowej biblioteczce odnalazłem komentarz do Ordynacji Podatkowej. Przyznacie, że to dość nietypowa lektura, jak na wypoczynek hotelowy. Człowiek może próbować uciec od pracy w podatkach. Może pojechać pociągiem na drugi kraniec Polski. Ale to wszystko na nic. Podatki i tak go znajdą.

Grodzisk Wielkopolski to wspomnienie strachu przed startem w olbrzymim upale. Denerwowałem się bardzo, ale wesoła ekipa Polonii Środa skutecznie mnie tych nerwów pozbawiła. Była to moja pierwsza podróż w większym gronie biegaczy. Wtedy zaczęła w mojej głowie kiełkować myśl o zapisaniu się do sekcji biegowej Polonii. Grodziska nie zapomnę nigdy przez fantastyczną atmosferę, która panowała w mieście. Nie czułem się jak intruz, który blokuje miasto osobom zmotoryzowanym. Czułem się jak bohater, mityczny heros, który jest nieustanie podziwiany i oklaskiwany na polu swej walki. Po biegu, który był w tamtym czasie biegiem ukończonym  w moim rekordowym czasie, zostałem przyjęty na mecie niczym  król na uczcie. Pyszne jedzenie i trunki skutecznie zregenerowały mój organizm po biegu. Takich biegów się nie zapomina. Może zabrzmi to dziwnie, ale jakbym mógł wybrać sposób, w jaki opuszczę ziemski padół, to wybrałbym zdecydowanie zgon na mecie Półmaratonu Słowaka w Grodzisku Wielkopolskim. Dla pocieszenia organizatorów dodam,  że nie startuję u was w tym roku, ale rozważam start za rok. Nie bójcie się jednak. Nie wybieram się jeszcze na tamten świat. Zbyt wiele kilometrów mam do przebiegnięcia.

Niestety nie zawsze człowiekowi sprzyja zdrowie. Tak było w Gnieźnie, gdzie przyszło mi startować z bólem pleców. Jeszcze dzień przed startem miałem wielkie obawy, czy podołam jakoś ukończyć "połówkę" w grodzie Piastów. Obawy te spowodowały silny ból brzucha i biegunkę. Na szczęście no-spa i stoperan pomogły mi zwalczyć przykre dolegliwości. Po prawie całej nieprzespanej nocy przyszło mi biec i walczyć o dotarcie do mety. Okazało się jednak, że po burzy zawsze przychodzi tęcza. Podczas biegu ból pleców minął. Miałem sporo sił do biegu. Najważniejsze było to, że czerpałem mnóstwo radości z tych zawodów. Przez całą trasę miałem uśmiech na ustach. Był to bardzo radosny bieg. Byłem w nim oazą spokoju, a z każdym krokiem czułem, jak wypełnia mnie euforia. Na mecie miałem niedosyt, że ten cudowny stan szczęścia się zakończył.

Swoją przygodę z Koroną Półmaratonów Polskich kończyłem w Krakowie. Zapamiętam ten pobyt głównie dzięki fatalnemu pokojowi, w którym przyszło nam z Robertem nocować. W pokoju działało tylko jedno gniazdko. Drugie było w łazience, która znajdowała się poza pokojem. Na szczęście była ona tylko do naszego użytku. I tam ładowaliśmy wyeksploatowane baterie naszych telefonów po łapaniu pokemonów. Generalnie daliśmy radę, ale nie było komfortowo biegać do łazienki oddalonej kilka metrów od naszego pokoju. Łazienka była obszerna. Wyposażona w prysznic i wannę, z której nie korzystałem w obawie przed przywiezieniem do domu pamiątki w postaci egzotycznego grzybka. Prysznic wizualnie był czysty. Wanna wizualnie brudna. Można powiedzieć, że nawet była "czorna". Podobno czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Nie wiem, czy to powiedzenie tyczy się brudnej wanny, ale tak mi się skojarzyło.

Wielkich rzeczy nie robi się z błahych powodów. Wielkie rzeczy robi się dla wielkich osób. Koronę Półmaratonów Polskich, którą udało mi się zdobyć w 2017 roku pragnę zadedykować Przemkowi - koledze, który przedwcześnie opuścił nas wszystkich, aby tańczyć brazylijską sambę, gdzieś tam w innym wymiarze. Był to człowiek pełen sprzeczności, ciągle targany emocjami. Człowiek, któremu bycie najlepszym było potrzebne, jak innym ludziom tlen. Nauczył mnie, że zawsze trzeba walczyć, aby wygrać, bo świat pamięta jedynie zwycięzców. Zwycięstwo w kiepskim stylu nie różni się niczym od porażki. Styl jest najważniejszy.

Przemek był wybitnym sportowcem, który gdyby bardziej przykładał się do treningów, to osiągnąłby wiele. Uwielbiałem grać z nim w kosza. Na boisku rozumieliśmy się bez słów. Był wspaniałym biegaczem zarówno na krótkim, jak i na długim dystansie. Żałuję, że nigdy nie było nam dane pobiegać dłużej razem. Gdy on był w szczycie swojej formy, ja byłem pulchnym nastolatkiem, który wolał pochłaniać masowo hamburgery, niż pocić się biegając. Gdybym spotkał go teraz choć na chwilę, to pokazałbym mu jakie postępy zrobiłem w bieganiu i jakie dystanse jestem w stanie pokonać. Choć to bez sensu. Wiem przecież, że on gdzieś tam jest w górze i patrzy jak "fyrtam girkami" po trasie. Pewnie ostro trenuje, bo nie chciałby ze mną przegrać w zawodach, w których się kiedyś w przyszłości zmierzymy.

Długo zbierałem się, aby skończyć ten wpis i zakończyć przygodę z Koroną Półmaratonów. Była to tak fantastyczna zabawa, że aż żal było mi ją kończyć. Pewnie stąd wynika to opóźnienie podsumowania. Cudownych chwil nie chce się kończyć. Pozostają po nich piękne wspomnienia, które już na zawsze będą ze mną. Wspomnienia, które nie przeminą.

Na koniec mam dla Was małą prośbę. Proszę, abyście zapamiętali jedno zdanie, które wymownie opisuje moją walkę o Koronę Półmaratonów. Niech będzie ono  podsumowaniem moim zmagań: "Od Gdynii, aż po Kraków królem Tomasz Jakub." Dziękuje, że byliście ze mną.