piątek, 15 czerwca 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #11

- Ahoj przygodo! - wykrzyknął Tomasz wciągając równocześnie Elkę do pociągu. Jedziemy nad morze maleńka! Zajmuj swoje miejsce, a ja idę po kawę - pewnym, lecz miłym tonem z nieskrywaną radością zwrócił się do swej Elki. Ucałował ją czule w czółko i udał się do wagonu restauracyjnego. Tak oto rozpoczęła się wspólna wyprawa, której głównym celem był udział w nietypowym biegu w Gdańsku. Ale Tomasz i Ela mieli przed sobą również inną misję. Chcieli odpocząć przez weekend i dobrze się bawić.


Tomasz już w lutym wypatrzył ciekawą imprezę biegową w Gdańsku. Biegacze mieli stanąć w szranki na płycie czynnego lotniska im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Szkoda, że start miał się odbyć dopiero po wylądowaniu ostatniego samolotu, bo perspektywa ucieczki przed startującym po pasie lotniska samolotu wzbudzała w Tomaszu nie lada pozytywne emocje oraz wielki dreszczyk przygody. Niewątpliwym plusem rozpoczęcia zawodów w momencie zakończenia wszystkich startów i lądowań była pora dnia, o której miały się one odbyć. A właściwie pora nie dnia, a nocy, bo start zaplanowany był o 1.00. Pas miał być w pełni oświetlony, co miało tworzyć niepowtarzalny klimat. Dystans miał nie należeć do bardzo wymagających, bo trasa biegu miała liczyć zaledwie 5 km. Tomasza przerażała jedynie procedura jakiej miał się poddać przed biegiem. Trzeba przejść normalną odprawę jak przed lotem. Z tą różnicą, że nie ma się przy sobie bagażu. Istnieje wymóg biegu w koszulce organizatora. Nie można ze sobą mieć wody ani żadnych innych płynów, a przy sobie trzeba mieć cały czas dowód tożsamości. Rygor jak w pewnym obozie. Tylko koszulki nie w paski i za darmochę tatuaży nie robią.

Podróż klimatyzowanym pociągiem minęła uroczej parze w trymiga. Tomasz czytał biografię Jezusa, aby w przyszłym roku móc jakimś niewygodnym faktem z życia Chrystusa zagiąć księdza na kolędzie, a Elka spała, gdyż z emocji, które towarzyszyły jej przed wyjazdem prawie w ogóle nie spała. Na drogę zrobiła z samego rana pyszne bułeczki, aby ich brzuszki przez całą drogę były pełne. Pociąg dojechał planowo do Gdańska, co niezmiernie uszczęśliwiło Tomasza, gdyż lubił jak wszystko idzie zgodnie z planem. Powitał ich widok pięknego zabytkowego dworca z cudowną wieżą zegarową. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie wszechobecny zapach moczu w każdym ciemnym zaułku. Tomasz zastanawiał się, czy brakuje toalet na mieście, czy to mieszkańcy Gdańska tak bardzo upodobali sobie sikanie w mrocznych zakamarkach? Była to jednak tajemnica, której rozwikływać nie miał najmniejszej ochoty.


Tomasz i Elżbieta, gdy już zakwaterowali się w hotelu i delikatnie odświeżyli, wyruszyli w miasto. Pierwsze swoje kroki skierowali w kierunku Długiego Targu, a konkretnie Fontanny Neptuna. Elka była nią zafascynowana. Tomasz podziwiał okazały trójząb Boga Morza. Zazdrościł mu długiej i potężnej dzidy. Elka powiedziała mu, że nie ma czego zazdrościć, bo sam ma o wiele potężniejszy oręż, który robi spustoszenie niczym grupa wikingów plądrująca wioskę. Po długim i satysfakcjonującym spacerze wśród pięknych promieni słońca, wzdłuż nabrzeża rzeki Mołtawa, naszą uroczą parę dopadł głód. Nie był to taki Mały Głód, jak ten z reklamy serka Danio, bo takiemu Tomasz dałby radę dzięki sile płynącej z jego bicepsów. Był to mega głód, którego nie dało się zaspokoić byle lodem, gofrem lub przywiezionym z domu kabanosem. Taki głód pokonać można jedynie dobrym jedzeniem z jeszcze lepszej restauracji. Znalezienie takowej zajęło naszym gołąbeczkom dłuższą chwilę. W końcu jednak udało im się spocząć wygodnie w restauracji z daniami litewskimi. Solidarnie zamówili pierogi z pieca oraz browarka. Niby woda gasi lepiej pragnienie, ale Tomasz wiedział dobrze, że stare polskie przysłowie mówi, że "w wodzie ryby się p.erdolą". Kto by chciał pić taką wodę po kopulacji? Nie ja. Nie mój fetysz. Mądrości ludowych trzeba słuchać. Piwo jest bezpieczniejsze. Mniejsze ryzyko zachłyśnięcia się ikrą. Wracając do pierogów... były kuźwa zajebiste!


Nasi bohaterowie, posileni i napojeni, udali się do hotelu, aby wypocząć chwilę przed wyjazdem na lotnisko. Tomasz przebrał się w strój biegowy. Na nogi założył czerwone biegowe ciżemki, a resztę ekwipunku spakował w plecak. Tomasz i Elka stanęli przed wyborem, jak dojechać na lotnisko: autobusem czy Szybką Koleją Miejską (SKM)? Tomasz nie wiedział, jak wygląda ta słynna kolej trójmiejska. Elka jednak szybko go uświadomiła, że to takie metro, ino, że na ziemi. Teraz wszystko już było dla Tomasza czyste i klarowne. Ich wybór środka lokomocji padł na autobus, gdyż jechał wcześniej niż SKM, a i przystanek był znacznie bliżej. Po blisko 30 minutach jazdy ich oczom ukazał się port lotniczy w Gdańsku. Był duży, ładny, nowoczesny, ale nie zrobił on na Tomaszu efektu wow. Po zweryfikowaniu tożsamości przy specjalnym okienku Tomasz mógł udać się po odbiór pakietu. Przy weryfikacji okazało się, że udział w biegu bierze jeszcze jeden biegacz o takim samym imieniu i nazwisku jak nasz niebywale przystojny bohater. W dodatku ten jegomość urodził się w tym samym roku co on. Tomasz zaczął się zastanawiać czy to aby nie jego brat bliźniak porzucony przez matkę po porodzie lub jakiś psychofan, który pragnie być taki, jak jego idol i na te potrzeby zmienił nawet swoje imię i nazwisko? Ciekawość to podobno pierwszy stopień do piekła. Dlatego Tomasz nie rozmyślał dalej nad tą sprawą, bo mu tam nie śpieszno. Jacuzzi ma na basenie. Raz w tygodniu mu starczy, aby wygrzać sobie tyłek.


Po udanej weryfikacji Tomasz szybko odebrał pakiet startowy złożony z worka na odzież, koszulki technicznej i numeru startowego. Sam pakiet nie był wygórowany cenowo. Kosztował 59 zł. Raził w nim jednak brak czegoś do picia i jedzenia. Z Tomasza jest łasuch. Brak szamki zawsze go razi. Była godzina 21.00. Do odprawy Tomasz miał jeszcze 1,5 godziny. Na szczęście organizator zapewnił trochę rozrywek dla biegaczy i osób im towarzyszących. Tomasz i Elżbieta usiedli sobie wygodnie na siedzonkach i obserwowali serwowane im atrakcje, które tyłka nie urywały. Bo debilne konkursy i skakanie na trampolinach do wyszukanych rozrywek nie należały. Gdyby nie dowcipy Elki, to Tomasz już dawno by zasnął.


W końcu nadeszła pora odprawy Tomasza. Organizator łaskawie zezwolił biegaczom zabrać ze sobą wodę w ilości nielimitowanej. Tomasz skorzystał z tego zezwolenia. Zabrał także ze sobą małą butelką kofeiny, aby się pobudzić przed startem. Odprawa przebiegła sprawnie i bez problemów. Obyło się bez macania przez obsługę lotniska. Bramka nie zapikała, a prześwietlenie nic nie wykazało. Broda Tomasza nie wzmogła czujności ochrony. Chodził po głowie Tomasza głupi pomysł, aby przywitać się na odprawie zwrotem "Sallam Alejkum", ale w obawie, że mogą go wziąć na osobistą kontrolę, zacisnął mocno język za zębami. Pokusa, aby przywitać się zwrotem, którego używają muzułmanie, była jednak wielka u Tomasza.

- Pokaż im jak biegają Tygrysy - powiedziała do Tomasza Elka zanim ruszył na odprawę.
- Będą jeszcze żałować, że dopuścili mnie do startu - odpowiedział jej Tomasz i ucałował mocno w czółko na pożegnanie.
- Tylko wróć do mnie i tam się przypadkiem nie zabij, bo będę cię musiała udusić - z uśmiechem wykrzyknęła Elka do Tomasza, który już zdążył się kawałek oddalić.
- Koteczki zawsze spadają na cztery łapy. Pamiętaj o tym - puścił jej lewe oczko i udał się na odprawę.


Po zakończeniu odprawy zaczęła się gehenna Tomaszowa. Start miał się odbyć dopiero za 2,5 godziny, a on już nie wiedział, co ze sobą zrobić. Chrystusa samotnie wędrującego na pustyni chociaż Szatan kusił, a on siedział sam jak palec. W sumie mógł zagadać do jakiejś niewiasty, ale wiedział, czym to grozi, gdyby Elka się dowiedziała. Najpierw zabiłaby tę niewiastę, potem jego, a na końcu siebie. Taka mała i kochana z niej zazdrośnica. Tomasz wolał nie ryzykować życia trzech istot. Siedział więc spokojnie na uboczu, pił wodę i gapił się na ludzi. Chciał podsłuchać jakąś ciekawą rozmowę, aby potem opisać ją na blogu, ale gwar był tak duży, że nie udało mu się niczego ciekawego usłyszeć. Nie tylko jemu się nudziło. Inni biegacze także nie wyglądali na wesołych. Ktoś, kto wymyślił tak długi czas oczekiwania na start, był istnym geniuszem. Niektórzy, aby umilić sobie czas, szli na lody z Maka, inni pili piwo. Zachowania godne sportowców. Wśród biegaczy było jednak sporo takich osób, dla których miał być to pierwszy start w zawodach w życiu. Tylko tym mogę wytłumaczyć tak nierozsądne zachowanie, jak picie piwa godzinę przed startem. Jeszcze nigdy Tomasz nie widział takiej liczby debiutantów na starcie biegu. Wśród nich czuł się jak zawodowiec. Gdy rozgrzewał się przed startem debiutanci patrzyli na niego jak na ufoludka, który nie wiadomo po co robi krótkie przebieżki i delikatnie się rozciąga. To podbudowało ego Tomasza.

Elżbieta w tym czasie oczekiwała na Tomasza w hali głównej lotniska. Nudziła się bardziej od niego. Wiernie czekała jednak na swego średzkiego ogiera. Chwała Jej, cześć i uwielbienie za to. Gdy kazali jej się ruszyć i wyjść na pas startowy, aby móc kibicować swoim bliskim, kategorycznie odmówiła, gdyż obiecała swemu Tomusiowi, że będzie czekała w tym samu miejscu, w którym się rozstali i choćby nie wiem co się stało nie ruszy się stąd na krok. Nawet promocja na ptysie czy inne słodkie rarytasy jej nie ruszy z miejsca oczekiwania.

Godzina 1.00 zbliżała się wielkimi krokami. Tomasz zrzucił balast w toalecie niczym samolot, który zrzuca zapasy paliwa przed awaryjnym lądowaniem, aby uniknąć pożaru na płycie lotniska. Tomasz nie chciał uniknąć płomieni. Wręcz przeciwnie. Chciał uniknąć zalania. Gdy usłyszał wiadomość płynącą z głośników, że start jest opóźniony o 10 minut nawet się nie zdenerwował. Był oazą spokoju. Przypomniał sobie film "Terminal" i tak na wszelki wypadek, jakby start się jeszcze bardziej opóźnił, opracowywał w głowie plan, jak zdobyć drobne pieniądze na posiłek. Tom Hanks nieźle sobie radził ze zdobywaniem gotówki i organizowaniem życia na terminalu lotniska. Tomasz miał dobry wzorzec do naśladowania. Na szczęście nie musiał wdrożyć w życie planu awaryjnego. Paręnaście minut po pierwszej w nocy biegacze dostali sygnał, że mogą wyjść na płytę lotniska. Tomasz próbował przemycić na płytę butelkę wody i energetycznego szota z kofeiny. Niestety była to próba nieudolna i musiał wypić kofeinkę przed wejściem na płytę. Weszła mocno. Tomasz obudził się od razu. Z wielką energią ruszył na linię startu. Udało mu się nawet ustawić w trzeciej linii startu. Był cały nabuzowany wielką dawką energii. Nie mógł doczekać się startu kiedy w końcu wystrzeli przed siebie z ogromnym impetem niczym radziecka rakieta Sojuz. Jego zapał i chęć walki o nowy rekord na tym dystansie ostudził spiker, który zaanonsował, że zaraz rozpocznie się oficjalna rozgrzewka. Poziom nerwów Tomasza, ale i innych biegaczy sięgnął zenitu.


Gdy już ta bezsensowna rozgrzewka dobiegła końca (każdy miał czas na rozgrzewkę podczas długiego oczekiwania na start)  okazało się, że start się opóźni, bo jeszcze trasa biegu nie jest gotowa, gdyż ściągają samolot do hangaru. Tomasz miał wielką ochotę pokazać jak bardzo zadowolony jest z cudownej organizacji biegu używając do tego celu gestu wyprostowanego środkowego palca. Powstrzymał się. Kultura osobista mu na to nie pozwoliła. W myślach już jednak wielokrotnie z dużą dawką przemocy mordował organizatorów. Zażyta przed biegiem kofeina nie pozwalała mu spokojnie stać w miejscu. Z każdą jednak upływającą minutą czuł, że działanie specyfiku energetycznego słabnie, aż w końcu cała epa mu minęła bezpowrotnie.


W końcu nadszedł moment startu - godzina pierwsza, minut czterdzieści dwie. Wtedy Tomasz uświadomił sobie, że ustawienie się tak blisko linii startu było błędem. Kilka przyjętych ciosów łokciem i trochę przepychania uświadomiły mu, że nie jest taki szybki, jak mu się wydaje. Nie żałował jednak swojej decyzji w postaci wyboru pozycji do startu. Przepychanka na starcie była bardzo emocjonująca. Była również najciekawszym momentem tego nudnego, jak flaki z olejem, biegu.

Zanim opiszę zmagania Tomasza na trasie wypunktuję kilka błędów organizatorów, które sprawiły, że Tomasz był niezadowolony ze startu w Skyway Run. Gdyby nie fajny weekend spędzony z Elżbietą nad morzem, to chyba Tomasz zasypałby organizatorów stertą maili ze swoimi negatywnymi opiniami o organizacji biegu.

Siedem grzechów organizatora:

1. Zbyt długi czas oczekiwania na bieg po odprawie.
2. Jeśli jednak tak długi czas oczekiwania był konieczny, to należało zorganizować czas biegaczom (film, ciekawe konkursy, zabawy).
3. Brak wyznaczonych stref startowych dla biegaczy o różnych umiejętnościach.
4. Duże opóźnienie na starcie, które można było przewidzieć. Start zaraz po lądowaniu ostatniego samolotu był zbyt karkołomnym zadaniem. Trzeba było od razu wyznaczyć start na późniejszą godzinę.
5. Zbyt mało oświetlona trasa. Problem rozwiązałaby obowiązkowa latarka dla każdego biegacza lub mocniejsze oświetlenie trasy.
6. Brak oznaczenia kilometrów na trasie.
7. Brak posiłku regeneracyjnego po biegu.   

Tomasz wystartował mocno z kopytka niczym kucyk pony. Biegł ile sił w nogach. Pierwszy kilometr pobiegł w czasie 4 min. 40 s. Było to zdecydowanie za szybko, jak na średzkiego Tygrysa. Następny kilometr przebiegł wolniej, ale w czasie ok. 5 minut. Cały czas czekał kiedy dane będzie mu pobiec wśród cudownie oświetlonego pasa startowego. Mógł na to czekać do usranej śmierci. I tak by się nie doczekał. Na obrazku reklamującym bieg pas był  oświetlony prawie jak nowojorski Time Square w noc sylwestrową, a w rzeczywistości było ciemno jak w dup... tyłku Afroamerykanina. Co jakiś czas Tomasz zerkał pod nogi w obawie, że się wywróci, bo nic nie widział. Momentami było bardzo jasno na odcinkach, które doświetlały wozy straży pożarnej. Nawet za jasno. Bieg nie zapewnił Tomaszowi najmniejszych emocji. Znacznie ciekawiej biega się wokół średzkiego jeziora.


Na każdym biegu znajdzie się taki koleś, który tuż po starcie ucieka w ustronne miejsce na uboczu trasy, aby "odcedzić kartofelki". I tym razem nie było inaczej. Gdy mijał go nasz przystojny Tomasz pomyślał sobie, że to dziwne, że podczas biegu na tak krótkim dystansie jakim jest 5 km kogoś nacisnęła potrzeba. Nie było szans, że facet nie zdążył przed biegiem do toalety, gdyż miał na to sporo czasu. Tomasz wpadł na pomysł, że może ów biegacz z premedytacją planował oddanie moczu na pasie startowym już przed startem? Może to było jego marzenie, które właśnie w tym momencie realizował? Tego Tomasz nie wiedział. Pewne było, że nie każdy może wysikać się na pasie startowym czynnego lotniska. Tomasz zaczął żałować, że nie przyłączył się do niego i nie zaznał uczucia sikania w niedostępnym dla większości zwykłych ludzi miejscu.


Na końcu trzeciego kilometra Tomasz po raz kolejny uświadomił sobie, że nie jest sprinterem i zdecydowanie bardzie woli dłuższe dystanse (na co Elka nie narzeka). Trochę zwolnił, ale tylko trochę, gdyż duma nie pozwalała mu się poddać. Do końca walczył o jak najlepszy wynik. Ostatni kilometr to był pełen sprint. Tomasz fajtał girkami tak szybko, jak tylko mógł. Owe fajtanie dało mu na mecie wynik 24 min 58 s. oraz 522 miejsce na 1682 biegaczy, którzy ukończyli bieg. W swojej kategorii wiekowej był 130. Po dotarciu do strefy przylotów odebrał pamiątkowy medal i zabrał wody. Nie wziął jednej butelki tylko dwie w myśl, że jak za darmo dają, to się bierze. Bez trudu odnalazł Elżbietę, która czekała na niego tak, jak obiecała w tym samym miejscu, w którym się rozstali.

- Boski Kwiatkowski! - wykrzyczała Elka na widok Tomasza z medalem na szyi.
- Wiem maleńka, że jestem boski. Inny być nie potrafię. - odpowiedział pewnie Tomasz i pocałował Elkę soczyście w usta.


Już świtało, gdy wchodzili do taksówki, która miała ich zawieść do hotelu. Zmęczeni całym dniem pełnym atrakcji szybciutko zasnęli w hotelowym łożu. Chcieli wypocząć, bo na kolejny dzień mieli sporo planów. Nie opowiem Ci, drogi czytelniku, co robili, bo to ich słodka tajemnica. Mogę Ci jedynie powiedzieć, że bawili się przednio, a cały ich weekend był stosunkowo udany.

Jeśli chcecie poznać dalsze przygody biegowe Tomasza, to zapraszam do kolejnego wpisu, który opisywać będzie jego zmagania na rodzimej średzkiej ziemi w szóstej edycji Biegu Nadziei.

środa, 13 czerwca 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #10

Zakładając, że Pan Bóg stworzył Kielce któregoś tam dnia zanim postanowił odpocząć w niedzielę, to pomysł na organizowanie półmaratonu w tak pagórkowatym terenie musiał zasiać w głowach ludzi sam Szatan. Innej opcji nie widzę. Aura tamtej pamiętnej niedzieli była także istnie piekielna. Żar lał się z nieba, pot spływał po czole. Zapraszam do zapoznania się z moją relacją z 4. sieBiega Półmaratonu Kieleckiego.


Kielce pewnie każdemu zwykłemu człowiekowi kojarzą się ze scyzorykami, raperem Liroyem, który ostatnio zaczął parać się polityką razem z innym byłem muzykiem, który kiedyś fajnie śpiewał, a teraz gada od rzeczy, żeby nie powiedzieć, że głupio pi...rdoli. Podczas mroźnych, zimowych dni ludzie zwykle mawiają, że "piździ jak w Kieleckim". Nie mogłem się przekonać o prawdziwości tego twierdzenia, ale może i dobrze, bo choć narzekam na upały, to za mrozem nie tęsknię. Podczas rozmowy z moją Elżbietą na temat powyższego twierdzenia doszliśmy do wniosku, że może źle je odczytujemy. Może to wcale nie chodzi o mroźną temperaturę panującą w Kielcach i okolicach tylko o tajemniczą postać z miejscowych ludowych opowieści zwaną "Piździakiem Kieleckim"? Przez lata przekaz ludowych podań mógł ulec zniekształceniu lub był to celowy zabieg mający na celu ukrycie faktu istnienia tej tajemniczej postaci. Jeśli byłaby to prawda, to mieszkańcy Kielc dokonaliby tego, co nie udało się Krakowiakom, gdyż oni nie byli w stanie wymazać z historii postaci okrutnego smoka. Pytałem na mieście o postać "Piździaka". Wszyscy na samo brzmienie imienia tego stwora dostawali gęsiej skórki i blokady mowy. Nie dowiedziałem się zatem nic. Nie poddam się. Będę drążył dalej ten temat. Musiała to być straszna bestia skoro panuje zmowa milczenia w jej temacie. Ciekawe, co takiego robiła? Porywała dziewice, zjadała koty, czy kradła z piwnic tak pieczołowicie robione przez ludzi w wielkim trudzie przetwory na zimę? Na tę chwilę jest to dla mnie nieodkryta tajemnica.  

Podróż do Kielc rozpocząłem z samego rana. Skorzystałem z usług PKP TLK. Zdecydowanie bardziej wolę jeździć pociągami Inter City, gdyż mają one klimatyzację i wagon restauracyjny. W przypadku drogi do Kielc zamiast na wygodę postawiłem na czas podróży. Podróż pociągiem wyższej klasy wiązałaby się z dłuższym czasem jazdy, większą liczbą przesiadek oraz droższym biletem. Stwierdziłem, że jakoś przepękam 3 godziny jazdy. Jak się okazało to była dobra decyzja, bo podróż przebiegła szybko i bezproblemowo. Przedział był prawie pełen, ale było czym oddychać i gdzie nogi rozprostować. Naprzeciwko mnie siedział bardzo otyły mężczyzna ze swoją partnerką. Pomyślałem, jak musi być mu niewygodnie. Mi zawsze było, gdy byłem chłopcem o tłustej sylwetce. W pewnym momencie poczułem, że jestem wkurzony, że muszę siedzieć naprzeciw grubasa i tym samym mam mniej miejsca do rozprostowania nóg. Po chwili było mi wstyd za moje myśli. Przecież byłem kiedyś taki jak on i to inni ludzie wkurzali się na mnie tylko z tego powodu, że byłem gruby. Nie było to dla mnie miłe. Można powiedzieć, że "zapomniał wół jak cielęciem był". Zachowałem się jak skończony idiota. Dobrze, że tylko w myślach. Nie znałem człowieka i oceniłem go powierzchownie tak, jak to robi wiele osób. Nie chcę być jak inni, nie chcę ranić bez powodu, bo wiem, że słowa ranią znacznie bardziej niż ciosy zadawane pięścią. Ciało szybko się regeneruje, psychika, której krzywdę wyrządzają wszelkie obelgi i szyderstwa, potrzebuje naprawdę sporo czasu.


Podróż umilała mi książka Joanny Bator "Ciemno. Prawie noc." Co uważniejsi moi czytelnicy zauważą pewnie, że tę samą pozycję czytałem w ubiegłym roku podczas podroży do Krakowa. Nie mogłem zebrać się w sobie, aby dokończyć tę książkę. Cieszę się, że udało mi się to podczas podróży na zawody do Kielc, bo to cudowna opowieść, którą z całego serca mogę polecić miłośnikom dobrej literatury. Książka umiliła mi czas podczas ponad godzinnego oczekiwania na pociąg bezpośredni do Kielc w miejscowości Koniecpol. Faktycznie był to koniec Polski. Nic tam nie było oprócz dworca PKP zamkniętego na cztery spusty i dwóch peronów, które służyły pasażerom jedynie do przesiadek do innych pociągów. Na dworcu znajdował się jeden pokestop z gry Pokemon GO. Zazwyczaj koło pokestopów jest dużo stworków do złapania. Ale nie w Koniecpolu. Stąd nawet pokemony uciekają. Dobrze, że spuściłem balast z nerek jeszcze w pociągu do Koniecpola, bo na miejscu zostałaby mi jedynie toaleta pod chmurką Na całe moje szczęście Mariolka zrobiła mi bułki na drogę i kawę w termosie. Inaczej cierpiałbym z głodu w Koniecpolu. 

Godzina oczekiwania strasznie się dłużyła. Humor poprawiła mi podsłuchana przypadkiem rozmowa. Na ławce, obok mojej, siedziała matka z dorosłą córką w wieku ok. 40 lat. W pewnym momecie córka prezentuje matce swoje różowe adidaski pytając, czy ma ładne buty na sobie? Matka z niespotykaną szczerością odpowiada jej, że buty są brzydkie, ale za to spodnie ma ładne. Córka nie zdążyła podziękować za komplement o spodniach, matka dokończyła swoją wypowiedź: "Spodnie masz ładne,  ale co z tego, jak nogi masz krzywe". Na matkę to jednak zawsze można liczyć. Nikt tak, jak matka nie potrafi podnieść na duchu. 

Pociąg regionalny do Kielc przyjechał punktualnie. Był to nowiuśki i piękny pociąg wyprodukowany przez Bydgoską PESĘ. Wygodne siedzenia, klimatyzacja, czysta i przestronna toaleta. Gdyby wszystkie pociągi tak wyglądały, to jeszcze chętniej bym podróżował i odkrywał ciekawe zakątki Polski. Podczas drogi minęliśmy kultową stację we Włoszczowej. Tym razem było mi dane zatrzymać się na niej, a nie tylko przejechać dużym pędem. Niby taka znana stacja, a kasy biletowej nie mają. Wszyscy wsiadający podróżni musieli kupować bilety u kierownika pociągu.


Po przyjeździe na miejsce swoje pierwsze kroki skierowałem do hotelu zostawić tam walizkę i trochę się odświeżyć, aby czym prędzej ruszyć w miasto na zwiedzanie. Priorytetem był jednak odbiór pakietu startowego. W tym celu udałem się na stadion piłkarski Korony Kielce. Jak się potem okazało obrałem zły kierunek. Na stadionie był start biegu, a biuro zawodów mieściło się w galerii handlowej oddalonej od stadionu 2 kilometry w przeciwnym kierunku. Była to okazja do dodatkowego spaceru. Porządnie zatem rozprostowałem nogi po podróży pociągiem. Pakiet odebrałem bardzo sprawnie, a wynikało to z faktu, że biuro zawodów było dobrze zorganizowane, ale nie było też zbyt wielu uczestników biegu. Liczba 1200 biegaczy nie porażała. Potem dowiedziałem się, że jest to największy bieg w województwie świętokrzyskim. Słaba frekwencja. Zastanawiam się cały czas z czego to wynika? W Wielkopolsce mały Swarzędz potrafi do siebie ściągnąć taką samą liczbę biegaczy, co stolica całego województwa. Jest to pewnie kwestia wysokości nagród, które w naszym województwie bywają wysokie, a i często wśród biegaczy organizator rozlosowuje cenne nagrody. Widocznie nie ma w Kielcach chętnych do sponsorowania tego typu imprez.


Pakiet startowy był bogaty i zarazem dość tani. Nie codziennie zachodzi taka zależność. Mówiąc dokładniej to raczej nigdy nie zachodzi. Jak jednak widać w mieście, które umiera ze strachu przed "Piździakiem", wszystko jest możliwe. Pakiet kosztował 50 zł, a w skład, oprócz mnóstwa niepotrzebnych nikomu ulotek, wchodziły: gustowna koszulka (chyba najładniejsza jaką kiedykolwiek dostałem na biegu), chusta buff, która może spełniać funkcję czapki lub chusty, batonik musli oraz numer startowy. Był on dość nietypowy, gdyż przeważnie największą czcionką na numerze startowym wypisany jest nasz numer. W Kielcach był on mały. Największą przestrzeń zajmowało nasze imię.


Gdy już pakiet spokojnie spoczywał w moim plecaku udałem się na rynek, aby posilić się dobrą miejscową strawą oraz aby skosztować lokalnych chmielowych trunków. Postanowiłem, że obiad zjem w restauracji Plejada. Miała ona fajny filmowy wystrój. Usiadłem jednak w ogródku na rynku, aby cieszyć się ładną i słoneczną pogodą. Z menu wybrałem grillowaną pierś z kurczaka z boczkiem i oscypkiem. To wszytko podane było z surówkami i frytkami. Na ugaszenie ogromnego pragnienia zamówiłem piwo z radomskiego browaru Czarny Kot - Bearnard Miód Malina. Dobre piwo smakowe, zapakowane w nietypowy sposób w papierowe opakowanie. Smakowało bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że następnego dnia wybrałem się w to samo miejsce, aby skosztować inne piwa smakowe z tego browaru. Nie były one już jednaka tak dobre, jak miód i malina (tropical island i jeżyna). Najbardziej podobała mi się cena piwa - 7 zł, czyli tyle, co w mojej Środzie Wlkp. Nasuwa się pytanie, czy w Kielcach jest tak tanio, czy w Środzie tak drogo?


Podczas, gdy spożywałem posiłek, nagle do moich uszu doszły dość nietypowe słowa piosenki, które wykonywała pewna pani na scenie ustawionej na rynku: "Tylko tobie należy się chwała. Tylko tobie należy się cześć. Tylko tobie będziemy się kłaniać". Inne panie ubrane były w niebieskie togi. Tańczyły obok sceny na małym podeście. Był to dość nietypowy widok. Rzadko się zdarza, aby utwory religijne wykonywane były w centralnym miejscu miasta i w dodatku o takiej porze. Nie myślcie sobie, że Kielce to jakieś bardzo religijne miasto. Pod sceną nie było dosłownie nikogo, a ludzie zgromadzeni w restauracyjnych ogródkach zajęci byli piciem i konsumowaniem posiłków. Trochę było mi ich żal, że nikt nie zwraca na ich występy uwagi. Przez grzeczność posłuchałem trochę, ale na dłuższą metę nie dało się tych jęków wytrzymać. Była to zawsze znacznie lepsza nuta niż utwory Sławomira i innych disco polowców. Do tańca mnie nie jednak nie porwały, ani do zadumy nad swoim życiem.


W centralnym miejscu rynku swoją siedzibę miał Urząd Miasta Kielce. Bardzo dobra lokalizacja. Wyobraźcie sobie, że jest piątek. Godzina 15.00. Wasza całotygodniowa mordęga w urzędzie dobiegła końca. Pierwsze, co widzicie po wyjściu z pracy, to ogródki piwne. Idealny początek weekendu. Rozmarzyłem się. Pora wrócić na ziemię.

Nadszedł czas powrotu do hotelu. Miałem zamiar obejrzeć finał Ligi Mistrzów i położyć się przed 23.00, aby rano wstać wypoczętym na bieg. Po drodze postanowiłem wykręcić i nadrobić trochę dystansu, aby pograć w Pokemon GO. Nogi pokierowały mnie do parku. Zaczepił mnie tam ojciec z dzieckiem, którzy grali również w pokemony. Spytał się mnie, czy nie pójdę z nimi zawalczyć na rajdzie, bo brakuje im graczy. Zgodziłem się bez wahania. Oprowadził mnie po miejskim parku, który stanowi mekkę graczy Pokemon GO w Kielcach. Bardzo fajne miejsce. Dużo cienia, mnóstwo ławek i stworów do łapania. Brakuje takiego miejsca u mnie w mieście.

Rano w dzień biegu skonsumowałem bardzo dobre śniadanie złożone z parówek, kilku rodzajów szynek i świeżych bułek z sezamem. Ubrałem się w strój bojowy. W dobry humor przez wyjściem z pokoju na miejsce startu wprawił mnie Robert Janowski, który w programie "Jaka to melodia"  śpiewał utwór Abby "Mamma Mia". Zacząłem sobie głośno śpiewać przebój szwedzkiej kapeli. Nagle przypomniało mi się, że kiedyś, gdy byłem w podstawówce, oglądałem ten teleturniej regularnie. Nigdy nie wiedziałem czemu to robiłem, gdyż nie należę i nigdy nie należałem do wielkich fanów muzyki. Teleturniej ten miał i nadal ma jakąś moc dawania radości i szczęścia. Myślę, że to był powód tego, że pokochałem ten program od pierwszego odcinka.

Start biegu miał miejsce na ulicy znajdującej się przy stadionie Korony Kielce. Dzięki temu biegacze mieli dostęp do toalet zlokalizowanych na stadionie, co jest dużym plusem, bo, jak wiadomo, lepiej załatwia się swoje potrzeby w normalnej toalecie, a nie w przenośnej toalecie typu TOI - TOI. Przed startem zasięgnąłem języka u miejscowej ludności odnośnie trudności trasy. Potwierdzili moje obawy, że nie będzie łatwo, ale to już wiedziałem w momencie zapisywania się na bieg. Miałem chwilę czasu do rozgrzewki, który wykorzystałem na odpoczynek w cieniu i na przyglądanie się ludziom. Zwróciłem uwagę, że wśród biegaczy nie było żadnych pozerów, ani pozerek. No wiecie, takich cwaniaków i cwaniaczek, którzy nie przychodzą na bieg po to, aby pobiegać, ale po to, aby się pokazać jacy oni są zajebiści. Nie było napakowanych facetów, którzy przed startem nacierają swoje klaty oliwką i startują bez koszulek. Nie było kobiet, które mają na sobie taki make up, że mogłyby nim obdarzyć co najmniej trzy inne kobiety. Czy to oznacza, że nie ma tam takich pozerów i pozerek? Na pewno są, bo tacy ludzie są wszędzie. Zwyczajnie jeszcze nie biegają, bo w Kielcach mało osób biega. Świadczy o tym frekwencja biegu. 1200 biegaczy w porównaniu z 14 000 z Poznania wygląda dość blado.


Obok miejsca startu znajdował się cmentarz ofiar pomordowanych przez Hitlerowców podczas II wojny światowej. Widok nagrobków przed biegiem nie nastrajał optymistycznie. Brakowało jeszcze jedynie kostuchy z wielkim banerem "Memento mori", aby dopełnić obraz strachu i grozy. Na 5 minut przed startem, gdy już planowałem zająć miejsce na trasie, przywitał się ze mną kolega z portalu PPE -  maslo1984, z którym zamieniłem kilka zdań w komentarzach pod moim blogiem, który zawierał relację z biegu Wings For Life. Nie mieliśmy dużo czasu na pogawędkę, gdyż godzina 10.00, czyli godzina startu zbliżała się wielkimi krokami. Życzyliśmy sobie powodzenia i dobrych rezultatów. Napisz w komentarzu, jak Ci poszło? Szukałem Cię na mecie, ale nie udało mi się Ciebie znaleźć.

W pełnym słońcu punktualnie o 10 rano wystartował bieg. Zacząłem biec powoli w obawie, że trudna trasa pełna podbiegów oraz upalna afrykańska wręcz pogoda pozbawi mnie szybko sił potrzebnych do ukończenia biegu. A nie po to jechałem ponad 350 km, aby nie przywieźć medalu do domu. Pierwsze 2 kilometry minęły szybko i bezboleśnie. Od trzeciego kilometra zaczęły się jednak schody. Pojawiły się pierwsze podbiegi, które dały mi ostro w kość. Upał i bieganie pod górkę to nie jest jednak to, co tygryski lubią najbardziej. Zanim minąłem 5 kilometrów wielokrotnie przekląłem w swojej głowie organizatorów za wytyczenie takiej trudnej trasy. Gdy zdałem sobie sprawę, że to nie wina organizatorów, a samego ukształtowania powierzchni i położenia miasta, zacząłem przeklinać Kielce. Gdy zdałem sobie sprawę, że nie przeklinanie nic mi nie pomoże, zrobiło mi się trochę lżej. Postanowiłem, że się nie poddam i dotrę do mety. Miałem ze sobą wodę,  żele energetyczne. Wiedziałem, że one dadzą mi siłę do walki.


Po pierwszym z czterech punktów żywienia, które zorganizowane były bardzo sprawnie, ustabilizowałem trochę tempo biegu. Biegło mi się lekko mimo delikatnych i ciągłych podbiegów. Poczułem się na tyle pewnie, że postanowiłem zagadać do miejscowych biegaczy. Spytałem się jednego faceta, czy dalej będzie też tyle podbiegów i czemu nie ma na trasie płaskich odcinków? On spojrzał na mnie z wyraźnie malowaną na twarzy wyższością. Z napisów umieszczonych na mojej koszulce wywnioskował, że jestem z Wielkopolski. Odpowiedział mi pogardliwym tonem, że u mnie w województwie łatwo się biega, bo mamy płaskie tereny i dopiero Kielce pokazują kto jest prawdziwym biegaczem i jak się porządnie biega. Delikatnie mówiąc wkurzył mnie, a mówiąc szczerze wkurwił mnie porządnie. Dostałem takiej adrenaliny, że dalsza część trasy nie przerażała mnie. Chciałem jedynie utrzeć nosa cwaniaczkowi z Kielc. Trzymałem się za nim przez jakieś 3 kilometry i gdy nadarzyła się okazja wyprzedziłem go. Widziałem, że na 9 kilometrze osłabł z sił i mocno zwolnił. Wtedy ja przyśpieszyłem i uciekłem mu na sporą odległość. Do końca biegu byłem przed nim. Tak się kończy cwaniakowanie. Z Tomaszem się nie zadziera.


Słońce grzało jak na afrykańskiej sawannie, ale nagle stał się cud. Dosłownie w jednej sekundzie tak, jak świeciło, tak zgasło. Jakby ktoś nacisnął właściwy przełącznik i zgasił zbędne źródło światła. Brak słońca nie trwał długo, bo zaledwie ok. 15 minut. Był to jednak cudowny czas, który dał wszystkim ulgę. Pozwolił trochę odpocząć i nabrać sił na dalsze kilometry biegu. Pan Bóg widocznie stwierdził, że biegacze dosyć się już opalili i wyłączył na chwilę słońce. Zadbał tym samym o interesy drobnych przedsiębiorców prowadzących solaria, których pewnie odwiedzą biegacze zawiedzeni brakiem słońca na całej trasie biegu. Wiadomo bowiem, że każda minuta słońca mniej to słabsza opalenizna.

Trasa biegu była bardzo ciekawa wizualnie i krajobrazowo. Przebiegała głównymi ulicami miasta wśród kieleckich zabytków. Była wąska i kręta, ale ciekawa. Nie dało się nudzić. Można było podczas samego biegu zobaczyć Kielce w pigułce. Najbardziej podobała mi się część trasy przebiegająca ulicą Sieniewicza, czyli głównym deptakiem miasta. Nie było zbyt dużo kibiców wzdłuż trasy, ale ci co przyszli głośno wspierali biegaczy. Był też zespół rockowy, który grał na żywo covery znanych utworów. Bardzo malowniczym elementem trasy był moment przebiegania przez Skwer Szarych Szeregów. Biegło się tam szeroką ścieżką spacerową wzdłuż której umieszczone były popiersia znanych artystów takich, jak: John Lennon, Franz Kafka, czy Ignacy Paderewski.




Najgorsza była jednak część trasy przebiegająca drogą prowadzącą do Krakowa. Świeciło wtedy już ponownie słońce, a nie było tam nawet skrawka cienia. Wiedziałem z rozmów z miejscowymi, że jest to najgorszy fragment trasy. Ponad 4 kilometry trzeba było biec prostą drogą przed siebie. Na szczęście biegło się delikatnie z górki. Gorszy miał być powrót tą samą trasą po nawrotce na końcu odcinka. Wiedziałem, że skoro teraz jest delikatnie z górki, to w takim razie droga powrotna przebiegać będzie cały czas pod górkę. Najgorzej, że ten morderczy podbieg cały czas się zwiększał. Nachylenie terenu wzrastało stopniowo z każdym metrem trasy. Pocieszałem się, że na końcu czeka na mnie zimna woda oraz kurtyna wodna, która schłodzi moje ciało. Na trasie było kilka kurtyn wodnych rozstawionych przez strażaków. Były one cudowne, gdyż sowicie skrapiały wodą. Na punkcie odżywczym po najdłuższym i najgorszym podbiegu popełniłem jeden błąd - dałem się skusić na kruche ciastko. Jego smak czułem w ustach do końca biegu. Nie mogłem także zaspokoić pragnienia, takie suche było to ciastko. Ale cóż, jak człowiek jest łakomy, to trzeba za to zapłacić Na szczęście do stadionu zostało mi tylko 3 kilometry.

Podczas ostatnich kilometrów biegu byłem świadkiem miłego zdarzenia. Mijałem panią, która biegała jako ostatnia. Przed nią był jeszcze najgorszy fragment trasy. Wszyscy mijający ją biegacze klaskali jej i dopingowali do boju. Ja także biłem jej brawo. Nie jest bowiem hańbą dobiec na ostatnim miejscu. Powodem do wstydu jest natomiast unikać startu w obawie, że się będzie ostatnim. Liczy się sama chęć walki ze samym sobą. Pokonywanie własnych słabości. Nie jest sztuką unikać porażek. Sztuką jest wyciągać z nich wnioski, aby być lepszym i silniejszym człowiekiem. Wiem coś o tym, bo przez większą część swojego życia unikałem wielu rzeczy, aby przypadkiem nie przegrać. Unikałem wszystkiego co nowe i nieznane w obawie, że podczas poznawania tego mogę doznać jakichś krzywd. Była to zła filozofia, która do niczego dobrego mnie nie doprowadziła. Nie należy bać się wyzwań. Trzeba próbować nowych rzeczy, aby się rozwijać. Stanie w bezpiecznym kącie może wydaje się fajne na początku, ale takie nie jest. Po latach stagnacji pojawia się frustracja i zażenowanie. Zaczynamy żałować, że zmarnowaliśmy swoje życie, bo zamiast żyć, to tak naprawdę jedynie wegetowaliśmy.


Ostatnie kilometry przed metą, jak to zazwyczaj bywa, były najcięższe. Wiedziałem, że nie mam szans na życiówkę, ale wiedziałem, że biegnę w dobrym tempie i wynik, jeśli weźmiemy pod uwagę trudną trasę i ciężkie warunki atmosferyczne, będzie do zaakceptowania. Ostatni kilometr był... nie zgadniecie... pod górkę. Nogi nie miały już wiele sił na szybki bieg, ale w płucach był sporo tlenu. Dałem z siebie wszystko. Skutkowało to na mecie czasem 2h05m55s. Byłem z niego zadowolony. W zeszłym roku na płaskich trasach w o wiele przyjemniejszej do biegania pogodzie uzyskiwałem podobne czasy. Jest to dla mnie dobry prognostyk na przyszłość. Coraz silniejsza bestia ze mnie.

Meta znajdowała się na płycie stadionu Korony Kielce i była bardzo przyjazna dla biegacza. Miło finiszowało mi się na stadionie. Na mecie od razu otrzymałem medal i zostałem skierowany w dalszą część stadionu, gdzie dostałem wodę i izotonik. Skorzystałem z okazji, że trybuny stadionu były otwarte dla biegaczy i usiadłem sobie w cieniu ciesząc oko widokiem ładnego stadionu, który wydał mi się bardzo mały jak na główny stadion miasta będącego stolicą województwa. Dopiero, gdy odpocząłem w cieniu, udałem się po posiłek regeneracyjny. Był to żurek z ogromną ilością kiełbasy. Nie przepadam za tym rodzajem zupy, ale muszę przyznać, że była całkiem smaczna.


W miarę zregenerowany udałem się w stronę hotelu. Marzyłem jedynie o prysznicu, gdyż słońce i dystans 21 km spowodowały, że świeżością i higieną nie grzeszyłem. Po drodze mijałem sporo finiszujących dopiero biegaczy. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że z moją formą nie jest jednak najgorzej. Jak się potem okazało zmieściłem się w pierwszej połowie stawki na mecie. Starałem się dopingować biegaczy na trasie, gdyż wiem, jak taki doping pomaga w ukończeniu biegu. Podzieliłem się z jednym biegaczem swoją ostatnią wodą, gdyż widziałem, że słabo wyglądał. Nie miałem mu jednak serca powiedzieć, że przed  nim jeszcze jeden ciężki podbieg. Nie chciałem biedaka niepotrzebnie stresować.


Półmaraton w Kielcach był moim dziesiątym biegiem na tym dystansie. Jubileusz świętowałem przy kebabie i pepsi. Staram się dbać o linię, ale w ten wyjątkowy dzień popuściłem trochę pasa. Kebab zrobiony przez prawdziwego Turka smakuje najlepiej, ale o tym każdy  Polak wie dobrze. A ci "prawdziwi" najlepiej.

Zapraszam do kolejnej relacji, która ukarze się po 10 czerwca. Tegoż dnia pobiegnę w Gdańsku. Będzie to krótki dystans (5 km), ale w nietypowym otoczeniu. Trasa przebiegać będzie po pasie lotniska im. Lecha Wałęsy, a sam bieg rozpocznie się o godzinie 1.00 w nocy. Pas startowy ma być cały oświetlony. Liczę na miłe przeżycia wizualne.


środa, 30 maja 2018

Uwielbiam

Uwielbiam... Uwielbiam ten stan... Uwielbiam...


Uwielbiam ten stan, gdy nie mogę spać, bo wiem,  że jak nadejdzie ranek będę mógł odpalić swoją ukochaną konsolę. Kręcę się niespokojnie po łóżku. W mojej głowie mam tysiące myśli. Nie mam najmniejszej ochoty na sen. Chcę grać i to zaraz. Wiem jednak, że to nie najlepsza opcja. Lepiej poczekać do rana, aby bladym świtem wstać i pograć pijąc jednocześnie aromatyczną kawę z mlekiem. Wstając natychmiast w nocy spełniłbym swoje pragnienie w jednej chwili. Do rana daleko. Biję się z myślami. Rozsądek wygrywa jednak nad hedonistyczną wizją spełnienia natychmiast swojej zachcianki. Grając w nocy będę czuł szczęście. Ale ile to szczęście potrwa? Pewnie zbyt krótko. Zmęczę się szybko. Zasnę i prześpię zbyt dużo czasu. Zmarnuję czas na spanie. Zbyt dużo cennego czasu. Gdy wstanę rano, zaraz jak słońce wzejdzie, będę miał przed sobą cały dzień na granie. Nawet bijąc się z myślami w łóżku w końcu kiedyś zasnę. Nawet kręcąc się niespokojnie w łóżku mój mózg odpocznie. Będę miał więcej sił na granie. Jak trochę odpocznę i zdrzemnę się nawet niespokojnym i przerywanym snem będę miał siły na całosobotnie granie. Pięknie jest mieć całą sobotę na granie. Tylko ja i świat wirtualny. Ja i nierealne światy. Zupełnie inne światy. Inne problemy, radości. Świat realny idzie w odstawkę. Na ten jeden dzień żyję w próżni. Uwielbiam...

***

Uwielbiam ten stan, gdy cały dzień w pracy nie mogę skupić myśli na niczym innym, niż na graniu. Nie daję rady efektywnie pracować. Snuję się po pracy jak istota, z której wyparowało życie. Jak persona, która, aby żyć potrzebuje wirtualnego świata i emocji z niego płynących. Otaczający mnie świat realny nie jest w tym momencie w stanie zaoferować mi nic ciekawego. Marzę tylko, by wybiła 15. Pragnę zasiąść na kanapie przed konsolą i przeżyć kolejną przygodę. Oderwać się od rzeczywistości, która mnie otacza. Od rzeczywistości, która momentami mnie przygnębia i zmusza do płaczu. Nie jest tak zawsze, bo po burzy na niebie pojawia się tęcza. Nie zawsze. Niestety. Podróż do wirtualnych krain przerywają mi tylko prozaiczne czynności dnia codziennego, jak jedzenie i toaleta. Zdarza się, że tkwię w odmiennym wymiarze całe popołudnie, aż do momentu kiedy trzeba poddać się bogini snu. Robię to niechętnie. Nie chcę odrywać się od pięknych przygód. Chcę poznawać kolejne wirtualne światy wciąż i wciąż bez końca. Uwielbiam ten stan...

***

Uwielbiam ten stan, gdy wracam nocą do domu. Wszyscy śpią. Cisza. Cudowny klimat na granie. Zaparzam sobie yerbę. Siadam przed TV. Biorę pada w dłonie. Jestem tylko ja i konsola. Otacza mnie idealna cisza, którą zaraz przerwie dźwięk płynący ze słuchawek na moich uszach. Nikt mi nie przeszkadza. O tej porze nikt nic ode mnie nie chce. Mogę rozkoszować się swoją ukochaną pasją, która ma wpływ na mój żywot. Cisza panująca wkoło mojej osoby jest tym, czego potrzebuję. Jest lekarstwem dla mego ciała. Jest ukojeniem dla mojej duszy. Cisza jest piękna. Pozwala zebrać myśli. Daje możliwość skupienia się na grze. Jest wstępem do rozkoszy przebywania w wirtualnym świecie. Dźwięk gry tłamsi ciszę, ale dzięki słuchawkom na uszach cisza nadal króluje w moim otoczeniu. Jest ciemno. Nie słychać kroków domowników. Cały dom śpi, a ja gram spokojnie. Jestem sam na sam z wirtualną rozrywką. Uwielbiam...

niedziela, 20 maja 2018

Tomaszowa Kronika Biegowa #9

"Uciec, ale dokąd?" to tytuł klasycznego filmu akcji z Jean Claude Van Damme, ale także pytanie, które zadawali sobie biegacze na starcie międzynarodowego charytatywnego biegu Wings for Life, w którym miałem zaszczyt po raz pierwszy startować na początku maja. Odpowiedź na pytanie dokąd uciekać wydaje się nasuwać sama, ale w przypadku tak nietypowego biegu, gdzie to nie my zmierzamy do mety tylko ona sama nas goni, nie jest taka oczywista. Do mety nie można dobiec, ale da się biec w kierunku obranego celu. A te są różne, tak jak różni są ludzie biorący udział w Wings for Life.


Bieg odbywa się w 33 krajach na świecie. W Polsce miastem-gospodarzem jest od początku Poznań. Celem biegu jest zebranie funduszy na badania mające na  celu rozwiązać problem przerwanego rdzenia kręgowego. Cel jest bardzo szczytny, dlatego nie brakuje chętnych do udziału w biegu mimo wysokiej opłaty startowej, która wynosi 120 zł. Kwota jest w całości przekazywana na cele badawcze. Koszty organizacji imprezy pokrywają sponsorzy. Głównie Red Bull, który wspiera organizację biegu od samego początku, czyli od 2014 roku.

W związku ze zwiększeniem limitu liczby uczestników biegu w Poznaniu do 8 tys. osób organizator zdecydował się przenieść start zawodów z okolic Jeziora Maltańskiego na Międzynarodowe Targi Poznańskie, które goszczą biegaczy podczas poznańskiego półmaratonu i maratonu. Nie brałem udziału w poprzednich edycjach, ale wiem, że decyzja była trafiona, gdyż Targi oferują biegaczom o wiele lepsze zaplecze sanitarne i techniczne na czele z dużą zacienioną powierzchnią, gdzie można się schronić przed słońcem.

Biuro zawodów otwarte było już od piątku. Trzy dni na odbiór pakietów startowych to szmat czasu. Jednakże dzięki takiemu zabiegowi w biurach obeszło się bez kolejek i nerwów. Pakiety były bogate. Red Bull stanął na wysokości zadania. Zawierały sporych rozmiarów gazetkę "The Red Bulletin", napój energetyczny Red Bull, baton owsiany Nordic, baton musli od firmy Benecol, który obniża poziom cholesterolu oraz bardzo elegancką koszulkę techniczną. Firma Benecol zaoferowała biegaczom na swoim stanowisku reklamowym darmowe batony musli i tabletki obniżające cholesterol. Nie dało się wyjść z biura zawodów z pustym brzuchem. Moje zainteresowanie, ze względu na posiadanie duszy administratywisty, wzbudziła kartka, która zadrukowana była cała tekstem, a bez której podpisania nie można było odebrać pakietu startowego. Standardowo na biegach, aby odebrać ów pakiet, trzeba podpisać oświadczenie, że jest się zdrowym i startuje się na własne ryzyko. W przypadku Wings for Life trzeba było również wyrazić zgodę na korzystanie ze swego wizerunku przez firmę Red Bull. Zrzekliśmy się także praw do pozywania organizatora biegu w przypadku, gdyby coś stało się z naszym zdrowiem podczas biegu. Widać, że to bardzo dobrze zorganizowana impreza nie tylko od strony faktycznej, ale także od strony prawnej.



Przytoczę pokrótce zasady biegu Wings for Life, bo są one bardzo ciekawe. Ktoś, kto wpadł na taki pomysł rozgrywania zawodów powinien dostać nie jedną nagrodę. Wiecie pewnie, że start następuje na całym świecie o tej samej porze. W Polsce jest to godzina 13.00. Pół godziny później startuje samochód pościgowy z prędkością 15 km/h. Za kółkiem auta w polskiej edycji siedzi nasz wielki mistrz w skokach narciarskich Adam Małysz. Po godzinie jazdy auto zwiększa prędkość do 16 km/h, aby po kolejnej godzinie jego prędkość wynosiła 17 km/h. Po następnych 60 minutach auto pędzi z prędkością 20 km/h, by za dwie godziny osiągnąć swoją ostateczną prędkość 35 km/h. Z taką prędkością będzie się poruszać, aż do momentu wyprzedzenia ostatniego uczestnika biegu.


Do startu miałem grubo ponad dwie godziny. Czas ten postanowiłem wykorzystać na jedzenie i relaks przed biegiem. Wiadomo, że nic nie relaksuje jak dobry film. Odpaliłem na swoim Xiaomi aplikację ShowMax, a słuchawki umieściłem w uszach. Kciuk pewnym ruchem uruchomił klasykę kina akcji lat 90' - "Harley Davidson i Marlboro Man". Chłonąłem każdą swoją cząstką ciała kolejne cudowne sceny. Buzia się cieszyła, a głowa myślała, co takiego złego stało się, że dziś nie robi się takich fantastycznych filmów z tak bardzo wyrazistymi postaciami? Czemu kino lat 90' i 80' przeminęło? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na te pytania.


Ostatnią godzinę przed startem wykorzystałem na zrobienie sobie zdjęć przy banerach reklamowych oraz przy słynnym aucie pościgowym. Jednak coś zupełnie innego przykuło moją uwagę. Było to stanowisko z egzoszkieletami, które umożliwiają osobom poruszającym się na co dzień na wózkach na zrobienie samodzielnie kilku kroków po ziemi. Widziałem młodego chłopaka, który właśnie miał spróbować poruszać się za pomocą tego cuda techniki. Jego twarz była kompilacją dwóch sprzecznych emocji: strachu i radości. Było dobrze widać, że cieszy się na samą myśl o zrobieniu samodzielnie kilku kroków. Bał się jednak tego doświadczenia. Sprawiał wrażenie, jakby nie chciał się rozczarować chwilą, na którą czekał wiele lat. Pewnie obawiał się, że nie będzie umiał poruszać się w specjalnym szkielecie. Ale widać było, że chciał bardzo zrobić choć jeden krok samodzielnie. Było mu to potrzebne, aby udowodnić sobie, a przede wszystkim innym ludziom, że jest normalnym człowiekiem. Nie potrzeba mu specjalnego traktowania. On chce być tylko jak każdy z nas. Jego walka trwa i będzie trwać jeszcze długo. Bo kto walczy jest zwycięzcą.


Zrozumiałem, że udział w takich biegach ma sens. Nie chodzi tylko o wymiar finansowy, który jest ważny. Chodzi także o wymiar społeczny i emocjonalny. Biorąc udział w Wings for Life stajemy się bardziej świadomi potrzeb osób niepełnosprawnych. Stajemy się bardziej wrażliwi i empatyczni. Biegnąc razem z nimi pokazujemy, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Jedni są bardziej sprawni, inni mniej, ale wszyscy jesteśmy ludźmi. Widząc na trasie biegu osoby poruszające się na wózkach i o kulach, które z wielkim trudem walczyły o pokonanie samodzielnie kolejnego metra trasy, zrozumiałem, jakim jestem szczęściarzem, że mam dwie sprawne nogi i ręce. Tak naprawdę nic więcej nam do życia nie jest potrzebne. Mając zdrowie możemy osiągnąć wszystko. Parę razy uroniłem łezkę widząc jak ciężko było na trasie osobom na wózkach pokonać wzniesienia. Nie ze smutku czy ze współczucia, ale z radości z ich sukcesów i motywacji do walki. Było mi głupio, że zdarza mi się narzekać na ciężkie podbiegi na trasach. Nie słyszałem, aby jakaś osoba niepełnosprawna narzekała. Woli walki możemy się od nich uczyć i podziwiać ich na każdym kroku.


Zbliżała się godzina startu, a ja już miałem czysty pęcherz i jelita, co poszło mi bezproblemowo, dzięki sporej ilości przenośnych toalet, które w dodatku były czyste i wygodne. W strefach startowych panował straszny tłok. Czułem się jak w kaplicy w Częstochowie podczas odsłaniania cudownego obrazu. Z tą różnicą, że zapachy panowały lepsze. Nie było to jedynie zasługą przebywania na świeżym powietrzu. Niewątpliwe przyczyniła się do tego stanu rzeczy higiena, bo biegacze się myją, a w kościele są często osoby, które jedynie się perfumują. 

Punktualnie o godzinie 13.00 wyruszyliśmy na trasę. Start był bardzo wolny ze względu na dużą liczbę uczestników oraz także z tego powodu, że startowało sporo osób na wózkach i o kulach. Trzeba im było zrobić miejsce, aby mogli spokojnie brać udział w biegu. Nie jestem w stanie zrozumieć osób, które ustawiły się w szybszych strefach startowych niż ich możliwości kondycyjne. Efekt tego był taki, że spowalniały innych biegaczy. Zdaję sobie sprawę, że chciały być jak najbliżej startu, ale ustawiając się w zbyt szybkiej strefie zrobiły sobie tylko krzywdę i dość mocno wkurzyły biegaczy, którzy musieli ich wyprzedzać. Najlepiej się biegnie z osobami, które mają podobne do nas umiejętności. Biegniemy wtedy cały czas w zwartej grupie. Nikt nas masowo nie wyprzedza, ani my nie musimy szukać wolnej przestrzeni na trasie, aby wyprzedzić inne osoby. Gdy już przebiłem się przez grupę maruderów zaczął się dla mnie bieg. Sam proces przebijania się zajął mi prawie 2 km. Byłem wkurzony, że musiałem biec wolniej niż mogę, gdyż było tak ciasno na trasie, że bardzo ciężko się wyprzedzało. Zgromadzoną w sobie agresję wykorzystałem na dalszym etapie trasy. Zadziałało to podobnie jak system kers (kinetic energy recovery system), który gromadzi energię powstałą z hamowania i pozwala ją wykorzystać jako dodatkową moc przyśpieszenia. Następne kilometry dzięki nerwom ze startu przebiegały mi bardzo szybko.


Pierwszy punkt odżywczy zlokalizowany był na 5. km. Była woda i banany. Był także Red Bull, po którego ludzie rzucili się tak zachłannie, jakby pierwszy raz było im dane go skosztować. Ja zadowoliłem się wodą, która pomogła mi zniwelować słodki posmak żelu energetycznego, który miałem w ustach. Punkt odżywczy był sprawnie zorganizowany, ale jak zwykle ludzie stwarzali problemy. Gdy tylko kubek z wodą znajdował się w ich dłoni nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zatrzymywali się. Naprawdę nie potraficie pić w biegu? Uwierzcie mi, to nie takie trudne! A, kiedy już chcecie się zatrzymać, to zróbcie to na poboczu trasy, gdy skończy się strefa z wodą.

Im dalej, tym było lepiej. Biegło mi się lekko i zwiewnie. Świeciło słoneczko, ale wiatr chłodził rozgrzane ciało. Czasami wiał aż za silnie w twarz. Dzięki temu mogę  napisać, że biegło się zwiewnie. Dzięki wiater! Lekkość w biegu była pewnie także zasługą kilku zabawnych momentów, które wyłapałem podczas biegu, a którymi zaraz się z Wami podzielę ku Waszej i mojej uciesze. 

Zdarza mi się podsłuchiwać rozmowy obcych osób. Taki nawyk z jazdy pociągami. Wiem, że nieładnie, ale tak mam. Przez przypadek podsłuchałem rozmowę pewnej młodej pary. Znaczy się pary w sensie kobieta i mężczyzna, a nie pary osób tworzącej związek. Młodej pary ze względu na wiek, a nie na ich stan cywilny. Trochę to skomplikowane, ale lubię kiedy nie jest za łatwo. Przechodząc zatem do meritum dodam, że pan był bardzo zapatrzony w panią i chętnie by z nią stworzył parę w sensie związku, ale po pani widać było, że para w sensie przebywania razem kobiety i mężczyzny  w pewnym czasie i przestrzeni jednocześnie, to i tak zbyt wiele, co może mu zaoferować. Pan, wyraźnie chcąc przymilić się do pani, powiedział jej, że gdy będzie doganiał ich samochód, to rzuci się pod koła, aby dać jej szansę na przebiegnięcie dłuższego dystansu. Na swój sposób było to słodkie. Odważna deklaracja nie zrobiła jednak większego wrażenia na pani. Chyba, że uznać, że wypowiedziane przez nią z wyraźną irytacją słowo "dzięki" to zielone światło, które zaprowadzi pana na drogę związku z panią. Dla owego pana mam radę: daj sobie z nią spokój. Nie chce cię. Moim zdaniem szkoda jego zachodu. Nie była nawet urokliwa. Chyba, że miała fajny charakter, którym mogłaby nadrobić. Podkreślam jednak, że nie była urokliwa.


Podczas biegu czułem się cały czas jakbym występował w Hollywoodzkiej produkcji "Ścigany".  Adam Małysz był jak Tommy Lee Jones, a ja jak Harrison Ford, ale z tą małą różnicą, że nie miałem nawet najmniejszych szans, aby moja ucieczka zakończyła się powodzeniem. Sama jednak myśl, że jestem ścigany i muszę uciekać, dodawała pikanterii całemu biegowi oraz wprawiała mnie w dobry humor, który nie opuszczał mnie przez całą moją ucieczkę. Przejawiał się on częstymi uśmiechami na twarzy oraz tekstami powstającymi w mojej głowie, które na moje szczęście tam zostały, a nie wyrwały się na zewnątrz do uszu innych biegaczy. Gdy usłyszałem jak jedna koleżanka mówi do drugiej, że jest cała mokra, to moja głowa od razu wymyśliła odpowiednią ripostę na tak dwuznaczny tekst, która brzmiała mniej więcej: "Nic dziwnego, że jesteś mokra skoro obok ciebie biegnie boski Tomasso w wersji latino. To naturalny stan. Nie musisz się tym martwić."  

Rozbawiła mnie koszulka pewnej biegaczki, która na plecach miała zdjęcie Adama Małysza skaczącego na nartach, pod którym znajdował się wielki czerwony napis: "Uwaga! Adam za nami leci". Zapewne wiele osób miało na sobie zabawne koszulki, ale udało mi się jedynie tę zapamiętać. Więcej pewnie nie dostrzegłem z powodu palącego słońca, które utrudniało mi rozglądanie się. Pot wpadający do oczu także nie ułatwiał rozglądania się po trasie.


Na 15. km wbiegłem do miejscowości Kobylnica. Trasa biegu była tak wyznaczona, że początek zawodów odbywał się w mieście, a potem wybiegało się na drogę prowadzącą w kierunku pierwszej stolicy Polski. Mieszkańcy Kobylnicy zgotowali nam bardzo miłe powitanie. Było głośno i radośnie. Strażacy zadbali o zapewnienie odpowiedniej temperatury poprzez ustawienie kurtyny wodnej. Była to solidna kurtyna, która zmoczyła mnie aż do gaci. Dało mi to dużą dawkę odświeżenia i sił do walki. Na pobliskim punkcie odżywczym, oprócz wody, łyknąłem sobie Red Bulla. Faktycznie dodał mi skrzydeł. Miałem w sobie mnóstwo sił. To wszystko było jednak na nic, gdyż właśnie doganiał nas samochód pościgowy. Nie wiem nawet kiedy to nastąpiło, ale nagle wyprzedził mnie i zakończył moją walkę na trasie. Miałem pewien niedosyt, gdyż sił było we mnie mnóstwo. Musiałem się jednak zatrzymać, gdyż takie były zasady. 

Udało mi się przebiec 15,54 km. Jako zadanie minimum wyznaczyłem sobie dystans 15 km. Udało się je zatem zrealizować. Byłem na siebie zły, bo źle rozłożyłem siły na biegu. Za wolno wystartowałem. Tempo miałem dobre, bo gdy je przeanalizowałem okazało się, że miałem szanse zejść poniżej 1h 58m na dystansie 21 km. Udałoby mi się zatem poprawić swoją życiówkę na półmaratonie. Bogatszy o doświadczenie ze swojego debiutu w Wings for Life 2018 jestem pełen nadziei na poprawę wyniku w przyszłym roku. Teraz wiem, z czym to się je. A apetyt mam wielki.   

Na moje szczęście meta dopadła mnie bardzo blisko punktu odżywczego. Zatem z pragnienia nie było szans żebym umarł. Wody i Red Bulli miałem pod dostatkiem. Zachowałem się jak typowa chytra baba z Radomia i wziąłem 3 puszki energetyków. Nie wiem, czemu taki pazerca się we mnie odezwał? Na moją obronę dodam, że jednego Red Bulla oddałem kobiecie, która rozpaczliwie poszukiwała wody. Trochę jej ulżyłem w potrzebie. Pozostałe dwie puszki czekają sobie spokojnie w szafce kuchennej na swoją kolej do spożycia.

O ile organizacja biegu na początku przebiegała bardzo sprawnie, o tyle na końcu trochę się rypnęła. Po zakończeniu biegu czekaliśmy ponad 40 minut za autobusami, które miały nas odwieźć na linię startu. W zeszłym roku podobno przebiegało to o wiele sprawniej. Jadąc w zatłoczonym autobusie, po niespełna 30 minutach, wróciłem na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich, aby otrzymać swój pamiątkowy medal i kolejną puszkę Red Bulla, którą musiałem wypić mimo kołaczącego serca, gdyż wody na mecie organizator nie zapewnił. Energetyków było za to od groma i jeszcze trochę. Dobrze, że mi pikawy nie wysadziło.


Wałówa na mecie była cienka. Danie instant. Cztery rodzaje do wyboru. Niby bez konserwantów, ale to pewnie ściema. Wybrałem gulasz wołowy. Był znośny w smaku, ale nie nasycił mnie. Wyglądał niezbyt ładnie i pachniał podobnie. Nasyciła mnie dopiero bułka z pieczarkami kupiona na dworcu PKP, która stanowiła przystawkę do dania głównego, jakim był kotlet drobiowy w panierce. Mamusia zrobiła.   

Udział w Wings for Life był dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Otworzył mi oczy na świat. Pokazał, że dobra materialne tego świata nie znaczą nic, gdy zdrowie nam nie dopisuje. Pokazał, że niepełnosprawni ludzie to prawdziwi wojownicy, którzy swoją wolą walki mogliby obdarzyć nie jednego, a całą grupę zdrowych sportowców. Uświadomiłem sobie, że będąc sprawnymi osobami, marnując nasze zdrowie złym jedzeniem, używkami i kanapowym stylem życia, popełniamy grzech marnotrawstwa. Mamy wspaniały dar od losu: ciało gotowe do nadludzkich wysiłków, a wolimy jeść śmieciowe jedzenie i siedzieć przed TV. Dla zdrowych ludzi sprawne ciało jest czymś oczywistym. Czymś, co się nam należy. Dla niepełnosprawnych osób jest to marzenie. I to często takie, które się nie spełni, choćby nie wiem co.  Każdego dnia praktykujmy wdzięczność za to, co mamy, bo nic nie jest nam dane na zawsze. 


Niebawem czeka Nas mały jubileusz w postaci dziesiątej odsłony Tomaszowej Kroniki Biegowej. Kolejny wpis ukarze się prawdopodobnie na początku czerwca i będzie opisywał mój start w Kielcach. Będzie to mój debiut biegowy w województwie świętokrzyskim. Będzie to zarazem mój dziesiąty półmaraton w mojej krótkiej karierze amatorskiego biegacza. Same jubileusze. Szykuje się zatem ostra biba. Do przeczytania :-)   




  

wtorek, 15 maja 2018

Przyjaciółka Amiga

Był kiedyś taki majowy dzień... Ubrano mnie w białą kieckę i mokasyny w kolorze mleka, którego smaku, od wizyty w szpitalu z okazji amputacji wyrostka robaczkowego, nie byłem w stanie znieść przez wiele lat. Mimo cholernej ulewy, która nawiedziła Środę w ten niedzielny poranek, zostałem zaprowadzony do kościoła. Było tam więcej takich, jak ja dziwacznie ubranych dzieci. Choć raz w życiu nie czułem się jak odmieniec. Zrobiło się poważnie, gdy wystawiono mnie na widok publiczny i wspólnie z rówieśnikami kazano jeść opłatek. Matka i babcia płakały. Były tak wzruszone, jakbym miał zostać co najmniej papieżem. Ale potem było już fajnie: w domu rosół i kotlety schabowe, a na deser rozpakowałem wielkie pudło, które skrywało w tamtym czasie obiekt moich westchnień - Amigę 500.


Opłaciło się odwalić tę całą szopkę z udawaniem świętego i kochanego aniołka, aby dostać swój pierwszy komputer. Biorąc moją ówczesną sylwetkę pod uwagę, to wizualnie pasowałem na cherubinka idealnie. Tłuste goloneczki, policzki jak szyneczki oraz słodkie cycuszki. Tylko włosy miałem krótkie i proste, ale to drobny szczegół. Ważne, że mama chrzestna nie poskąpiła pieniędzy na swojego pierworodnego chrześniaka. 

Czym jest komputer bez gier? Niczym! Zwykłą wydmuszką. Chrzestna Grażynka zawsze miała głowę na karku. Z jej inicjatywy obdarowano mnie nie tylko komputerem, ale i dwoma grami w zestawie - "Skoczny Jacuś" i "Miecze Valdgira II". Gra o przygodach skaczącego Jacka przypadła mi najbardziej do gustu. Była to prosta gra zręcznościowa. Taki "Frogger" z tą różnicą, że zamiast przechodzić przez ulice żabką musieliśmy doprowadzić tytułowego Jacusia do Wesołego Miasteczka. Każdą planszę rozpoczynaliśmy na dole ekranu, a naszym celem było dostanie się na sam jego szczyt. Aby to osiągnąć musieliśmy się wykazać nie lada sprytem i refleksem, gdyż dostać się na coraz to wyższe poziomy danego etapu mogliśmy jedynie przez specjalne otwory, które często były ruchome. Zmieniając swoje położenie sprawiały nam psikusa. Jakby tego było mało często gonili nas różni przeciwnicy, którzy mieli za zadanie utrudnić nam dostanie się na coraz to wyższe poziomy danego etapu. Rozgrywka przypominała zatem wspinanie się po specyficznej "drabinie". Prosty pomysł na rozgrywkę. Prostota zawsze była w cenie, gdy istniały ograniczenia sprzętowe.   


"Mieczy Valdgira" nie wspominam już tak dobrze. Była to gra przygodowa. Musieliśmy pomóc karłowi Aldirowi odzyskać magiczny artefakt. Rozgrywka polegała na eksploracji kolejnych lokacji i zbieraniu do naszego mało pojemnego ekwipunku przedmiotów potrzebnych do rozwiązania różnych prostych zagadek. Dla 9-latka nie były to jednak proste zagadki. Pamiętam, że dość mocno odbiłem się od tego tytułu już po paru minutach gry. Moi rodzice (rodzeni i chrzestni) nie byli mi w stanie pomóc w próbach przejścia kolejnych etapów. Wróciłem do "Mieczy..." po jakimś dłuższym czasie, będąc już trochę mądrzejszym gówniarzem. Wiele to jednak nie zmieniło. Fabuła posunęła się zaledwie delikatnie do przodu. Po pewnym czasie gra wylądowała na stałe w plastikowym pojemniku na dyskietki zamykanym na klucz. Obecnie spoczywa już na jakimś wysypisku. "Valdgir" to pierwsza gra, która dała się ukończyć, ale nie byłem w stanie tego zrobić. Taka ryska na mojej zbroi gracza.


W poniedziałkowy pokomunijny poranek poinformowano mnie, że najlepszy przyjaciel z okazji konsumpcji ciała Jezusa Chrystusa obdarowany został Amigą o numerze 600. Skubany zawsze musiał być lepszy ode mnie. Jego Amiga była mniejszych rozmiarów, ponad dwukrotnie mniejsza od mojej. Pozbawiona była klawiatury numerycznej. Przy tym maleństwie mój model wyglądał jak olbrzym. Gdybyśmy byli starsi, to ktoś mógłby mnie podejrzewać o leczenie swoich kompleksów. Miałby trochę racji, bo wtedy miałem ich mnóstwo.

Przyjaciel Tomek sam osobiście mnie poinformował o tym, że został obdarowany Amigą, ale zwrot "poinformowano mnie" brzmi bardziej poważnie. Wybaczcie. Taki nawyk urzędniczy. Jego chrzestna wykazała się o wiele mniejszą empatią od mojej chrzestnej i do komputera załączyła bardziej brutalne gry. Mój "Skoczny Jacuś" wypadał blado przy "Mortal Kombat" i "Street Fighter II" i nie chodzi mi tylko o ilość gry płynącej z ekranu. Miał jednak tę przewagę, że był oryginalny, a nie piracki, jak dwie cudowne wspomniane wyżej bijatyki. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że taki drobny szczegół ma obecnie dla mnie jakieś znaczenie, jednak dla młodego szczyla z podstawówki miał takie znaczenie, jak dla pijaka wybór nowego Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. Jak dla pijaczka liczy się tylko flaszka, tak dla mnie wtedy liczył się sam fakt możności zagrania w daną grę, a nie analizowanie kwestii naruszenia prawa autorskich.


Okoliczność obdarowania dwóch Tomków komputerami marki Amiga wpłynęła dość mocno na zacieśnienie się ich więzi przyjacielskich. Mało które popołudnie nie upływało nam na obijaniu sobie mord na ekranie telewizora. Taka rozrywka pozwalała rozwiązać wiele palących nas problemów, jednocześnie jednak powodowała nowe. Wiadomo przecież, że nic nie wkurza gracza, jak fatality zrobione przez przyjaciela siedzącego na krześle obok lub przegrana i usłyszenie komunikatu "flawless victory". Zdarzało się czasami, że walka przenosiła się ze świata wirtualnego do realnego. Była ona o wiele mniej krwawa, ale równie zacięta i emocjonująca.

Cioteczka odrobiła lekcje na przyszłość i kolejne tytuły, którymi mnie obdarowywała na różne okazje, były bardziej nasiąknięte przemocą. Pamiętam, jak tego samego roku Gwiazdor, (w Wielkopolsce to on przynosi dzieciom prezenty) z niemałą pomocą matki chrzestnej, zostawił pod piękną i dorodną jodłą kaukaską wyprodukowaną wpod poznańskiej fabryce, grę "Street Hassle". Tym razem była to już gra naszpikowana przemocą. Czasem bezsensowną, ale mało który gracz nie lubi takiej przemocy. W przedziale wiekowym 9-10 lat wśród chłopców takie gry stawiane są na piedestale. I to w dodatku bardzo wysoko. Ciocia chyba nie do końca zdawała sobie sprawię o jakiej treści grę mi podarowała. Szanuję ją za to. Chciałbym kiedyś odnaleźć sprzedawcę, który sprzedał jej tę grę. Podziękowałbym mu za to ile dobra wniósł w moje życie. Pogratulowałbym mu też odwagi. Sprzedać grę pełną przemocy nieświadomej kobiecie, aby podarowała ją swojemu chrześniakowi na Boże Narodzenie wymaga sporo odwagi. Mimo, że przemoc w grach dość szybko zawitała w moim życiu, to ciągle jeszcze jestem normalny. To tylko moja opinia, a jak wiadomo, nie ma osób nieomylnych.


Głównym bohaterem "Street Hassle" był umięśniony, dość kulturalny facet o imieniu Piotrek. Dbał on jednak tylko o swoją tężyznę fizyczną w efekcie czego nie sprawiał wrażenia bystrzaka. Piotrek był impulsywny. Nie skrywał w sobie negatywnych emocji. Robił tak, jak radzą psycholodzy jednak myślę, że sposobu wyrzucania z siebie negatywnych emocji żaden dyplomowany psycholog by nie pochwalił. Piotrek dawał upust swoim złym emocjom spuszczając łomot emerytom. Pech chciał, że w mieście Piotrka było ich pełno, a on sam skrywał w sobie olbrzymie pokłady negatywnych emocji. Był to oczywiście pech dla biednych emerytów, bo przecież nie dla mnie. Okładając emerytów na różne wymyślne sposoby bawiłem się całkiem dobrze. Gra nie była długa. Składała się z kilku lokacji takich, jak ulica czy supermarket. W każdej lokacji nasz bohater mógł użyć tylko dwóch ściśle określonych ciosów. Wynikało to oczywiście z ograniczeń sprzętowych, ale wpływało również na urozmaicenie rozgrywki. Wydaje mi się, że gra wpłynęła mocno na moje życie, ponieważ kiedy w tym roku podczas gry w "South Park The Fractured But Whole" jeden z jej bohaterów zapytał mnie, jaką słabość ma kierowany przeze mnie superbohater, to bez chwili najmniejszego wahania odparłem, że starsi ludzie.

Pod wpływem fascynacji przygodami Piotrka zapragnęliśmy z przyjacielem Tomkiem zagrać we wcześniejszą produkcją Mirage Media - Poland - czyli "Franko: The Crazy Revenge." Dzięki pomocy jego kuzyna Mateusza dyskietka z przygodami Franka trafiła w nasze małe łapska (Tomka chude, moje tłuste - dziś jest na odwrót). Emocji było co niemiara. Akcja rozgrywa się w Szczecinie. Bohaterami gry byli tytułowy Franko i jego kumpel Alex. Od nas zależy, którą postacią zaczniemy przemierzać niezbadane tereny Szczecina. Gra polegała na ciągłym podążaniu przed siebie i pokonywaniu kolejnych hord wrogów. Były także etapy bonusowe. W mojej pamięci najbardziej utkwił etap, w którym siadamy za kółkiem czerwonego Fiata 126P, a naszym zadaniem jest rozjeżdżanie wrogów. Gra wzorowana była niewątpliwe na takiej produkcji, jak "Golden Axe", w którą miałem przyjemność zagrać dopiero w dorosłym wieku.


Podobno każda dziewczynka marzy, aby zostać księżniczką. Ja, dzięki grze "Prince of Persia", którą ciocia w wersji już pirackiej załatwiła mi od kolegi z pracy, zostałem księciem. Nie byle jakim księciem tylko księciem Persji, a nie jakiegoś tam Radomia czy Sosnowca. Wraz z grą otrzymałem kserokopię mapy przejścia gry z gazety "Gambler". Tak na wszelki wypadek gdybym nie dał sobie rady. Rozgrywka nie była łatwa. Dzięki temu, że była wymagająca, to na długo zapadła mi w pamięć. Nawet z opisem nie byłem w stanie przejść wszystkich 14 leveli. Zaciąłem się bodajże na dwunastej planszy, na jakiejś sekwencji skoków, których nie byłem w stanie wykonać. W "Princa" grałem tak namiętnie i bez opamiętania, że spóźniłbym się na rozdanie świadectw z piątej klasy. Nie miałem możliwości zapisywania stanu gry, dlatego zawsze musiałem dojść do etapu, którego nie mogłem wcześniej zaliczyć. Pamiętam, że gra miała licznik czasu, który odliczał 60 minut. Wraz z upływem limitu czasu gra kończyła się naszą porażką. Księcia darzę olbrzymim sentymentem, gdyż była to ostatnia gra, w jaką grałem na Amidze przed zakupem PSX-a. Z braku miejsca mój PSX spoczywał przez kilka miesięcy na nieczynnej już Amidze. Łezka się w oku kręci.


Gdy już z pacholęcia wyrosłem na dużego kawalera i miałem całe 12 lat zainteresowałem się ambitniejszymi produkcjami. W moje ręce wpadła strategia ekonomiczna "Gold of the Americas: The Conquest of the New World." W grze wybieraliśmy jedną z czterech dostępnych nacji (Anglia, Francja, Hiszpania, Portugalia), a naszym zadaniem było najpierw podbić nowe ziemie, by następnie rozwinąć je ekonomicznie, aby przynieść zyski swojemu europejskiemu imperium. Pamięć mam dobrą, ale krótką i zbyt wiele faktów z gry nie kojarzę. Wiem, że rozgrywka była trudna, ale bardzo emocjonująca jak na turową strategię. Były walki na morzu, odkrywanie nowych złóż złota oraz branie w niewolę rdzennej ludności. W rozgrywce pomagała bujna wyobraźnia, gdyż wszystkie nasze działania przedstawiane były na ekranie w formie krótkich tekstów i obrazków. Niewątpliwym plusem owej produkcji była możliwość grania aż czterech graczy równocześnie. Każdy wykonywał swoje ruchy i oddawał turę kolejnej osobie. Jeden ekran, jedna Amiga oraz jedna myszka, a cudowna zabawa dla czterech graczy.


Może co poniektórych zdziwi fakt, że na Amigę było pełno wersji demo gier i to w dość przystępnej cenie od 3 do 5 zł. Przynajmniej takie ceny były u mnie w mieście. Oczywiście w tamtym czasie, gdy byłem utytym młodzieniaszkiem, nie zdawałem sobie sprawy,  że to były wersje demo. Myślałem, że byłem taki dobry i tak szybko przechodziłem kolejne gry. Młodość ma swoje prawa. Jednym z nich jest beztroska i czysta zabawa, a nie szukanie dziury w całym. Nie pamiętam, w jakie wersje demonstracyjne gier grałem. Było ich dość sporo. Pamiętam, jak niejednokrotnie odmawiałem sobie kupna loda lub batonika, aby mieć nowe tytuły do grania. Zdarzało się, że wszystkie drobne, które dostawałem od rodziców i dziadków, lądowały w mojej skarbonce, aby potem zostać spożytkowane na kupno nowych dem. Gdy proceder ten trwał już jakiś czas zdarzyło się raz, że zabrakło mi miejsca w pudełku zbiorczym na nowe dyskietki. Podjąłem wtedy chłopięcą decyzje... Postanowiłem tak długo truć mateczce chrzestnej cztery litery, aż kupi mi większe pudełko na dyskietki. Po jakimś czasie stało się tak, jak sobie założyłem. Dostałem nowe, większe pudełeczko. Pech jednak chciał, że sklep, w którym zaopatrywałem się w dema, niedługo potem zbankrutował. Miałem nowe pudełko, ale dostęp do gier ograniczony. Na szczęście nie na długo...

Sąsiad z osiedla miał wujka, który okazał się zapalonym graczem. Jego kolekcja gier na Amigę była imponująca. Oscylowała w okolicach 200 tytułów różnych gatunków gier. Za kilka piw był w stanie pożyczyć każdy tytuł. Pamiętam, jaki uradowany byłem, gdy po pierwszej wizycie, wróciłem do domu z kilkoma dyskietkami z bardzo interesującymi mnie grami. Były to głównie gry sportowe, których tytułów nie kojarzę dokładnie. Wiem, że wśród tych gier gościła koszykówka i była w niej możliwość grania Michealem Jordanem. Dla młodego adepta koszykówki i początkującego fana ligi NBA była to nie lada gratka. Pamiętam, że w moje łapska wpadła również letnia olimpiada w Seulu oraz zimowa z... nie pamiętam jakiego miasta. Bieg przez płotki, rzut młotem i kolarstwo torowe to było to, co młody Tomasz lubił najbardziej. W grze o zimowej olimpiadzie najbardziej lubiłem skoki narciarskie i łyżwiarstwo figurowe, a więc dwie dyscypliny niemożliwe do uprawiania przeze mnie w realu, ale wirtualnie dawałem sobie nieźle radę.   

Nie jestem dobrym kierowcą. W świecie rzeczywistym nie potrafię prowadzić auta, a w grach video idzie mi to przeciętnie. Pamiętam jednak, że gra "Vroom" zapewniła mi sporą dozę rozrywki. Traktowała ona o wyścigach formuły 1. Oferowała jedynie 6 tras, ale na początek lat 90' ubiegłego wieku to w zupełności starczało. W grze była możliwość rozegrania kwalifikacji do wyścigu, był system zniszczeń. Napraw bolidu dokonywało się w pit stopie. Nie była to idealna symulacja jazdy, ale frajda z pędzenia bolidem blisko 300 km/h ogromna. Przyjaciel Tomasz był bardzo dobry w tę produkcję. Ja nie dorastałem mu do pięt. Gdy jednak grałem sam z komputerowym przeciwnikiem, to udawało mi się czasem wygrać na pierwszych trasach. Tory oznaczone numerem 5 i 6 były dla mnie nieosiągalne. Podium na nich to moje marzenie niespełnione do dzisiaj.


Posiadanie komputera nie jest jeszcze jednoznaczne z możliwością korzystania z niego. Nigdy nie miałem szlabanu na Amigę. Byłem grzecznym i mądrym chłopcem. Od bójek stroniłem, a oceny zawsze miałem dobre. Problemem było to, że przez długi czas, z uwagi na braki lokalowe, dzieliłem pokój z moimi rodzicami. Miałem jednak swoje własne łóżko. Piszę to, aby uprzedzić ewentualne pytania o to, jaka mama, lub gorzej tata, jest w łóżku. Dopiero po wyprowadzce cioteczki Grażynki zyskałem własne miejsce do grania. Nie mogłem grać o każdej porze dnia. Musiałem dzielić czas na telewizor z ojcem Tadeuszem, którego zwałem w ówczesnym czasie moim starym. Dzisiaj to ojciec lub tata, czasem Turbina, ale to nie czas i miejsce, aby rozwodzić się nad ksywą mojego ojca. Grać mogłem zawsze po szkole, bo ojciec był wtedy jeszcze w pracy, a matka robiła obiad. Zdarzało się czasami, że popołudniami miałem wolny TV. Ojciec dużo pracował w warsztacie lub pił z kumplami. Wyjeżdżał często w długie trasy. Nieraz nie było go tygodniami. Tirowcy tak mają. Matula oglądała z dziadkami seriale w drugim pokoju. Ona i tak była zawsze skłonna zwolnić mi telewizor na granie. W takich wolnych chwilach grałem często w "P.P. Hammer and His Pneumatic Weapon". Lubiłem młotem pneumatycznym siać spustoszenie na planszy. Była to świetna gra platformowa, w którą nie jeden dzieciak zagrałby dzisiaj, gdyby tylko zdecydowano się przenieść przygody szalonego archeologa w trzeci wymiar. Taka konwersja na 3D mogłaby dodać uroku grze lub zepsuć jej klimat doszczętnie. O tym jednak nigdy się nie przekonamy. Trzeba przyznać twórcom "P.P. Hammera", że wykazali się nie lada pomysłowością wyposażając poszukiwacza artefaktów w młot pneumatyczny. Narzędzie to z pewnością ma moc, ale o dużej precyzji raczej mówić nie można w tym przypadku.     


Bycie graczem Amigi miał na mnie dobry wpływ. Nauczyłem się być cierpliwy, gdyż gry długo się wgrywały. Stałem się także bardziej sprawny manualnie, a to za przyczyną częstych zmian dyskietek, które wymagała gra, aby wczytać odpowiednie dane. Zyskałem umiejętność sprawnego posługiwania się palcami, która to umiejętność wielokrotnie przydała się i dalej przydaje w bliskich kontaktach  z kobietami. Dzisiaj młodzież musi w inny sposób ćwiczyć paluchy. Jedna walka w "Mortal Kombat" lub "Street Fighter II" wymagała niejednokrotnie trzech lub nawet czterech zmian dyskietek. Każda zmiana dyskietki w moim przypadku wiązała się ze wstaniem z kanapy, gdyż Amiga spoczywała obok TV na meblościance. Ruchu zatem miałem sporo. Nie przyczynił się on jednak w ogóle do poprawy mojej sylwetki. Suplementacja węglowodanowo - cukrowa nie pozwalała na ubytek wagi. 


Największy opad szczeny zaliczyłem, gdy matka chrzestna kupiła mi oryginalne wydanie "Flashback". Duże i piękne pudełko skrywało w sobie to, czego brakuje dzisiejszym grom - olbrzymią instrukcję, która liczyła sobie mnóstwo kartek z tekstem oraz czarno-białymi ilustracjami. Sama gra mieściła się na czterech dyskietkach. Opad szczęki nie był związany z faktem otrzymania nowej gry, bo w tamtych czasach człowiek nie wiedział, jaką grę dostaje. Nie było internetu, aby czytać o grach, a gazety były często poza moim zasięgiem finansowym lub kolportażowym. Mieszkając w małym mieście w latach 90' dostęp do wielu dóbr był ograniczony. Szczęka opadła mi dopiero na widok intra gry, która było w 3D. Był to oczywiście ubogi trzeci wymiar, ale w tamtych czasach robił olbrzymie wrażenie. Gra była trudna jak dla małego chłopca. Nie skończyłem jej, ale w tamtych czasach liczyła się sama możliwość grania i czerpania z tego faktu przyjemności. Nie było ciśnienia na kończenie gier lub zdobywanie trofeów czy osiągnięć. Liczyła się tylko zabawa. A tę "Flashback" oferował na wysokim poziomie. Grafika była prześliczna. Jak się później dowiedziałem była to najlepiej sprzedająca się francuska gra na Amigę.


Starcie z żywym przeciwnikiem, który siedzi obok nas, to niesamowite uczucie, które mimo przybywających lat, nie nudzi się wcale. Rywalizacja on-line popsuła zabawę gry kanapowej, ale wyniku rozwoju technologicznego już nikt nie zatrzyma. Mam tylko żal, że twórcy robią tak wiele gier on-line, a prawie w ogóle gier do rywalizacji kanapowej. "Pang" do takiej rywalizacji oraz współpracy przy wspólnej grze nadawał się idealnie. Jest to gra zręcznościowa, która polega na niszczeniu pojawiających się na ekranie kulek przy pomocy zróżnicowanej broni. Kulki po trafieniu w nie dzielą się na mniejsze, a one po trafieniu na jeszcze mniejsze. I tak, aż do osiągnięcia swojej najmniejszej formy. Kulki odbijają się po całej planszy, a nasz fizyczny kontakt z nimi pozbawia naszego bohatera życia. Ze zniszczonych kulek wypadają nowe i lepsze bronie, które ułatwiają nam walkę i przetrwanie na planszy. Gra oferuje wiele zróżnicowanych plansz, które umieszczone są na całym naszym globie. 


"Wings" - cudowna gra polegająca na pilotowaniu samolotu podczas działań zbrojnych z czasów Wielkiej Wojny, którą ludzie z naszego pokolenia zwą I Wojną Światową. Zabawne jest to, że sięgnąłem po tę grę, gdyż myślałem, że jest to produkcja oparta na amerykańskim serialu komediowym, który emitowała stacja Polsat. Byłem bardzo zawiedziony, że jest zupełnie inaczej. Jednak po paru minutach gry doszło do mnie, że mam do czynienia z wybitną grą, która po latach zyska miano kultowej. Pomyłki czasami prowadzą do dobrych rzeczy. Nigdy nie lubiłem i nie lubię po dziś dzień sterować samolotami w wirtualnym świecie, ale w przypadku "Wings" było inaczej. Walka w przestworzach oraz unikanie zestrzelenia przez wrogie samoloty sprawiała mi wiele frajdy. Pamiętam, że jednego popołudnia uruchomiłem Amigę ze "Skrzydłami" po obiedzie, a wyłączyłem dopiero na porę kolacji. Dodać muszę, aby dobrze nakreślić obraz całej sytuacji, że w soboty zwykłem jadać obiady około południa, a kolację na dobranocce. Była to ostatnia gra, jaką pamiętam, że ogrywałem na mojej przyjaciółce Amidze.


Solidny gracz troszczy się o swój sprzęt do grania. Ja z racji, że Amiga była moją jedyną przyjaciółką, dbałem o nią bardzo dobrze. Co prawda nie zabierałem jej na kolacje, ani nie fundowałem jej zabiegów kosmetycznych, jednakże dbałem o jej czystość. Jej higiena była na wysokim poziomie. Co sobotę dokładnie odkurzałem ją z kurzu, a po każdej zakończonej rozgrywce przykrywałem folią ochronną, aby zminimalizować ilość kurzu. Było to trochę przesadne zachowanie z mojej strony, ale liczył się efekt, który udało mi się osiągnąć. Komputer przez kilka lat użytkowania pracował nienagannie. Nawet jednej awarii nie było.

Każda przyjaźń, nawet ta największa, może nie przetrwać próby czasu. Tak było w moim przypadku. Zauroczony możliwościami technicznymi pierwszego PlayStation nagle przerwałem przyjaźń z Amigą. Porzuciłem amerykańską koleżankę o hiszpańskich korzeniach na rzecz japońskiego szarego chłopczyka. Amiga powędrowała po dłuższym czasie nieużywania do pudła, które wylądowało w ciemnej piwnicy w pewnym bloku na małym osiedlu. Wegetowała tak parę lat, bo życiem dla komputera tego nazwać nie można. W końcu, przy okazji generalnych porządków, karton z Amigą powędrował na pobliskie śmietnisko. Wspaniale rozpoczęta przyjaźń zakończyła się tragicznie. Na samo wspomnienie wspólnie przeżytych chwil łzy radości cisną mi się do oczu, a moje ciało przeszywają dreszcze. Pewna epoka się kończy, a inna zaczyna. Przyjaźń polsko-japońska kwitnie już od wielu lat i nie jeden ma numer. I nie jeden numer będzie miała, bo na PlayStation o numerze cztery na pewno się nie zakończy.

Dziękuję, że towarzyszyliście mi w mojej sentymentalnej podróży po krainie Amigi. Było mi miło odbyć podróż w tak doborowym towarzystwie. Kłaniam się nisko i polecam na przyszłość.